Dodaj do ulubionych

pod jednym dachem...

12.07.05, 17:55
po lekturze Waszych Love Stories i po mojej wlasniej, fajnie byloby wiedziec jak toczyly sie dalsze losy,
szczegolnie na poczatku, kiedy pary sie docieraja, scieraja itp
Macie niezawodny sposob na zly humor Waszego kochania? Tudziez na obnizony prog wrazliwosci na
brud (tym jestem szczegolnie zainteresowana)? ALbo jak oblaskawic rodzinke jedynaka, tesciowa i
wstretne koty?
Moglby to byc niezawodny poradnik w sytuacjach kryzysowych!!!
Obserwuj wątek
        • tamsin Re: pod jednym dachem... 12.07.05, 18:20
          kociaszek, mialam taka sikajaca na reczniki kotke..zaczela tak sie zachowywac
          po...przeprowadzce!! nigdy przedtem nie robila siku na nic, a tutaj nawet mi
          nasikala na torebke pozostawiona na podlodze w przedpokoju sad musisz pilnowac
          aby jej piasek byl zawsze super czysty, bo wybierze sikanie w cos innego, oraz
          nigdy nie zostawiaj miekkich rzeczy na podlodze..moze jej przejdzie po dluzszym
          zaklimatyzowaniu sie..
          • ania_2000 Re: pod jednym dachem... 12.07.05, 18:41
            Kociaszkusmile Przeczytalam twoja LSsmile
            Wiesz - odnosze wrazenie - ze wszystkie tutaj dziewczyny - WSZYSTKIE -
            obojetnie jak im sie losy "milosne" ukladaja na codzien - to one wszystkie
            naleza do tej grupy ludzi - ktorym na koniec zawsze wszystko sie uda, osiagna
            to to trzeba a nawet i wiecejsmile Ze sa silne, sa odwazne.
            Tak sobie mysle, ze wszystkie, ktore zdecydowaly sie na emigracje, opuszczenie
            rodzinnego gniazdasmile sa na tyle samodzielne, i pelne optymizmu ze zawsze -
            zawsze znajda bliska sobie dusze, beda szczesliwe i wszystko bedzie ok.
            A twoj przyklad - Kociaszku - jest jednym z wielu - ze wczesniej czy pozniej
            znajdzie sie tego najblizszego, najukochnszego, z ktorym bedzie sie dzielilo
            codzienne smutki czy troski.
            pozdrawiam - wykwintnie po francuskusmile))
    • myszka888 Re: pod jednym dachem... 12.07.05, 18:44
      Pomysl mi sie podobasmile
      Ku przestrodze, a moze czasem dla porady... wink

      Co do mojej sytuacji. Nie narzekam. Ciesze sie z kazdego poranka, poludnia i
      wieczora. Jestemy z moim M. jedna z tych par, ktore wszystko razem robia-
      poczynajac od zakupow, poprzez wszelkie domowe prace. No, z tymi domowymi
      pracami, to czesto sa inicjowane przeze mnie, ale M nie stawia oporuwink
      Czasem mysle sobie o tym, ze najpiekniejsze w tym wszystkim sa nasze dni
      powszednie, problemiki, ktorym stawiamy czola razem, wspierajac sie na wzajem.
      No i klocic sie nie umiemy. Co nie znaczy, ze takowe sie nie zdarzaja! I
      owszem, a potem wydaje sie, ze jakby lepiej, lzej, bo zostalo juz powiedziane
      to, co siedzialo gdzies w srodku, tylko czekajac na moment, zeby wyskoczyc!
      I jestem bardzo szczesliwa smile
      • kociaszek Re: pod jednym dachem... 13.07.05, 10:30
        kiedy przeprowadzalismy M. do mnie po tak niezwykle krotkiej znajomosci, wiedzielismy, ze cale
        dobrodziejstwo inwentarza i niedoskonalosci beda sie ujawniac...
        oprocz kotek (ucza porzadku, ucza, nie mozna nic zostawic na ziemi, bo w ramach walki o dana miekka
        rzecz podsikuja mimo czystej kuwetki), wzielam pod dach rowniez drobne wady M....aj, jak czasem sie
        rozezle, potrafie byc bowiem wiedzmowata, na szczescie szybko mi przechodzi...
        M. nie cierpi sprzatac...ale za to fantastycznie gotuje...wczoraj czekaly na mnie golabki...
        wiec nie wiem jak mu umilic ten obowiazek...
    • triskell Re: pod jednym dachem... 13.07.05, 11:03
      A ja myślałam, że będzie gorzej. Nie zdarzają nam się te tradycyjne kłótnie o
      to, w która stronę należy układać sztućce w szufladzie. Nigdy jeszcze nie
      kłóciliśmy sie o pieniądze. Ja nie pracuję, więc to ja głównie gotuję i
      sprzątam, to ostatnie bez przesady (ale tu akurat chyba mamy taki sam ten próg -
      jak niski, to nie wspomnę ;-P). Ale jeśli tego nie zrobię, to też nie ma tragedii.

      Zwierząt żadnych tu nie możemy mieć, bo wynajmujemy. Gdybyśmy mogli mieć, to
      pewnie byłby tu drobny konflikt interesów związany z innymi preferencjami, ale w
      przyszłości, jak już przeprowadzimy się do Polski, pewnie rozwiążemy go
      sprawiając sobie kota dla Joshuy a psa dla mnie smile.

      To, co najbardziej mi w naszym życiu przeszkadza i o co najczęściej sie kłócimy,
      nie jest związane z mieszkaniem pod jednym dachem, ale z Joshuy pracą, a
      konkretnie jej godzinami. Już pisałam o tym w przeszłości: on wraca z pracy ok.
      1.00 w nocy i nie potrafi od razu wziąć prysznica i pójść spać, tylko potrzebuje
      paru godzin "to unwind". A ja mam jakiś taki głupi prztyczek gdzieś
      przestawiony, że nie potrafię spać bez niego jeśli on jest w domu. W związku z
      tym oboje chodzimy spać koło 5-6 nad ranem, a to niezbyt zgadza się z moim
      naturalnym rytmem. Zawsze wstaję za wcześnie, po mniejszej ilości snu, niż jest
      mi potrzebna. Ostatni raz 8 godzin to spałam chyba w czerwcu w Polsce. Czasem
      mnie to męczy, ale to chyba jedyna taka sprawa smile
      • kociaszek Re: pod jednym dachem... 13.07.05, 12:30
        zawsze bylam psiara. zostawilam swojego ukochanego terrirka rodzicon (awansowal na syncia i robi z
        moimi,to, o czym ja jako jedynaczka moglam tylko pomarzyc)...wiec te kicie na poczatku troche mnie
        niepokoily...sa tak rozne od psow, tak niezalezne...Troche kaprysne...
        ze sprzataniem jest tak: ja mam prog wysoki, M. zadnego wink))) generalnie nie przeszkadza mu
        balagan...jak mu zacznie przeszkadzac gora naczyn to zawija rekawy i zmywa...ale mycie podlog to jest
        dramat...tymczasem staram sie zobaczyc, co sprawia mu najgorsze katusze i jakos sie dogadac, zeby
        kazdy robil to co mu podchodzi...nie ma problemu z czyszczeniem kuwety ani np z chodzeniem na dol
        do pralni...
        czasem mysle, ze przesadzam...staram sie odpuscic sobie, ale nie zawsze mi sie udaje...
        triskell a kiedy wracacie do kraju-raju? nie przeraza Cie to co sie tam teraz dzieje?
        • triskell Re: pod jednym dachem... 13.07.05, 13:06
          kociaszek napisała:
          > zawsze bylam psiara. zostawilam swojego ukochanego terrirka rodzicon (awansowal
          > na syncia i robi z
          > moimi,to, o czym ja jako jedynaczka moglam tylko pomarzyc)...wiec te kicie na p
          > oczatku troche mnie
          > niepokoily...sa tak rozne od psow...

          Na szczęście u nas panuje zgoda, że jak już ten kot będzie, to syjamski. A te
          akurat lubię, bo z charakteru... są jak psy smile. Miałam kiedyś psa przez ponad
          16 lat, był jednym z moich najlepszych przyjaciół, a w noc po jego śmierci
          (Halloween 2000 - nie, nie wybierałam takiej daty) zdarzyła mi się dość
          mistyczna przygoda, która mogła być przypadkiem, ale mogła być czymś więcej.

          > triskell a kiedy wracacie do kraju-raju? nie przeraza Cie to co sie tam teraz d
          > zieje?

          Byłam tam ostatnio w czerwcu i nic takiego przerażającego się nie działo! :-o
          Chodzi Ci pewnie o sytuację polityczną, ale... przecież ja teraz mieszkam w
          kraju dowodzonym przez kompletnego idiotę, co może być gorszego? tongue_out A tak na
          serio, w Polsce mam cudownych przyjaciół do których codziennie tęsknię i choć tu
          jest bardzo ciekawie i dużo rzeczy się dzieje, to jednak nie jest to do końca
          "moje". Być może gdzieś w Europie mogłabym mieszkać na stałe (no tak, w Szkocji
          to nawet na pewno mogłabym), ale stąd jest za daleko. Plany były od początku
          takie, żeby pomieszkać tu ok. 5 lat. W praktyce wygląda to tak, że będzie to
          trwało tyle, ile będzie kosztować nas zaoszczędzenie na przeprowadzkę do Polski
          plus na poprzedzające ją wakacje w Ameryce Południowej (w koncu stąd bliżej do
          urzeczywistnienia mojego marzenia o podróży do Wenezueli). A ja na razie nie
          mogę znaleźć pracy więc oszczędzanie idzie nam nijak.
          • tamsin Re: pod jednym dachem... 13.07.05, 18:21
            z tym balaganem i sprzataniem to u mnie jest tak, ze M. gromadzi niesamowite
            ilosci "gowna" a mnie to denerwuje. niby ma swoj kat na to wszystko ale te
            bzdety jakos "wylewaja" sie po chalupie...najciesciej pod moje nogi wink) nigdy
            nie zagladam do jego szaf, szuflad bo by mnie cholera jasna na miejscu trafila,
            lub inny szlag..
            • gherarddottir Re: pod jednym dachem... 13.07.05, 18:29
              moj maz ma jakas manie pedantycznosci, ktora mnie doprowadza do furii! Wszystko
              ma byc w kosteczke i pod linijeczkesad Zrobilam mu ostatnio maly wykladzik, ze
              ci ludzie ktorzy sa tak bardzo pedantyczni, ze jest to patologiczne po prostu
              porzadkuja co moge "zeewnetrznie" bo na inne sprawy powiedzmy "wewnetrzne" nie
              maja wplywu.. Troche pomyslam, przemyslal i...przestal mnie dreczyc tymi
              ubraniami w kosteczke smile)))
              Acha - kupuje zawsze opakowania maxi - ostatni zakup 10 kg makarony "bo lubisz
              kolorowy", lubie, lubie, ale kiedy ja zjem 10 kg? przeciez sie przeterminuje
              smile))ale i tak nie zamienilabym go na zadnego innegosmile
              • elagrubabela Re: pod jednym dachem... 13.07.05, 18:59
                Moj Szkot zostal dobrze wyszkolony przez matke a potem przez Jego pierwsza zone
                o manierach i potrzebach ksiezniczki. Tak wiec ja wzielam sobie juz dobrze
                dopracowany egzemplarz wink Jego bardzo (podkreslam - bardzo) denerwuje moje
                komputerowanie w domu - to niezwiazane z praca. On uwaza, ze komputer jest do
                pracy i nic nie usprawiedliwia browsovania, pisania na jakichs forach, nawet
                prywatnego emailowania. Mnie w zamian zlosci Jego namietnosc do telefonow - jak
                sie z kims zagada, to potrafi jak zakochana nastolatka i dobrze ponad godzine.
                Co jeszcze? No coz, jest Szkotem i bywa skapy dla siebie - mimo, ze musi sie
                przyzwoicie ubierac do pracy i na spotkania, broni sie rekami i nogami przed
                kolejnymi wymianami garderoby nawet jak juz mankiety w koszulach domagaja sie
                wyprowadzki z szafy. Za to dla reszty swiata bywa az nazbyt hojny, co tez mnie
                czasem denerwuje ale tylko wtedy jak te dwie okolicznosci zbiegna sie w czasie -
                skapstwo wobec siebie i hojnosc dla innych. Denerwuje mnie brak balansu. Jemu
                przeszkadza moja nie-rodzinnosc. On jest bardzo rodzinny, ma zapisane wszystkie
                daty urodzin, slubow i inne takie. Wszystkie spotkania rodzinne sa dla Niego
                bardzo wazne, obiadki u ojca i macochy, drinki u Jego mamy, barbequeovanie z
                bracmi. Ja jestem wybitnie nie-rodzinna, czesto zapominam kto z kim, kiedy i od
                kiedy, zawsze mi sie myla ktory bratanek jest czyim dzieckiem - Jego to boli i
                On tego nie rozumie.
                Cos tam pewnie jeszcze by sie znalazlo ale to sa takie glowne sprawy. Reszta -
                gro i bucy wink
                Elka
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka