Dodaj do ulubionych

Aktualny Komentarz

03.08.05, 17:03
03.08.2005

Wczoraj popisała się TV 4. Bohaterami audycji były niesłusznie aresztowane
osoby, które w areszcie spędziły co najmniej kilka miesięcy. Okoliczności
tych aresztowań były wręcz tragikomiczne - nic nowego, od dawna o podobnych
przypadkach piszę na łamach DYSYDENTA. Ważne jednak, że zostały
zaprezentowane publicznie. W audycji powiedziano też o czymś niezwykle
istotnym, o powszechnej praktyce polskich sądów polegającej na ferowaniu
wyroków, które odpowiadają okresowi czasu spędzonego przez oskarżonego w
areszcie. Chodzi oczywiście o przypadki „wątpliwych” aresztowań… Audycję
należy ocenić jako niezwykle cenną, choć dało się w niej zauważyć dwa istotne
przemilczenia. Przemilczenie pierwsze polegało na pominięciu masowego
charakteru tego zjawiska, w efekcie czego patologia stała się normą tzn.
mechanizmem politycznym do niszczenia ludzi. Nie chciałbym teraz tego tematu
rozwijać, ale mechanizm ten działa w sposób nieprzypadkowy. Drugie
przemilczenie jest po części efektem pierwszego - nie powiedziano o tym, że
jak do tej pory ani jeden prokurator, ani jeden sędzia nie stracił immunitetu
i nie poszedł do pierdla za ewidentne przestępstwo przeciwko wymiarowi
sprawiedliwości. ..

A teraz drugi temat - akty terroru w Londynie. Kiedy napisałem przed kilku
dniami, że mamy do czynienia z drugą fazą podpalenia Reichstagu kierowałem
się bardziej intuicją niż faktami. Teraz są i fakty, które wskazują, ze być
może chodzi o jeszcze większy blamaż służb specjalnych niż atak na WTC.
Złapany w Zambii „mózg” londyńskich zamachów Haroon Rashid Aswat okazał się
wieloletnim agentem MI-6 a komisarz londyńskiego metra, Robert Kiley jest
byłym szefem d/s operacji wywiadowczych CIA. Samym zamachom towarzyszyło tyle
dziwnych zbiegów okoliczności, że ….premier Tony Blair kategorycznie odmówił
powołania rządowej speckomisji do zbadania okoliczności ataku na Londyn.
Przebywający w Londynie Benjamin Netanyahu, były izraelski premier, został
ostrzeżony o zamachach i nie wziął udziału w konferencji, która miała się
odbyć w hotelu w pobliżu Liverpool Station. Wiadomość tę na przemian
potwierdzano i jej zaprzeczano, ale na koniec instrukcja z kancelarii
izraelskiego premiera zabroniła oficjelom jakichkolwiek wypowiedzi na ten
temat. Izraelici są w niemałym kłopocie - najprawdopodobniej w dobrej wierze
ostrzegli władze brytyjskie o możliwości ataku, nie wiedząc o tym, że
wyrządzają im w ten sposób niedźwiedzią przysługę...

Hasło dnia:

Jeśli nie wiesz kto, zapytaj - komu to służy?
Obserwuj wątek
    • andrze_n link - - > 06.08.05, 10:10
      www.dysydent.home.pl/
      • andrze_n Re: link 2 - - > 06.08.05, 10:13
        www.lepszyswiat.home.pl/
    • Gość: wzrastanie Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.05, 12:38
      Śląscy nobliści

      W Oleśnie, na Śląsku Opolskim, wybuchła kiedyś piekielna awantura. Poszło o
      patrona miejscowej szkoły, konkretnie: Zespołu Szkół Dwujęzycznych. Do Zespołu
      chodzą dzieci polskich i niemieckich obywateli Olesna, sprawa jest więc
      delikatna. W przeprowadzonej ankiecie rodzice uczniów wybrali na patronkę
      księżnę św. Jadwigę Śląską.

      Wybór, zdawałoby się, znakomity. Św. Jadwiga – żona księcia wrocławskiego
      Henryka Brodatego, wspaniała monarchini, troskliwa opiekunka potrzebujących,
      matka Henryka Pobożnego, co poległ pod Legnicą śmiercią krzyżowca, broniąc
      Europy przed azjatyckimi hordami. Przy tym – z urodzenia Niemka (córka Bertolda
      IV, hrabiego Diessen-Andechss), wydana za mąż za piastowskiego władcę, co
      służyła z ogromną lojalnością swej nowej Ojczyźnie. Czyż może istnieć lepszy
      wzorzec dla niemieckich i polskich Ślązaków?

      Okazało się jednak, że rodzice i uczniowie mogą sobie myśleć swoje, ale WŁADZA
      (w tym wypadku burmistrz Olesna) i tak wie lepiej. Pan burmistrz i radni
      miejscy zadecydowali, że szkoła ma nosić imię Noblistów Śląskich. I tu właśnie
      zaczęła się wzmiankowana afera.

      Tych noblistów naliczono jedenastu – samych śląskich szkopów. Wśród nich był
      zaś profesor Fritz Haber, laureat nagrody Nobla z chemii. Z profesora Habera
      był rzeczywiście chemik, co się zowie. W czasie I wojny światowej nadzorował
      program niemieckiej broni chemicznej. Miedzy innymi odpowiadał za sławny atak
      gazami trującymi pod Ypres, którego ofiarą padło piętnaście tysięcy Francuzów i
      Anglików (1/3 zmarła, pozostali oślepli, bądź wypluwali potem spalone kawałki
      płuc).

      ***

      Powie ktoś, że to była wojna, a prof. Haber spełnił tylko swój obowiązek wobec
      ojczyzny, zgodny z jego kwalifikacjami. Ostatecznie, Alfred Nobel zbił fortunę
      na produkcji dynamitu, a nie na sprzedaży pinesek…

      Chodzi jednak o tzw. podejście do tematu. Nobel wynalazł dynamit z myślą o
      wykorzystaniu go w górnictwie. Pisał: „– Życzę wszystkim armatom z ich
      przyległościami, aby wysłano je do piekła, które jest właściwym miejscem do ich
      prezentacji i wykorzystania”.

      Targany wyrzutami sumienia, widząc do czego jest używany jego wynalazek, mówił
      o sobie: „Alfred Nobel – godna politowania kreatura, którą powinien udusić
      akuszer, gdy wydała pierwszy krzyk w swoim życiu”.

      Wśród owej jedenastki śląskich noblistów była dwójka, Otto Stern i Maria
      Goeppert-Mayer, którzy uczestniczyli w programie budowy amerykańskiej bomby
      atomowej. Kiedy nuklearne eksplozje zmiotły Hiroszimę i Nagasaki, Stern
      zwariował, a Goeppert-Mayer włączyła się w akcję na rzecz pokojowego
      wykorzystania energii jądrowej.

      Profesor Fritz Haber nie miał tego typu obiekcji. Kiedyś, na froncie, jakiś
      młody oficer niemiecki zarzucił mu bestialstwo i stosowanie niegodnych metod
      walki. Naukowiec pobłażliwie potraktował młokosa, wierzącego w honor, rycerski
      etos i tym podobne, nienaukowe dyrdymały. Pouczył go, że w imię zwycięstwa
      należy „wszelkie moralne wątpliwości usunąć”.

      ***

      Nie dziwi więc chyba, że wielu Ślązakom wydłużyły się miny, kiedy usłyszeli, że
      ich dzieci uczyć się będą w szkole pod patronatem speca od iperytu. WŁADZA
      Olesna sypnęła natychmiast „argumentami”, że wszelka krytyka jej pomysłu
      to „ciasnota myślenia, ograniczoność, zapiekła niechęć” – i jeszcze (jakżeby
      inaczej…) „antysemityzm” (Fritz Haber był niemieckim Żydem).

      Jakoś WŁADZA nie może zrozumieć, że po tylu tragicznych doświadczeniach XX
      stulecia, zestaw firmowy: „Niemcy + gaz trujący” – kojarzy się ludziom
      nieciekawie…



    • Gość: abc Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.05, 13:01

      Doszły do nas informacje na temat niecodziennych odkryć jakich dokonali
      znani profesorowie Kieres i Friszke. Znaleźli oni nowe, zupełnie nieznane
      źródła, dzięki którym będą mogli wreszcie napisać prawdziwą i obiektywną
      historię „Solidarności”. Jak donoszą nasi agenci, umieszczeni głęboko w
      strukturach IPN, profesorowie podzielą się swoimi przemyśłeniami już na
      tegorocznych obchodach XXV-lecia „S”. Poniżej przytaczamy streszczenie
      materiału, który udało się wykraść naszej agenturze wprost z teczek w/w
      profesorów.

      Prof. Andrzej Friszke dokonał epokowego odkrycia, iż w latach 1944-1990
      Polskę tak na prawdą okupowali Marsjanie wobec czego prof. Kieres postanowił
      zgłębić tajniki oporu jaki stawiał cały naród, zjednoczony wokół swych
      bohaterów „Bolka”, „Alka” i „Carexa” wrażym knowaniom Marsjan i ich dwu
      niezwykle niebezpiecznych agentów o pseudonimach „Gwiazda” i „Suwnicowa”.

      Jak wynika z nowych, sensacyjnych dokumentów, o które przypadkowo potknął
      się prof. Friszke w korytarzu IPN i dzięki temu je odkrył dla potomności, w
      sierpniu 1980 roku rozległa siatka oporu wobec Marsjan jednoczyła już
      wszystkich patriotów. „Bolkowi” pomógł wdrapać się do stoczni po swoich
      własnych plecach admirał Piotr Kołodziejczyk.

      „Bolkowi” cudem udało się przedostać do stoczni i gdy zachęcał do strajku a
      następnie jego kontynuacji, mimo sabotażu ze strony podstępnej „Suwnicowej”, na
      mieście nie zasypiał gruszek w popiele „Alek” organizując szerokie poparcie
      społeczne, zwłaszcza wśród dziennikarzy i na Uniwersytecie Gdańskim. Na nic
      zdały się knowania „Gwiazdy” i innych popleczników Marsjan. Z narażeniem
      życia „Alek” wysłał emisariuszy do organizującego oddziały partyzanckie w
      Puszczy Białowieskiej „Carexa” – był potrzebny na miejscu. „Carex” natychmiast
      opuścił dzikie ostępy by udzielić wsparcia „Bolkowi”. To on wpadł na
      historyczny już pomysł by wezwać Mazowieckiego, zwanego „Redaktorem” i Geremka,
      dla konspiratorów „Profesor”. Cała piątka, działając w imię porozumienia
      wszystkich Polaków, powołała MKS i doprowadziła do zawarcia historycznych
      porozumień.

      Niestety, „Gwiazda” i „Suwnicowa” knuli. To oni spowodowali załamanie się
      porozumienia wszystkich Polaków i wprowadzenie stanu wojennego, na dziesięć lat
      odsuwając niezbędne porozumienie z siłami patriotycznymi w wojsku i
      bezpieczeństwie. Na szczęście, gen. Kiszczak stanął na czele konspiracyjnej
      organizacji w wojsku i razem z gen. Jaruzelskim rozszerzał wpływy patriotów,
      mimo śmiertelnego niebezpieczeństwa ze strony wszechmocnej kreatury Marsjan,
      okrutnego gen. Milewskiego, który według najnowszych odkryć prof.
      Paczkowskiego, był prawdziwym autorem stanu wojennego.

      Mimo przeciwdziałania zjednoczonych sił ekstremalnych pozostających na
      usługach Marsjan, betonu Milewskiego i awanturników „Gwiazdozbioru”, po kilku
      latach udało się doprowadzić w trudnych konspiracyjnych warunkach do
      porozumienia patriotów i demokratów Kiszczaka oraz obozu tolerancji i
      współpracy pod światłym kierownictwem „Bolka”, „Redaktora” i „Profesora”. Tu
      historyczną rolę łączników, której nie sposób przecenić, odgrywali „Alek”
      i „Carex”. Wreszcie wszyscy zasiedli do stołu i pozbyli się okupacji Marsjan i
      ich krwawego namiestnika Milewskiego. Udało się też wreszcie pozbyć
      sabotażystów porozumienia narodowego: „Gwiazdy” i „Suwnicowej”. Nareszcie
      Polacy mogli rozmawiać "jak Polak z Polakiem", we wspaniałej, braterskiej
      atmosferze, tak potrzebnej w narodzie skłóconym przez awanturników.

      Prawdziwi twórcy „Solidarności”: „Bolek”, „Alek” i „Carex” nie mogli jednak
      spocząć na laurach, czekało ich 15 lat ciężkiej pracy w obronie wolności i
      demokracji w III RP, zagrożonych przez uzurpatorów, którzy chcieli przedostać
      się do zasobów IPN.

      Na obchodach XXV-lecia „S” prof. Friszke ma zdecydowanie domagać się by
      wreszcie prawdziwa historia ujrzała światło dzienne, a rozmaite fałszywki
      pisane przez łżehistoryków i byłych łżeopozycjonistów, rzekomych pseudoświadków
      czy rzekomych uczestników wydarzeń, przerobić na papier tak potrzebny do
      drukowania prawdy historycznej.

      Prof. Kieres zapowie zamknięcie wreszcie IPN dla fałszerzy historii i
      agentury Marsjan. Odtąd teczki będą mogli studiować tylko obiektywni badacze
      tacy jak Adam „Nieskazitelny” i prof. Jerzy „Nigdy nie donosiłem” Holzer,
      ewentualnie „Historyk” i „Pedagog” oraz osoby na prawdę pokrzywdzone przez stan
      wojenny, jak gen. Kiszczak i wielki patriota gen. Jaruzelski, a nie jacyś
      uzurpatorzy, których nie było gdy należało walczyć z okupacją Marsjan i ich
      agentów: „Gwiazdy” i „Suwnicowej”.
    • Gość: w Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.05, 18:01
      Zbrodnia w Malinie (cz.1)



      W modnych ostatnio w naszym kraju „rewizjach historii”, w jej
      przewartościowaniach w duchu „politycznej poprawności”, dominuje nurt
      masochistyczny. Można odnieść wrażenie, iż rodzime ośrodki badawcze, w rodzaju
      Instytutu Pamięci Narodowej, padły ofiarą infiltracji ze strony sekty
      biczowników... Oprócz standardu – swoistych adresów przebłagalnych za prawdziwe
      i rzekome krzywdy Żydów – wielce popularne stało się roztrząsanie niedoli
      Ukraińców i Niemców. Kilka lat temu wychynął problem, który miał wszelkie
      szanse zatruć stosunki polsko-czeskie...

      W 1998 r. w kwartalniku „Karta” nr 24 ukazał artykuł dr Grzegorza Motyki,
      historyka związanego z IPN, pt. „Polski policjant na Wołyniu”, oskarżający
      Polaków (konkretnie: polską policję pomocniczą, sformowaną przez niemieckiego
      okupanta) o wymordowanie wespół z Niemcami czeskiej kolonii Malin na Wołyniu, w
      lipcu 1943 r. Ofiarami masakry miało paść 624 Czechów i 124 Ukraińców (co,
      wedle dr Motyki, „potwierdzają inne źródła”). Autor powołał się na Lwa
      Szankowśkiego, emigracyjnego historyka ukraińskiego z Kanady, ponoć „jednego z
      najlepszych znawców dziejów UPA”.

      Wołyńscy Czesi stanowili prężną, dobrze zorganizowaną społeczność. W 1939 r. na
      Wołyniu usytuowanych było 50 czeskich kolonii, ponadto mniejsze skupiska
      Czechów występowały w blisko 500 innych miejscowościach. Czesi z Wołynia byli
      lojalnymi obywatelami II Rzeczypospolitej. Po wybuchu wojny ich konspiracyjna,
      antyniemiecka organizacja „Blanik” działała w 102 osiedlach. Wobec konfliktu
      polsko-ukraińskiego Czesi na ogół starali się zachować neutralność, choć częste
      były przypadki współdziałania czeskich oddziałów samoobrony z polską
      partyzantką, we wspólnej walce przeciw ukraińskim szowinistom. Werbunek Czechów
      do szeregów Ukraińskiej Powstańczej Armii zakończył się fiaskiem – zgłosiło się
      zaledwie 10 ochotników. Niewypałem okazała się też próba stworzenia
      proupowskiej Czeskiej Powstańczej Armii (CzPA). Z rąk terrorystów UPA zginęło
      nie mniej niż 342 Czechów z Wołynia.

      Polscy „szucmani”

      Podczas okupacji Wołynia Niemcy tworzyli tam oddziały policji pomocniczej, tzw.
      Schutzmannschaften. Służyli w nich zarówno Ukraińcy (wg różnych autorów od 5000
      do 12000), jak i Polacy (ok. 2000-2200). Formacje te były silnie zinfiltrowane
      przez miejscowe organizacje podziemne, czego dowodem masowe dezercje –
      „szucmanów” ukraińskich do UPA, polskich do AK.

      Policja ukraińska znana była z niebywałego okrucieństwa. W ogromnym stopniu to
      jej rękami Niemcy przeprowadzili eksterminację dwustutysięcznej społeczności
      wołyńskich Żydów. Ukraińscy policjanci z entuzjazmem przeprowadzali też
      niezliczone pacyfikacje polskich wiosek.

      Jednak w tekście „Polski policjant na Wołyniu” dr Motyka przytacza szereg
      negatywnych opinii o działaniach „szucmanów” polskich. Najbardziej szokująco
      brzmią twierdzenia historyków ukraińskich: wspomnianego już L. Szankowśkiego
      (prócz wymordowania Czechów i Ukraińców w Malinie, przypisuje też polskiej
      policji zabicie „kilkuset Ukraińców” w Hubce) oraz Wołodymyra Kosyka (ten z
      kolei zarzuca polskim policjantom eksterminację 70 Ukraińców we wsi Dermań).
      Zdaniem Motyki na Wołyniu działały trzy bataliony polskiej policji (w tym jeden
      sprowadzony z Generalnego Gubernatorstwa), łącznie co najmniej 1500 ludzi, nie
      licząc obsady sieci posterunków wiejskich.

      Jak wygląda rzetelność autorów tych oskarżeń, powiem za chwilę. Zauważmy jednak
      od razu, że z patriotyzmem polskich funkcjonariuszy Schutzmannschaften nie było
      najgorzej; dowodem liczne bunty i przejścia z bronią w ręku do partyzantki
      polskiej bądź sowieckiej (Motyka przyznaje, że do samej 27 Wołyńskiej Dywizji
      AK zgłosiło się aż 700 byłych „szucmanów”, po buncie w Jarmolińcach Niemcy
      rozstrzelali 60 polskich policjantów itd.).

      W wyniku ustaleń m.in. Ewy i Władysława Siemaszków wiemy też, że na Wołyniu w
      operacjach przeciw UPA i partyzantce sowieckiej uczestniczył w rzeczywistości
      tylko jeden batalion polskiej policji – ów sprowadzony z GG
      Schutzmannschaftsbataillon 202 (w sile 360 ludzi, wliczając grupę niemieckich
      oficerów i podoficerów). Ponadto spośród ocalałych mieszkańców wyrżniętych
      osiedli Wołynia Niemcy sformowali batalion Schutzmannschaftbataillon 107
      (służyło w nim 450 Polaków, którzy nie uczestniczyli w żadnych walkach na
      Wołyniu i którzy już po kilku miesiącach, po rozbrojeniu niemieckich oficerów,
      w całości przeszli do AK). Wymieńmy jeszcze załogi posterunków policyjnych w
      łącznej sile do 1500 funkcjonariuszy.

      „Partyzanci UPA”?

      Motywy Polaków wstępujących do formacji Schutzmannschaften są oczywiste dla
      każdego człowieka znającego realia ówczesnego Wołynia. Ludzie ci szukali
      możliwości obrony, siebie i swych sąsiadów, przed szalejącym terrorem
      ukraińskim. Niestety, w tekście doktora Motyki nie znajdziemy ani słowa o
      ludobójstwie autorstwa OUN-UPA! Oto jak naukowiec, powiązany z Instytutem
      Pamięci (!) Narodowej (?), przedstawia tło tamtych wydarzeń:

      „Wiosną 1943 r. na Wołyniu banderowska frakcja Organizacji Ukraińskich
      Nacjonalistów (OUN) i podległe jej oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA)
      rozpoczęły na szeroką skalę walki partyzanckie z Polakami, Niemcami i
      Sowietami” (podkreślenie moje – A.S.).

      W następnych zdaniach zapoznajemy się z przebiegiem akcji UPA przeciw
      niemieckiej administracji, czytamy wzmianki o „uniemożliwianiu ściągania
      kontyngentów” oraz o „ograniczeniu władzy Niemców do większych miast i głównych
      szlaków komunikacyjnych”. Jest też opis reakcji Niemców – wybijanie całych wsi
      ukraińskich i masowe egzekucje. Poprzez takie naświetlenie problemu Czytelnik
      odruchowo zaczyna odczuwać sympatię do UPA...

      Wreszcie docieramy do wątku polskich „szucmanów”: „Władze niemieckie
      postanowiły wykorzystać przeciwko Ukraińcom także Polaków, co ułatwiła im
      prowadzona przez OUN-UPA krwawa akcja antypolska” (podkreślenie moje – A.S.).

      W artykule Grzegorza Motyki UPA prowadzi zatem „walki partyzanckie”, co
      najwyżej „krwawe akcje”. ZBRODNIE popełniają tylko Niemcy i Polacy... Mamy tu
      do czynienia z ewidentną manipulacją. Trudno w to uwierzyć, ale wyrżnięcie
      dziesiątków tysięcy nieuzbrojonych polskich cywilów przez UPA dr Motyka raczył
      określić mianem „walk partyzanckich z Polakami” (!!!). Potem wprawdzie pada
      określenie: „krwawa akcja antypolska” – jednak poprzedzone akapitem o
      działaniach antyniemieckich UPA. W efekcie niezorientowany w temacie czytelnik
      nie pojmie, że „krwawa akcja antypolska” oznacza ludobójstwo ludności cywilnej
      (wszak „walki partyzanckie”, zwłaszcza „rozpoczęte na szeroką skalę”, z
      założenia są „krwawymi akcjami”, nieprawdaż?). Ów czytelnik nie ma więc szansy
      zrozumieć motywów postępowania tych wołyńskich Polaków, którzy przyjęli
      podsuniętą im przez Niemców broń.

      Relacja policjanta

      Tekst Motyki miał pełnić rolę przedmowy do opublikowanej w tym samym
      numerze „Karty” „Relacji policjanta” – obszernego, anonimowego zeznania świadka
      historii, podającego się za byłego funkcjonariusza Schutzmannschaftsbataillon
      202, sformowanego przez Niemców batalionu polskiej policji, operującego na
      Wołyniu w latach 1943-1944.

      Jeśli założyć, że autor relacji jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje, a
      opisane wydarzenia odpowiadają prawdzie, to z „Relacji policjanta” wyłania się
      obraz całkowicie różny od przedstawionego w szkicu Motyki. Oto jak eks-
      policjant wspomina swych towarzyszy broni:

      „Nikt o niczym innym nie mówi
      • Gość: w Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.05, 18:03
        Relacja policjanta

        Tekst Motyki miał pełnić rolę przedmowy do opublikowanej w tym samym
        numerze „Karty” „Relacji policjanta” – obszernego, anonimowego zeznania świadka
        historii, podającego się za byłego funkcjonariusza Schutzmannschaftsbataillon
        202, sformowanego przez Niemców batalionu polskiej policji, operującego na
        Wołyniu w latach 1943-1944.

        Jeśli założyć, że autor relacji jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje, a
        opisane wydarzenia odpowiadają prawdzie, to z „Relacji policjanta” wyłania się
        obraz całkowicie różny od przedstawionego w szkicu Motyki. Oto jak eks-
        policjant wspomina swych towarzyszy broni:

        „Nikt o niczym innym nie mówił, jak tylko o tym, by nawiązać nić z partyzantami
        i przedostać się do Rosji i następnie połączyć się z polską armią, jaka podobno
        miała być w Rosji, lub może i do Anglii.”

        Policjanci traktowani są przez ludność polską jako jej wierni obrońcy:

        „W Łucku Polacy przyjmują nas wprost z entuzjazmem. Opowiadają nam o terrorze
        Ukraińców.”

        „Nasi polegli koledzy leżą na podwyższeniu, toną oni wprost w powodzi kwiatów i
        wieńców, które ofiarowała wdzięczna bez granic ludność polska.”

        Tymczasem zarządzenia niemieckiego okupanta, przychylnego Ukraińcom,
        uniemożliwiają skuteczne działania:

        „Ludność ze łzami błaga nas o pomoc, której udzielić nie możemy. Dowódca nasz
        bowiem nie ma prawa mieszać się w rządy Ukraińców.”

        „... idiotyczny rozkaz: nie wolno nam strzelać, chyba że otrzymujemy pierwsi
        ogień.”

        „Codziennie słyszymy o bestialskich mordach stosowanych na Polakach po
        okolicznych wsiach. [...] Po każdej takiej wiadomości wyruszamy natychmiast na
        miejsce zbrodni. [...] Wchodzimy do wsi, podczas gdy Ukraińcy wszyscy uciekają
        przez pola w przeciwnym kierunku, nam zaś nie wolno za nimi strzelać.”

        Bezkarni bandyci UPA są coraz zuchwalsi i brutalniejsi:

        „Pewnego razu przybiega do nas dziewczynka dwunastoletnia z płaczem, że całe
        jej rodzeństwo wymordowali [...] wyruszamy furmankami na miejsce. Jest to wieś
        Stryłki, 4 km od Klewania, tu oczom naszym przedstawia się widok straszny.
        Zgliszcza dymią jeszcze. [...] zaczynają się schodzić ludzie, którzy zdołali
        uciec. Z lamentem przypadają do swych małych dzieci, które leżą w kałuży krwi.
        Większość pomordowanych spalona jest wśród gruzów. Znajdujemy też dużo ofiar
        leżących koło domów. Wszyscy są w okrutny sposób zamęczeni. Mężczyźni z
        oderżniętymi genitaliami, kobietom wpychają flaszki, kamienie. Obrzynają palce,
        języki nosy, wbijają kołki drewniane w mózg lub szyję.”

        Przybywające z odsieczą polskie patrole policyjne są często atakowane:

        „Patrol ten wpadał w ciężką zasadzkę [...] Każdy był ranny i mordowany później –
        mieli oni nosy poodrzynane, palce które później do ust im wpychano – lub
        żywcem w płonące auta rzucony.”

        Wreszcie miarka się przebrała. Nastaje czas odwetu. Polscy policjanci nie dają
        pardonu:

        „Wieś Podłużne zostaje okrążona i spalona, ludność wystrzelana. Złazno –
        spalona do jednej chałupy. Wieś Stawki, na pół spalona przez nas [...] Wieś
        Japołoć, miejsce trzykrotnej zasadzki, spalona, kobiety, dzieci wystrzelane.
        [...] Silne ognisko bandyckie, wieś Hołowin, również po zasadzce, po części
        spalona. Palimy w każdej wsi w pierwszym rzędzie młyny i cerkwie, tak że
        wkrótce w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma nigdzie młyna, ani cerkwi, ani
        popa... [...]” (cyt. za: „Relacja policjanta”, podali do druku Grzegorz Motyka
        i Marek Wierzbicki, „Karta” nr 24).

        Daleki jestem od relatywizowania okrucieństw, szufladkowania masakr kobiet i
        dzieci na „godne potępienia” i „usprawiedliwione okolicznościami”. Ale widać
        wyraźnie, że to nie żadne „rozpoczęcie walk partyzanckich” przez UPA wyzwoliło
        wśród Polaków demona zemsty. To te dzieci, leżące w kałużach krwi, to ich
        okaleczeni rodzice, to bezkarność rezunów...

        Dobrze byłoby, by ktoś wreszcie, raz na zawsze, dokładnie oszacował liczbę
        ofiar polskiej zemsty – wszystkich akcji odwetowych naszej partyzantki,
        samoobrony, policji. Dla samego Wołynia różni autorzy podają od kilkuset do
        dwóch tysięcy zabitych Ukraińców. Stanowi to od 1 do 3 proc. ofiar polskich.
        Zdaniem ukraińskiego historyka Wiktora Poliszczuka, w latach wojny na całym
        obszarze Rzeczypospolitej zginęło z rąk Polaków 4000 ukraińskich cywilów.
        Według jego obliczeń liczba „nieposłusznych” Ukraińców zamordowanych przez UPA
        była dwudziestokrotnie większa, nie wspominając o trzydziestokrotnie większej
        liczbie Polaków (łącznie dwieście tysięcy ofiar terroru UPA!).

        A jednak Niemcy

        Pora wrócić do zagłady czeskiej kolonii Malin, do zbrodni, którą dr Grzegorz
        Motyka z IPN, w ślad za Lwem Szankowśkim, przypisał polskiej policji. Zaiste,
        gdyby zarzut odpowiadał prawdzie, sumienia Polaków obciążałaby jedna z
        najohydniejszych pacyfikacji na tym terenie. W rok po publikacji Motyki,
        w „Karcie” nr 28 (1999) ukazał się list dr Adama Cyry z Państwowego Muzeum w
        Oświęcimiu, będący reakcją na rewelacje autora „Polskiego policjanta na
        Wołyniu”. W liście przybliżono nam fragment referatu Jaroslava Meca,
        przedstawiciela Stowarzyszenia Czechów Wołyńskich, wygłoszony na
        sympozjum „Ludobójstwo i wygnania na Kresach” w Centrum Dialogu i Modlitwy w
        Oświęcimiu.

        Tenże Jaroslav Mec, przedstawiając męczeństwo wołyńskich Czechów podczas II
        wojny światowej, opisał zagładę Malina – „największą tragedię wołyńskich
        Czechów”. Sprawcami zbrodni byli Niemcy, którzy „spędzili mieszkańców do
        cerkwi, szkoły i niektórych budynków, po czym polali je benzyną i zapalili”.
        Również liczba ofiar, podana przez Motykę, nie odpowiada prawdzie. Zginęło
        bowiem 374 Czechów (w tym 105 dzieci), poza tym 132 ich ukraińskich sąsiadów
        oraz 26 Polaków.

        Jak zauważył dr Cyra: „... Jaroslav Mec, który przeżył wojnę na Wołyniu, oraz
        Stowarzyszenie, które reprezentował, najlepiej orientują się, kto dokonał mordu
        na mieszkańcach Czeskiego Malina.”

        Obok listu Cyry zamieszczono też ripostę Motyki. Ten ostatni podziękował
        oponentowi za wypowiedź „w dyskusji, która przybliża nas do historycznej
        prawdy”, choć też zrugał go za „pewną gwałtowność, z jaką broni polskiej
        policji przed zarzutem udziału w spaleniu Malina”.

        Motyka usprawiedliwił się, że wzmianki o udziale Polaków w pacyfikacji Malina
        znalazł, poza książką Szankowśkiego, w liście prawosławnego biskupa Platona
        (Ukraińca) do biskupa Polikarpa oraz w kronice prawosławnego księdza Maksyma
        Fedorczuka (takoż narodowości ukraińskiej). Równocześnie jednak zmuszony był
        zacytować wzmiankę z konspiracyjnego pisma polskiego „Wschód”, z opisem
        przebiegu zbrodni, w którym jednoznacznie wskazano na odpowiedzialność Niemców.
        Motyka zastrzegł się, że nie neguje źródeł czeskich, zaś zaistniałą
        rozbieżność „wytłumaczył” na dwa sposoby: „obecności Polaków Czesi mogli nie
        zauważyć”, bądź też „polska policja miała tak krwawą renomę wśród ludności
        ukraińskiej, że ta, słysząc o pacyfikacji, nie wyobrażała sobie nawet, by w
        niej nie wzięli udziału Polacy”...

        Dr Cyra nie skomentował innych zarzutów stawianych polskim policjantom,
        popełnienia zbrodni na ukraińskiej ludności cywilnej, w innych niż Malin
        miejscowościach. O dziwo, ta powściągliwość dała Motyce asumpt do złośliwych
        dociekań pod adresem oponenta: „Czyżby zatem uważał, że zabójstwo Czechów jest
        dla tej formacji bardziej kompromitujące niż zabijanie nie mających nic
        wspólnego ze zbrodniami OUN-B cywilnych Ukraińców?” – suponował.

        Dalibóg, trudno doszukać się w tej insynuacji jakiejś logiki. Cyra nie zajął
        • Gość: w Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.05, 18:05
          Zbrodnia w Malinie (cz.2)



          Tezę Lwa Szankowśkiego o udziale Polaków w pacyfikacji Malina Grzegorz Motyka
          nagłośnił raz jeszcze w swej książce „Tak było w Bieszczadach” (W-wa 1999).
          Tytuł pracy jest nieco mylący. W zasadzie jej tematem są walki polsko-
          ukraińskie na terenach dzisiejszej Polski w latach 1943-1948, choć dość
          obszernie omówiono również ludobójstwo na Kresach (konsekwentnie nazywane przez
          Motykę „akcją antypolską”). Jest też sporo o wcześniejszych konfliktach, z lat
          1918-1939. Książka skądinąd kontrowersyjna – widać w niej
          ducha „obiektywizowania” polsko-ukraińskiego konfliktu. Jak wygląda ten
          obiektywizm w wykonaniu dr Motyki? Oto garść przykładów:

          - o przyczynach wojny polsko-ukraińskiej z lat 1918-1919:

          „Proklamowanie w listopadzie 1918 r. ZUNR [Zachodnio-Ukraińskiej Republiki
          Ludowej – przyp. A.S.] gremialnie popartej przez Ukraińców mieszkających w
          Galicji Wschodniej, spowodowało wybuch zaciętych walk polsko-ukraińskich.
          Przełomem w konflikcie stało się przybycie z Francji (...) armii gen. Józefa
          Hallera. Wprawdzie obiecano nie używać formacji tej przeciwko Ukraińcom, ale
          Polacy złamali to zobowiązanie. Dzięki temu oddziały Wojska Polskiego w lipcu
          1919 r. wyparły armię ZUNR za rzekę Zbrucz, kończąc w ten sposób
          <najniepotrzebniejszą z polskich wojen>. Oznaczało to likwidację ukraińskiej
          państwowości w Galicji” (s. 25).

          Mamy więc wiarołomnych Polaków, likwidujących ukraińską państwowość w
          niepotrzebnym konflikcie... Ani słowa o tym, kto rozpoczął „niepotrzebną”
          wojnę! A przecież „wybuchu zaciętych walk” wcale nie spowodowało „proklamowanie
          ZUNR”, tylko atak sił zbrojnych tego tworu na Polaków we Lwowie i innych
          miejscach!

          - o porzuceniu atamana Petlury przez Polaków:

          „(...) w kwietniu 1920 r. rozpoczęła się polsko-ukraińska ofensywa na Kijów.
          Ale opanowanie stolicy Ukrainy, wskutek kontrofensywy bolszewików, nie
          przyniosło oczekiwanych rezultatów. Ostatecznie plany Petlury przekreśliło
          złamanie przez Polskę zobowiązań sojuszniczych i podpisanie traktatu pokojowego
          z ZSRS w Rydze” (s. 25-26).

          Trudno o większe uproszczenie. Zorientowany w historii czytelnik (ale tylko
          on!) doskonale wie, że zarządzona przez Piłsudskiego wyprawa kijowska, mająca
          na celu pomoc w budowie państwa ukraińskiego, zakończyła się katastrofą.
          Bolszewicy nie tylko odbili Kijów, ale wkrótce znaleźli się na przedpolach
          Warszawy. Tylko najwyższym wysiłkiem obroniono młodą polską niepodległość.
          Ostateczną rezygnację z wojskowego wsparcia dla petlurowskiej Ukrainy wymusiło
          przede wszystkim niechętne stanowisko ogółu... Ukraińców. Ideowi petlurowcy
          wielokrotnie wyrażali żal i rozgoryczenie z powodu ówczesnej postawy większości
          swych rodaków, którzy nie przejawiali żadnego zainteresowania budową własnej
          państwowości, a tym bardziej oddawaniem za nią życia. Na wyprawę kijowską w
          kwietniu 1920 r. Petlura zdołał wystawić zaledwie 4-tysięczną armię (Wojsko
          Polskie dało wówczas 300 tys. żołnierzy). Pod koniec wojny wojsko Petlury
          osiągnęło stan 23.200 ludzi (armia polska liczyła wtedy ponad 900 tys.). Trudno
          mieć pretensje do Polaków, że nie chcieli dłużej przelewać krwi za niepodległą
          Ukrainę, skoro nie mieli na to ochoty sami Ukraińcy.

          - o konfliktach polsko-ukraińskich w II Rzeczypospolitej

          Akcja terrorystyczno-sabotażowa OUN z 1930 r. podsumowana została w książce
          Motyki jednym zdaniem (jedyne, co się o niej dowiadujemy, to fakt, że
          przerwała „postępującą poprawę nastrojów ludności ukraińskiej”). Za to opis
          brutalności polskiej policji, pacyfikującej ukraińskie wioski w odpowiedzi na
          działania terrorystów, zajmuje bitą stronę (s. 37-38).

          - o początku walk polsko-ukraińskich

          Kto rozpoczął walki polsko-ukraińskie podczas II wojny światowej? Kto pierwszy
          przelał krew? Jak stwierdza dr Motyka we wstępie, jego praca „obejmuje okres
          od początku roku 1943 (wówczas doszło do pierwszych większych starć polsko-
          ukraińskich (...)”.

          Otóż do pierwszych większych starć doszło już we wrześniu 1939 r. Motyka podaje
          zresztą garść przykładów akcji ukraińskich dywersantów z Lubelszczyzny podczas
          kampanii wrześniowej (w opisanych akcjach padło jakieś kilka tuzinów trupów).
          Całkowicie jednak przemilcza ówczesną falę mordów na Kresach. A przecież
          (zdaniem m.in. prof. Roberta Szawłowskiego) w 1939 r. z rąk ukraińskich
          bojówkarzy (nacjonalistów i komunistów) zginęło 12-14 tys. Polaków, w ogromnej
          większości cywilów!

          - o sukcesie antyniemieckiej akcji UPA na Wołyniu w 1943 r.:

          „Z badań Cz. Madajczyka wynika, iż w 1943 r. na Wołyniu niemiecką administrację
          wycofywano czasem nawet ze szczebla powiatu. Dostawy mięsa i mleka spadły o 75
          %, masła o 40 %, w mniejszym stopniu spadła ilość dostarczanego zboża. Fakty te
          musiały wynikać z działalności UPA, gdyż partyzantka sowiecka nie obejmowała
          tak znacznego terytorium” - stwierdza autor omawianej pracy (s. 109).

          Mniejsza o to, że prof.. Czesław Madajczyk napisał powyższe w kontekście
          działań właśnie partyzantki sowieckiej, oraz że spadek dostaw mięsa i mleka
          wyniósł 2/3, a nie 75 % (zob. Madajczyk Cz., Faszyzm i okupacje 1938-1945,
          Poznań 1983, T.I Ukształtowanie się zarządów okupacyjnych, s. 629-631). W
          istocie bowiem dr Motyka ma rację, UPA rzeczywiście odniosła na tym polu spore
          sukcesy. Zastanówmy się jednak, co się za nimi kryło. Otóż właśnie w 1943 r.
          Ukraińska Powstańcza Armia dokonała na Wołyniu swych najgorszych zbrodni,
          mordując kilkadziesiąt tysięcy ludności polskiej, głównie mieszkańców wsi, a
          dalsze dziesiątki tysięcy zmuszając do ucieczki. Istotnie, musiało to pociągnąć
          za sobą dezorganizację lokalnej gospodarki rolnej, a w konsekwencji spadek
          ilości zebranych przez Niemców kontyngentów. Z punktu widzenia, dajmy na to
          Stalina, akcja banderowców przyniosła wymierne korzyści. Ale że poczytuje to
          UPA za zasługę również polski historyk, to raczej niespotykane...

          Mamy wreszcie w książce bezkrytyczne powtarzanie zarzutów historyków
          ukraińskich, w tym oskarżenie o wymordowanie czeskich kolonistów w Malinie.
          Skutkiem takich i podobnych zabiegów zaprzepaszczona została szansa na
          stworzenie naprawdę obiektywnej monografii polsko-ukraińskiego konfliktu. A
          szkoda, bo autor rzeczywiście wykonał ogromną pracę, przedzierając się przez
          liczne archiwa, w kraju i za granicą, ujawniając fascynujące nieraz informacje.
          Czytając „Tak było w Bieszczadach” człek ma wątpliwą uciechę, gdy konfrontuje
          tezy autora z jego wcześniejszym o rok artykułem „Polski policjant na Wołyniu”
          („Karta” nr 24). Ot, na przykład, zapoznając się teraz z doniesieniem o
          stronniczości ukraińskiego historyka Wołodymyra Kosyka, który „cały problem
          mordów UPA na Polakach kwituje jednym zdaniem: <Niezaprzeczalnie, w ówczesnej
          sytuacji trafiały się ekscesy tak z jednej, jak i drugiej strony>” (s. 17).
          Tak, tak - mowa o tym samym Wołodymyrze Kosyku, który zarzucił polskiej policji
          zamordowanie 70 Ukraińców we wsi Dermań!

          Albo gdy czytamy opis masakr polskiej ludności cywilnej, dokonanych przez UPA
          na wiosnę 1943 r. (już w marcu i kwietniu liczba zamordowanych sięgnęła 7
          tys.). Przypomnę, w „Karcie” pan Motyka napisał, że to było „rozpoczęcie walk
          partyzanckich”...

          Niemcy, Ukraińcy, własowcy

          W 2000 r. na rynku wydawniczym ukazało się „Ludobójstwo dokonane przez
          nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” autorstwa Ewy
          i Władysława Siemaszków – wspaniała, monumentalna, blisko 1500-stronicowa
          praca, oparta na przebogatym materiale źródłowym.

          Wśród przedstawionych w niej setek krwawych epizodów, jest też opis pacyfikacji
          Malina. Jako sprawców jednoznacznie wskazano Niemców (oddział
          • Gość: w Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.05, 18:07
            Niemcy, Ukraińcy, własowcy

            W 2000 r. na rynku wydawniczym ukazało się „Ludobójstwo dokonane przez
            nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” autorstwa Ewy
            i Władysława Siemaszków – wspaniała, monumentalna, blisko 1500-stronicowa
            praca, oparta na przebogatym materiale źródłowym.

            Wśród przedstawionych w niej setek krwawych epizodów, jest też opis pacyfikacji
            Malina. Jako sprawców jednoznacznie wskazano Niemców (oddział SS), ukraińską
            policję oraz mały oddział własowców. Potwierdzono, iż ofiarą egzekucji padło
            374 Czechów i 26 Polaków (spalonych żywcem) oraz 132 Ukraińców (zastrzelonych).

            Autorzy powołują się na wiele źródeł, w tym na ustalenia komisji śledczej,
            utworzonej przez generała Ludwika Svobodę, dowódcę Pierwszego Samodzielnego
            Korpusu Czechosłowackiego w ZSRS.

            (Ponadto dowiadujemy się, iż okolice Malina były terem działalności terrorystów
            ukraińskich różnej maści. Jeszcze we wrześniu 1939 r. prokomunistyczni
            bojówkarze zamordowali tam komendanta posterunku policji państwowej, zaś w
            latach 1943-1944 w napadach UPA zginęło troje Czechów.)

            Autorom udało się ustalić, skąd mogła się wziąć pogłoska o Polakach,
            uczestniczących w pacyfikacji. Otóż jedna z ocalałych mieszkanek wsi zeznała,
            że ostrzegł ją i namówił do ukrycia, w języku polskim, „żołnierz w nazistowskim
            mundurze”. Siemaszkowie wielokrotnie przypominają, iż w niemieckich oddziałach
            wojskowych i policyjnych na Wołyniu służyło wielu Niemców ze Śląska, Pomorza i
            Wielkopolski, wśród których znajomość języka polskiego była powszechna.

            (Również G. Motyka w „Polskim policjancie na Wołyniu”, w „Karcie” nr 24
            przyznaje, że do pacyfikacji z premedytacją kierowano Niemców ze Śląska i
            Wielkopolski, którzy w trakcie przemarszu przez ukraińskie miejscowości
            śpiewali polskie piosenki, w oczywistym celu zantagonizowania miejscowej
            ludności.)

            Siemaszkowie cytują wypowiedź znanego nam już Jaroslava Meca ze Stowarzyszenia
            Czechów Wołyńskich, będącą w istocie podsumowaniem sporu o zbrodnię w
            Malinie: „Pragnę poinformować, że według znanych mi dostępnych dokumentów nigdy
            nie zetknąłem się z tymi [o Polakach pacyfikujących Malin] informacjami. (...)
            Nikt i nigdy nie miał wątpliwości, że zbrodni tej dokonali Niemcy przy udziale
            policji ukraińskiej” (Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo..., s.
            79).

            Tygiel narodów

            Cztery lata po opublikowaniu „Polskiego policjanta na Wołyniu”, dr Grzegorz
            Motyka raz jeszcze wraca do sprawy pacyfikacji Malina, w interesującym szkicu o
            dziejach wołyńskich Czechów, zamieszczonym w tomie „Tygiel narodów” (Warszawa
            2002). Tym razem podaje prawdziwą liczbę ofiar. Pisze też o odpowiedzialności
            Niemców, o „nazistach” mordujących mieszkańców Malina, o „niemieckiej akcji
            pacyfikacyjnej”. Udział polskiej policji traktuje jako „domniemany”. Napomyka
            wprawdzie o oskarżeniach ukraińskich autorów, przyznaje jednak, że źródła
            czeskie „ani słowem nie potwierdzają obecności polskiej policji” (choć powtarza
            też swą hipotezę, że ocaleli z pogromu Czesi „mogli nie zauważyć” Polaków). Z
            całą mocą podkreśla, iż „niezależnie od tego, jak wyglądała prawda, nie ulega
            wątpliwości, iż za wszelkie poczynania polskiej policji odpowiadają przede
            wszystkim Niemcy, którym formacja ta podlegała. To oni wydawali rozkazy” (G.
            Motyka, Postawy wobec konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939-1953 w
            zależności od przynależności etnicznej, państwowej i religijnej, w: Tygiel
            narodów. Stosunki społeczne i etniczne na dawnych ziemiach wschodnich
            Rzeczypospolitej 1939-1953, pod red. Krzysztofa Jasiewicza, Warszawa 2002, s.
            387-388).

            Skąd ta cudowna przemiana? Skąd tak skwapliwe uwypuklanie niemieckiej winy?
            Przecież, poza Malinem, pozostaje jeszcze do wyjaśnienia sprawa udziału
            polskich policjantów z Schutzmannschaftsbataillon 202 w pacyfikacjach
            ukraińskich wiosek. Toż koledzy Grzegorza Motyki z Instytutu Pamięci Narodowej,
            badający okoliczności wypadków w Jedwabnem, wykuwali swój medialny rozgłos,
            opracowując niemal identyczny scenariusz zbrodni. Według nich grupa
            jedwabieńskich Polaków, przy prawdopodobnym współudziale bądź z inspiracji
            niemieckiej żandarmerii, dokonała mordu na co najmniej 340 Żydach. I ów
            scenariusz stał się podstawą do potężnej debaty w mediach (przypominającej mecz
            do jednej bramki...), ogólnonarodowej ekspiacji, chórów przebłagalnych z
            udziałem najwyższych władz państwowych...

            Dlaczegóż więc dr Motyka tak gorliwie podkreśla niemiecką odpowiedzialność za
            (ewentualne) zbrodnie polskiej policji pomocniczej, miast iść szlakiem
            przetartym przez IPN-owskich speców od Jedwabnego?

            Odpowiedź pozostaje, rzecz prosta, w sferze domysłów. Zauważmy tylko, że
            jeśliby obciążyć ogół Polaków odpowiedzialnością za zbrodnie niektórych
            polskich policjantów, dokonane pod komendą niemiecką, należałoby również
            przyjrzeć się działalności ukraińskich formacji wojskowych i policyjnych w
            służbie Hitlera. W tym miejscu dyskusja nie dotyczyłaby już kilkudziesięciu czy
            kilkuset ofiar polskiego batalionu policyjnego z Wołynia.

            Ukraińskie oddziały na żołdzie niemieckim współdziałały w wymordowaniu setek
            tysięcy ludzi. W jednym tylko obozie zagłady w Sobiborze (przypuszczalnie ok.
            250 tys. ofiar) na 180 strażników było aż 150 Ukraińców. Na Wołyniu policja
            ukraińska miała ogromny udział w eksterminacji dwustutysięcznej społeczności
            tamtejszych Żydów. Ukraińscy wielbiciele Hitlera brali też udział w tłumieniu
            Powstania Warszawskiego (Wołyński Legion Samoobrony, policyjne pułki SS),
            pozostawili po sobie bolesne wspomnienia również m.in. na Słowacji i w
            Jugosławii.

            Kolaboranci czy patrioci?

            Dr Motyka w jednym na pewno ma rację; najwyższy czas ujawnić i spopularyzować
            wszystkie aspekty działań polskich formacji policyjnych, sformowanych za
            zezwoleniem niemieckiego okupanta – Policji Polskiej (tzw. „policji
            granatowej”) i Policji Kryminalnej w Generalnym Gubernatorstwie oraz
            Schutzmannschaften na Wołyniu. Przez ich szeregi przewinęło się łącznie
            kilkanaście tysięcy Polaków. Przez wiele lat na tych ludziach spoczywało odium
            zaprzaństwa i zdrady.

            A przecież, wobec nieuniknionego w warunkach wojny, rozszerzającego się
            pospolitego bandytyzmu, którego ofiarą padała ludność polska, a którego
            zwalczanie nie cieszyło się zainteresowaniem niemieckich władz okupacyjnych
            oraz przekraczało realne możliwości odpowiedzialnych struktur Polskiego Państwa
            Podziemnego, istnienie rodzimych służb policyjnych, choćby podległych Niemcom,
            leżało w naszym interesie narodowym. Współczesne badania wykazują przy tym, iż
            formacje te były głęboko spenetrowane przez podziemie. Np. w „policji
            granatowej” co szósty funkcjonariusz (w tym co drugi oficer) był zaprzysiężonym
            żołnierzem konspiracji, podczas gdy liczba kolaborantów nie przekraczała 10%.
            Na siedmiu „granatowych” podpułkowników (najwyższy stopień w tej formacji),
            prawdopodobnie wszyscy współpracowali z podziemiem (trzech zamordowano w
            niemieckich obozach koncentracyjnych, czwarty – Aleksander Reszczyński z
            Warszawy – zginął w zamachu zorganizowanym przez komunistów). Ogółem Niemcy
            rozstrzelali bądź zesłali do kacetów od 10 do 15 % funkcjonariuszy.

            Miarodajną oceną postawy polskich policjantów z Wołynia był stosunek do nich
            tamtejszej ludności – wdzięcznej za obronę przed zbirami z UPA. Jeśli ktoś dziś
            wybrzydza na tych spośród wołyniaków, którzy walcząc o życie przyjęli broń od
            Niemców (czy od kogokolwiek), to jest to pretensja, że owi kresowianie nie
            pozwolili się bezkarnie wymordować, że nie byli stadem baranów prowadzonych na
            rzeź.

            W istocie przecież polski „szucman” oraz partyzant AK walczyli tam ze wspó
            • Gość: w Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.05, 18:12
              W istocie przecież polski „szucman” oraz partyzant AK walczyli tam ze wspólnym
              wrogiem.



              "Głos Kresowian" nr 20
    • Gość: pnm Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.08.05, 11:18
      Rozbiór RP

      Faszystowsko-Żydowski rozbiór RP

      Nie wątpię, że niektórzy stwierdzą o artykule, że jest po czasie. Nic
      obłędniejszego.
      Przesilenie przedwyborcze, więc tak media jak i towarzystwo żądający roszczeń
      wobec Rzeczpospolitej nabrali wody w usta. Powód jest prosty, kandydują ich
      wasale.
      Kto ma te roszczenia, nie biorą w tym udziału np. Kaszubi, którzy przez
      zbrodnicze hordy
      NKWD i UB byli uznani za faszystów i bezprawnie wyrzucani z domów, nie można
      zapomnieć o Ślązakach. A oto przykład, przedstawiam jedną z głównych
      awanturnic.
      Roszczenia a pojednanie
      09.08.2004 06:00 (aktualizacja 14:14)
      Erika Steinbach, jej Związek Wypędzonych (BdV) oraz powstałe niedawno Pruskie
      Powiernictwo wzbudzają w naszym kraju niepokój i kładą się cieniem na i tak
      trudnych stosunkach polsko-niemieckich
      Fałszywa wypędzona
      Aby zostać członkiem Związku Wypędzonych (BdV) należy wykazać, że rodzina od
      stuleci żyła na "dawnej niemieckiej ziemi". Tymczasem Erika Steinbach urodziła
      się w 1943 roku w Rumii koło Gdyni, która przed wojną nie należała do Niemiec.
      Ojciec Steinbach był żołnierzem Wehrmachtu z Hanau koło Frankfurtu, który
      służył od początku wojny na lotnisku w Rumii, a jej matka została przysłana z
      Bremy do pracy w urzędzie obsługującym żołnierzy i przesiedleńców.

      Fałszywa wypędzona córka Faszystowskiego okupanta żąda zwrotu, może śni się jej
      Rumia jako prywatny folwark. Mogła by tam szkolić 5 kolumnę na wzór
      Faszystowskich organizacji na terenie Rzeczpospolitej w latach 1938/1939. Ci
      którzy mordowali jak hydra podnoszą krzyki.
      Do tych bezczelnych żądani oczywiście dołączyli politycy.
      Oto przykład: Kandydat na kanclerza Niemiec z ramienia CDU/CSU, Edmund Stoiber,
      zwrócił się do Polski, Czech i innych krajów z żądaniem uchylenia tzw. dekretów
      sankcjonujących wypędzenia i wywłaszczenia Niemców po II wojnie światowej.
      A więc mamy do czynienia z „Żądaniami” czy to nie powtórka z historii. Przecież
      Rządy Anglii i Francji nie będą bili się o Gdańsk. Wkrótce spadkobiercy
      faszyzmu zażądają od Polskiego narodu reparacji Wojennych. Twierdząc, że II
      wojna to wina Polski.
      Przecież Austrię ,Czech tz. mocarstwa Europy oddały po wasalski wobec Hitlera,
      dlaczego Polska uparcie broniła swojej suwerenności?
      Powinien rząd Polski zrobić tak jak Francuski, najpierw ośmieszyć armię a potem
      połowę kraju oddać w prezencie Faszystom. W prasie zachodniej już budują taką
      opinię twierdząc że „Obozy Zagłady są Polskie” Żądania Niemiecki już odniosły
      precedensowy
      skutek. Proszę mi wskazać, w jakim kraju Europy mniejszość Polska ma
      przedstawicieli w parlamencie. A wasale dopuścili do tego że w Polskim sejmie
      są Niemcy.
      O ile jest tz. Demokracja to co z innymi mniejszościami. Zasadnicze pytanie,
      dlaczego w Polskim sejmie nie ma przedstawicieli Poloni.

      Następni wielce pokrzywdzeni to Żydzi. Z historii, której mnie uczono to
      mniejszość Żydowska była ubogą grupą. Jak zwykle dla obiektywizmu przytoczę
      fragmenty książki.
      Dzieje Żydów w Polsce 1918-1939,
      Recenzje prof. dr. hab. Jerzy Tomaszewski, dr Barbara Jakubowska, dr Marek
      Gumkowski ( czy można wymienionych oskarżyć o antysemityzm)
      str. 65- przeżywają nieraz ciężkie chwile. Drobne przedsiębiorstwa wytwórcze,
      których liczba rośnie, oraz handlowe cierpią z powodu kryzysów ekonomicznych,
      polityki podatkowej i bojkotu ekonomicznego. Na tle procesów pauperyzacji
      społeczności żydowskiej coraz liczniejsze były grupy dotknięte nędzą, skazane
      na poszukiwanie pomocy charytatywnej.
      str. 69- cyt. Czyż trzeba się dziwić, że rzemiosło(żydowskie) było przedmiotem
      drwin i żartów. Kpił z tego każdy talmudysta i Żyd nabożny, bo było synonimem
      chamstwa i nieuctwa ( ciekawe stosunki mniejszości żydowskiej w własnym
      gronie.)
      str. 74- Odezwa Rabinatu warszawskiego o pomoc dla Towarzystwa „ Bejt- Lechem”
      z 31-03-1927 Żydzi! Wobec panującego obecnie ciężkiego kryzysu ekonomicznego
      itd.
      Z wspomnień rodzinnych słyszałem że w Warszawie byli pieszczotliwie
      nazywani „Gódłaje”


      Powód to biedota. A tu potężne roszczenia :Światowy Kongres Żydów (WJC)
      zaapelował do polskiego rządu o pełną restytucję mienia zagarniętego polskim
      Żydom w czasie i po II wojnie światowej
      05.07.2005 06:00
      Organizacje żydowskie, wytaczając głównie argumenty natury moralnej, domagają
      się od Polski restytucji mienia straconego w czasie II wojny światowej i po jej
      zakończeniu na specjalnych warunkach. Polskie stanowisko jest inne.
      I znowuż podstawowe pytanie, czemu w kraju nie słyszymy o żądaniach od
      mniejszości Żydowskiej, która ucierpiała okrucieństwa faszystowskiej okupacji.
      I o jaki majątek mają pretensje, czyżby o ten który uzyskali po współpracy z
      Sowieckim okupantem.
      Nie jest tajemnicą że Żydzi na okupowanych terenach tz. Kresach nie tylko
      denuncjowali Inteligencję Polską do NKWD, lecz także mieli udział w
      pacyfikacji, po czym przejmowali
      majątki polskich rodzin wywożonych na zsyłki. Co o tym podręcznik szkolny.
      Historia Polski 1796-1996 Leszek Podchorodecki.
      str. 222 Pod okupacją radziecką
      cyt. Również Żydzi na ogół przychylnie powitali Rosjan,( mowa o 17 września
      1939r) wielu z nich szybko podjęło współpracę z nową władzą, wstąpiło do jej
      organów, zwłaszcza do NKWD. Czy podręcznik jest Antysemicki?.
      Patrząc na zdjęcie zadaję sobie pytanie, czy te żądania czasami nie pochodzą od
      Amerykańskich Żydów którzy w czasie Faszystowskiej okupacji Polski tak żarliwie
      prowadzili handel z Hitlerem. Oraz z Rosyjskim okupantem. Jedni dozbrajali
      drudzy
      brali udział w mordach na narodzie Polskim tak w szeregach NKWD jak i UB.
      Co za bezczelność, żądać zwrotu mienia utraconego w czasie II wojny światowej?
      Czy Żydom się pomieszało, czy to Polska doprowadziła do wojny?
      Żydzi mają szeroki żądania. I tak na przykład wymusili na Szwajcaria, zmusili
      banki szwajcarskie do milionowych w dolarach zwrotów odszkodowań dalej.
      Rząd USA zawarł umowę z grupą węgierskich Żydów, na mocy, której zwróci im 25,5
      miliona dolarów za majątek skradziony pod koniec wojny przez wojsko
      amerykańskie.
      Skąd Żydzi Węgier posiadali takie majątki, na jak wielką skale prowadzili
      lichwę.
      Przyrównam te żądania do wędkarzy, którzy zawsze wyolbrzymiają swoje trofea.
      Lecz to nie są żarty ten temat roszczenia wisi nad nami.
      Pytanie o powód do uległość na przykład USA i innych krajów zachodu czy boją
      się Izraelskich 600 głowic atomowych?
      Co sprawiło że byli okupanci domagają się zwrotu majątku.
      A może jest to skutek okrągłego stołu. Przy okrągłym stole 6 lutego 1989r
      zasiadło 56 osób tyle, bowiem było miejsc. W tym aż ponad 80% Żydów. Co się
      przełożyło później na następne rządy RP. A propos sejmu jest mniejszość
      Niemiecka około 80% mniejszości Żydowskiej, to mam pytanie, ilu jest rdzennych
      Polaków???
      Jak postąpi przyszły sejm RP czy będzie nadal wasalski a narodom
      Rzeczpospolitej pozostanie historyczny „Wóz Drzymały”.

    • Gość: pnm Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.08.05, 11:32
      Instytut Prowokacji Narodowej

      Nazwa Instytutu Pamieci Narodowej - zgodna z ustawą o jego powołaniu -
      pozostaje w głębokiej sprzeczności z rzeczywistym jego funkcjonowaniem.
      Przekonać się o tym nie trudno; czy to poprzez ocenę dorobku instytutu, jego
      publikacji, czy chociażby poprzez stosunek instytutu do spraw narodowych, a
      szczegolnie w kwestii opracowań dotyczących narodowego antykomunistycznego
      podziemia. Tą haniebną sprawą zajmę się jednak osobno.

      W niniejszym artykule ograniczę się tylko do oceny IPN dokonanej w książce
      Wiktora Poliszczuka “Gorzka prawda - cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa”,
      Toronto 2004. Ocena ta jest o tyle ciekawa, że Poliszczuk jako Ukrainiec
      zamieszkały na dodatek w Kanadzie - dokonuje jej z zewnątrz.

      Ksiązka dr. Poliszczuka składa się niejako z dwóch cześci. Pierwsza dotyka
      istoty nacjonalizmu ukraińskiego i ludobójczej działalności OUN-UPA. Druga –
      autobiograficzna bardziej - dotyczy warsztatu, publikacji autora, jak też
      procesu odradzania się nacjonalizmu ukraińskiego w Polsce i na Ukrainie.
      Dokumentuje przy tym zmagania autora z polskim IPN i zakłamaniami polskiej
      historii - uprawianymi przez niektórych jego urzędników.

      Grzegorz Motyka z IPN w indeksie nazwisk książki Poliszczuka występuje aż na 71
      stronach. Przyjrzyjmy się zatem niektórym chociaż konkretnym zarzutom w
      stosunku do niego. W referacie “Polskie podziemie w poludniowo-wschodnich
      powiatach dzisiejszej Polski w latach 1939-1946” - Motyka zarzuca polskiemu
      podziemiu mordowanie Ukraińców! Stosuje przy tym terminologię nie historyka
      lecz nacjonalisty ukraińskiego. Polskie podziemię nie wykonywało bowiem wyroków
      na Ukraińcach jako takich, lecz na kolaborantach niemieckich OUN-UPA-SKW.
      Motyka kreśli przy tym mit jakoby Polacy z Ukraińcami w czymś się nie zgadzali
      i w rezultacie wzajemnie mordowali... Jest w takim stawianiu sprawy wyraźne
      zaangażowanie polityczne – niedozwolone historykowi. Jest też formułowanie ocen
      nie potwierdzonych faktami, nieścisłość w terminologii, a nade wszystko brak
      elementarnej logiki. (210) Czy chodzi tu jednak napewno o brak logiki a nie
      świadomy brak dobrej woli? Można mieć wątpliwości.

      Motyka zarzuca bowiem Polakom udział w masowych niemieckich akcjach karnych np.
      wieś Malin w łuckim (624 zabitych Czechów i 124 Ukraińców) i wieś Tuliczów w
      rejonie turzyńskium gdzie zginęło jakoby ponad tysiąc osób – starców przede
      wszystkim i dzieci. Tymczasem co do Malina przeczą temu zeznaia czeskich
      świadków, które Motyka uparcie pomija. Według nich wśród pacyfikujących był
      tylko jeden policjant niemiecki o polsko-brzmiącym nazwisku: Martin
      Levandowsky. Natomiast odnośnie Tuliczowa Poliszczuk posiada obszerne zeznania
      nacjonalisty ukraińskiego zaprzeczające rzekomej masakrze. U Grzegorza Motyki
      Polacy występują nawet na pierwszym miejscu; według niego to Polacy i Niemcy
      wymordowali Czechów. Dziwić może, że przyjmuje tu wersję podrzuconą przez
      upowca, który dla poprawy obrazu UPA jest zainteresowany robieniem z Polaków
      morderców. (227)

      W 60 rocznicę mordów wołyńskich - Motyka z Machcewiczem napisał obszerny
      artykuł w którym dwie trzecie objętości stanowił mord na Żydach w Jedwabnem, a
      tylko jedna trzecia dotyczyła zbrodni wołyńskich. Zrównali w ten sposób Polaków
      z mordercami z UPA. (274)

      Jakże inne jest postępowanie IPN-u odnośnie zbrodni dokonywanych na Polakach.
      Poliszczuk przytacza przykład braku zainteresowania instytutu - dokumentami
      dotyczącymi udziału nacjonalistów ukraińskich w tłumieniu Powstania
      Warszawskiego. Natomiast w periodyku IPN „Pamięć i sprawiedliwość” – Motyka
      takiemu udziałowi nawet zaprzecza! (256)

      Niezależnie od „badania” przez IPN historii Polski – instytut pełni też rolę
      edukacyjną poprzez przygotowywanie materiałow do nauczania. Tymczasem te
      materiały są często najzwyklejszym zakłamywaniem historii. Nieprawdą jest już
      sam konflikt polsko-ukraiński; wyrzynanie bowiem bezbronnej, cywilnej ludności
      wraz z dziećmi przez OUN-UPA - nie jest walką tylko ludobójstwem, a strona
      polska jeśli się broniła - nie była w stanie konfliktu i walki, lecz w stanie
      obrony. (251) Zakłamywania idą też w kierunku przedstawiania upowskich działań
      na terenie Polski jako antykomunistycznej walki. Tymczasem miały one na celu
      oderwanie od niej ziem wschodnich. Takim samym celom służy teraz zresztą -
      kreowanie przez tego speca z IPN do spraw ukraińskich i jego szefa Machcewicza
      nowego pojęcia „Ukraińców wypędzonych”. Chodzi tu naturalnie o akcję ”Wisła”.
      Tymczasem nie były to „wysiedlenia” tylko „przesiedlenia” i były jedynym
      sposobem na ukrócenie banderowskich zbrodni.

      Motyka, Stryjek, Machcewicz idą noga w nogę z nacjonalistami ukraińskimi-
      stwierdza Poliszczuk w swej najnowszej ksiazce. Posługują się kłamstwem i
      manipulacją. Uogólniają pojedyńcze fakty, lub tworzą całkiem nowe. Szczególnym
      tupetem odznacza się jednak Motyka. W swej książce pt. „Tak było w
      Bieszczadach” nie zawahał się sfałszować tekst „Dekalogu” nacjonalizmu
      ukraińskiego z podaniem jednak prawdziwego żródła.(270) „Swoją książkę
      zaopatrzył w motto Andrzeja Olszańskiego o cerkwi łemkowskiej. Nie jest moim
      zamiarem wróżenie z fusów ani sugerowanie czegoś, ale zdecydowana obrona
      nacjonalizmu ukraińskiego uprawiana przez G. Motykę i A. Olszańskiego sama
      nasuwa mi myśl: czy pierwszy z nich nie jest bliższym lub dalszym potomkiem
      Mykoły Motyky, a drugi Wołodymira Olszańskiego, o ktorych pisze Petro Mirczuk w
      swej "Historii OUN" w kontekście działań OUN w Polsce". (267 cyt. za
      Poliszczuk)

      Biorac caloksztalt działalnosci Motyki w IPN, można potwierdzić tezę o
      agenturalnej działalności tegoż urzędnika. Książka Poliszczuka mogłaby służyć
      zatem za cenny materiał dowodowy w ewentualnym procesie sądowym.

      Jaki pan taki kram – chciałoby się powiedzieć o IPN Kieresa bo poczynając od
      sprawy Jedwabnego poprzez sprawę KL Warschaw i narodowego podziemia, a kończąc
      na ochronie komunistycznych przestępców, prania brudnych charakterów, czy
      wreszcie służalczości w stosunku do wrogich Polsce ośrodków propagandy i
      przeróżnych politycznych nacisków – IPN nie wygląda najlepiej. Tak samo zresztą
      i Polska.


    • Gość: prawica Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 07.08.05, 21:30
      Pomarańczowa prostytucja
      Na Ukrainie wielki skandal.

      Syn „bohatera” Pomarańczowej Rewolucji jest posiadaczem praw do wszelkich
      symboli związanych z tym wydarzeniem. Prezydent Juszczenko musi tłumaczyć się
      również z luksusowego stylu życia, jakie prowadzi jego potomek. Kosmicznie
      drogie samochody, najdroższe lokale i na dodatek zbijanie fortuny na tym, co
      według Ukraińców jest ich wspólną własnością i wartością.

      Tysiące ludzi marzło i trwało w te pamiętne mroźne dni na Placu Wolności w
      Kijowie w imię prawdy i demokracji, a dziś profity z tego czerpie wąska grupa
      uprzywilejowanych.

      U nas to wydarzenie zostało zaledwie odnotowane przez niektóre media, a przez
      inne przemilczane.

      No cóż nie ma się, co dziwić. Szczególnie Gazeta Wyborcza powinna być szczerze
      zainteresowana w tym, aby sytuacja na Ukrainie nie zaczęła się kojarzyć Polakom
      z pewnymi wydarzeniami z naszej niedalekiej przeszłości.

      Nie kto inny, jak Adam Michnik na początku transformacji, posłużył się naszym
      wspólnym symbolem „Solidarność”. Zawłaszczając umieścił go w swojej Gazecie
      Wyborczej. Gazeta ta, a następnie wielki medialny koncert „Agora” powstały za
      pieniądze przeznaczone przez Amerykanów na całą polską niezależną prasę. Tak
      przynajmniej twierdził między innymi W. Wierzewski, Przewodniczący Komisji
      Polskiej Kongresu Polonii Amerykańskiej.

      I co z tego powstało?

      Wielka tuba propagandowa samozwańczej elity. Swego rodzaju ministerstwo jedynej
      prawdy i jednocześnie coś na kształt neocenzury.

      Kiedy zorientowano się, że Michnik w cyniczny i specyficzny dla siebie sposób
      wykorzystał symbol wielomilionowego ruchu było już za późno. Odebranie mu
      możliwości posługiwania się nim nic już niestety nie zmieniło.

      Bracia Ukraińcy powinni przyjrzeć się naszej historii i wyciągnąć z niej
      wnioski. Może okazać się za kilka bądź kilkanaście lat, że profity z narodowego
      zrywu zebrała jakaś wąska grupa elit, a demokracja, o którą walczono jest tak
      wykrzywiona, jak gęba jakiegoś przebiegłego cwaniaczka, który bez litości
      potrafi wykorzystać każdą świętość dla własnych celów.

      Juszczenko udowodnił jak jednostka potrafi pokazać narodowi obłudę i zakłamanie
      władz. Powinien jednak pamiętać, że i naród potrafi niekiedy obnażyć obłudę
      jednostki.

      Nie chcę być złym prorokiem, ale do prawdziwej demokracji na Ukrainie chyba
      jeszcze bardzo daleka droga.

      Coś na ten temat wiemy.


      Mirosław Kokoszkiewicz

    • Gość: np Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 08.08.05, 11:39
      Wałęsa nie jest pokrzywdzony
      Krzysztof Wyszkowski, działacz Wolnych Związków Zawodowych, dla "Naszej Polski"

      - Jakie są Pana pierwsze wrażenia po obejrzeniu wystawy?
      - Jest bardzo udana, cenna i bardzo skromna, ale przecież IPN dysponuje
      niezwykle małymi środkami. Tak więc ekspozycja pokazuje, że Instytut robi, co
      może. Tu konkretnie - pokazuje rzecz najważniejszą: wkład zwykłych ludzi,
      robotników, ich rodzin, mieszkańców Trójmiasta w dzieło Sierpnia. To bardzo mi
      się podoba.
      - Nie jest paradoksem, że o ile odziały terenowe IPN wykonują znakomitą pracę,
      to powstaje wrażenie, że warszawska centrala Instytutu robi coś zupełnie
      przeciwnego?
      - Pamiętajmy o tym, skąd się wzięła ta "góra" - była to część układu, że albo
      zostanie na stanowisko prezesa IPN zaakceptowany Kieres, albo Instytut w ogóle
      nie powstanie. Przyznaję, że wówczas byłem za tym, by Kieres - człowiek bez
      kwalifikacji, uległy, właściwie działacz Unii Wolności - został prezesem, po
      to, by uruchomić całą procedurę. W kategoriach ogólnych to się opłaciło, gdyż
      dotychczasowy bilans działalności IPN jest ogólnie pozytywny. Teraz jeśli nie
      będzie Kieresa, myślę, że IPN stanie się instytucją taką, o jakiej myśleliśmy.
      - W kuluarach wystawy mówiło się, że Lech Wałęsa miał dzisiaj uzyskać status
      pokrzywdzonego. Jednak prezes IPN, nazywając Wałęsę bohaterem Sierpnia '80,
      powiedział ostatecznie dziennikarzom, że ta sprawa szybko nie zostanie
      zakończona.
      - Rzeczywiście, dochodziły do nas niepokojące informacje, że prezes Kieres
      naciska na aparat archiwalny Instytutu, żeby przyznać Lechowi Wałęsie
      bezwzględny status pokrzywdzonego, zresztą na wystawę przybył po spotkaniu z
      byłym przewodniczącym Związku, a rozmowa dotyczyła właśnie kwestii postępowania
      w IPN.
      Ewentualne nadanie Wałęsie statusu pokrzywdzonego nie znajduje pokrycia w
      faktach, byłoby to więc poświadczenie nieprawdy, a więc czyn karalny, bo
      przecież w instytucji państwowej, naukowej, obowiązują ścisłe rygory i
      wymagałoby to fałszowania dokumentów.
      Oczywiście, wchodziła w grę - i nadal wchodzi - możliwość przyznania Wałęsie
      statusu pokrzywdzonego warunkowego. To casus mecenasa Głogowskiego, który był
      niegdyś agentem Służby Bezpieczeństwa, po czym wyłamał się z tej współpracy,
      stał się działaczem antykomunistycznym. Decyzją Naczelnego Sądu
      Administracyjnego otrzymał status pokrzywdzonego, ale dopiero od momentu, gdy
      wyłamał się z tajnej współpracy z SB. Gdyby Wałęsa miał otrzymać status na tej
      samej zasadzie - to przysługiwałby mu on dopiero od 1976 r., czyli od chwili
      wyrejestrowania go jako tajnego współpracownika. Rozumiem, że Wałęsy ten rodzaj
      statusu nie urządza, gdyż byłby oficjalnym potwierdzeniem, że wcześniej był
      agentem, zaś następnie trwałyby spekulacje, na ile ta agentura wpływała na jego
      późniejsze działania. Dlatego Wałęsa domaga się statusu pokrzywdzonego
      bezwzględnego, a na to na razie prezesowi Kieresowi nie udało się namówić
      aparatu ipeenowskiego, co świadczy, że nie jest on dyspozycyjny i stoi na
      straży prawdy.
      - Kilka tygodni temu Wałęsa zapowiedział złożenie przeciwko Panu pozwu do sądu
      o naruszenie dóbr osobistych. Chodziło o stwierdzenie, że był tajnym
      współpracownikiem SB. Czy wyznaczona jest już data procesu?
      - O całej sprawie dowiedziałem się z mediów. Dotychczas żadnego formalnego
      zawiadomienia nie otrzymałem.
      - Już niedługo odbędzie się w Warszawie hucznie zapowiadane sympozjum dotyczące
      Sierpnia 1980 r., z udziałem m.in. Wałęsy i Geremka. Na liście prelegentów nie
      zauważyłem natomiast nazwisk działaczy np. z Wolnych Związków Zawodowych,
      którzy mieli niebagatelny wpływ na działalność opozycyjną i
      powstanie "Solidarności"...
      - To jest tylko objaw strachu przed prawdą. Skoro jest tam Smolar, a nie ma
      Andrzeja Gwiazdy - to pokazuje nam to, że nie chodzi o prawdę, a tylko o
      propagandę i wykorzystanie XXV rocznicy "Solidarności" do fałszowania historii
      Polski. Smolar, Mazowiecki, Geremek to nie są ludzie, którzy
      tworzyli "Solidarność", to są ludzie, którzy pośredniczyli w najlepszym wypadku
      między władzą a zbuntowanym społeczeństwem i na tym zyskiwali pozycję
      polityczną. W tym sensie bardziej działali z dyspozycji władz niż
      społeczeństwa, a nie zapominajmy, że poprzednio byli członkami establishmentu
      PRL. Dzisiaj przybierają pozy bohaterów walki z komunizmem, ale myślę, że to
      już ich ostatnia taka śpiewka.
      Miejmy nadzieję, że to ostatnie takie obchody, że od jesieni, od wyborów i
      złamania dominacji postkomunistycznej w życiu publicznym, już tego typu imprezy
      będą niemożliwe. My organizujemy własne niezależne obchody i mamy nadzieję, że
      następna rocznica będzie obchodzona w szacunku dla prawdy.
      • Gość: opcja na prawo Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 08.08.05, 22:37
        Zderzenie cywilizacji według Feliksa Konecznego
        (fragment)


        Problem konfliktu między cywilizacjami najczęściej kojarzy się dziś z głośną
        książką Samuela Huntigtona, uchodzącego czasem niemal za twórcę
        historiozoficznej teorii o nieuchronności międzycywilizacyjnych napięć. Przy
        takiej okazji warto przypomnieć słowa Pawła Jasienicy, który pisał, że
        nieprawdopodobne zamiłowanie do marnotrawstwa, nałogowe lekceważenie własnego
        dorobku – to specialite de la maison Polaków. Autor znakomitych esejów
        historycznych miał tu na myśli stosunek rodaków do prac Feliksa Konecznego,
        który kilkadziesiąt lat wcześniej dokonał analiz prawidłowości zachodzących w
        relacjach między cywilizacjami. Dzieła Konecznego, jako skrajnie odległe od
        myśli lewicowej, skazane zostały na zapomnienie. W efekcie poruszenie budzą
        dziś teorie, stanowiące echo dokonań polskiego historyka, o miano naukowego
        odkrycia ociera się to, co w istocie jest wyważaniem drzwi od dawna otwartych.



        Koneczny odrzucił pogląd o równości kultur. Za kryterium oceny uznał stopień, w
        jakim człowiek może się w nich rozwijać jako osoba. To personalizm stanowi
        warunek konieczny zaistnienia cywilizacji. Struktury nawet najpotężniejsze i
        najdoskonalej zorganizowane, lecz nie oparte na fundamencie cieszących się
        świadomością i pełnią praw jednostek – są co najwyżej gromadnościami. Różnica
        między gromadnością a cywilizacją jest mniej więcej taka, jak między
        mechanizmem a organizmem. Cechą pierwszego jest jednostajność. Istota organizmu
        to rozmaitość odmienności, które jednak przejęte są poczuciem jedności.
        Mechanizm w przypadku defektu potrzebuje pomocy z zewnątrz, podczas gdy
        organizm może liczyć na własną zdolność naprawy. Wykluczona jest też możliwość
        istnienia cywilizacji bez religii, gdyż konstrukcja taka tworzona być może
        jedynie w wyniku perspektywy wychodzącej poza ograniczenie, jakim jest
        bytowanie ziemskie. Fiasko totalitaryzmów potwierdza tę teorię Konecznego Nad
        finałem jednej z takich konstrukcji, jako największej katastrofie XX wieku,
        ubolewał ostatnio prezydent Putin.
        Także według Huntingtona – pomimo wynikających z rozwoju techniki, coraz
        bardziej intensywnych relacji międzykulturowych – ludzkość skazana jest na
        istnienie w kilku odrębnych cywilizacjach. Niepokoje i lęki w stosunkach między
        nimi zdają się stanem permanentnym. Dojrzałą interpretację takiego stanu prof.
        Koneczny zawarł już w wydanej w 1935 r. książce pt. O wielości cywilizacji. To,
        że skazane są one na zmaganie się ze sobą, wynika już z samej ich definicji.
        Według Konecznego – cywilizacja to przede wszystkim metoda życia zbiorowego. W
        związku z tym dostrzega on istnienie siedmiu jej odmian: bramińskiej,
        żydowskiej, chińskiej, turańskiej, bizantyńskiej, łacińskiej i arabskiej.
        Między nimi bowiem zachodzą jaskrawe różnice w najbardziej zasadniczych
        aspektach – począwszy od przyjęcia całkowicie innego pojmowania tego, czym jest
        dobro, a czym zło. Nie istnieją "ogólnoludzkie" przekonania etyczne.
        Funkcjonują rozmaite – właściwe właśnie różnym cywilizacjom. Dopiero w obrębie
        poszczególnych – zawierają się często bardzo liczne i odmienne kultury. One
        mają już możliwość wchodzenia ze sobą w różne, twórcze i wielorakie związki.
        Trudno natomiast, by nie dochodziło do kolizji między społeczeństwami, które
        funkcjonują obok siebie, praktykując całkowicie odmienne kodeksy. Różnice te
        objawiają się przecież także tym, że ten sam fakt przez jedną cywilizację
        przyjmowany jest jako pożytek, a zgodnie z odwiecznymi zasadami drugiej – jako
        szkoda. Nie jest możliwe urządzenie społeczeństwa na dwa sposoby równocześnie.
        Bezkolizyjne przenikanie się różnych cywilizacji jest więc utopią. Według
        Konecznego każda żywotna cywilizacja dąży do ekspansji i wszędzie, gdzie dwie
        żywotne się zetkną, musi dojść do konfliktu. Obecny niepowstrzymany rozwój
        islamu na kontynencie europejskim zapewne zostałby zinterpretowany jako objaw
        obumierania Zachodu. Oznaką tego może być liczne przechodzenie wyznawców jednej
        religii do drugiej, tworzącej inne prawo i opartej na bardzo odmiennych
        wartościach. Podobnie – przejmowanie składników obcej cywilizacji przy
        zatracaniu własnych – to także opisane przez Konecznego objawy dokonującej się
        ekspansji. Nie istnieje żadna prawidłowość pozwalająca sądzić, że w wyniku
        takiego starcia zwycięstwo odnosi zwykle cywilizacja stojąca na wyższym
        poziomie rozwoju. Szereg przykładów z historii stanowi dowód na to, że co
        najmniej równie często to gorszość zwycięża.
        Przenikanie się różnych elementów kulturowych jest oczywistością, lecz, jak
        twierdzi Koneczny – nie jest możliwa żadna "synteza" cywilizacji. Nie sposób
        stworzyć sprawnego i trwałego organizmu, w którym we względnej równowadze
        twórczo współistniałyby wielkie społeczności urzeczywistniające najjaskrawiej
        sprzeczne ze sobą wizje świata, Boga i człowieka. Niemożliwe jest bowiem
        stworzenie dwojakiej etyki, estetyki czy pedagogiki. Wszelkie tego rodzaju
        próby prowadzić muszą do konfliktu, a w najlepszym razie – obopólnej stagnacji.

        (…)



        Artur Adamski



    • Gość: gp Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 02:10
      Koniaczek - str.28
      Waldemar Łysiak
      Gdyby jakiś historyk zechciał napisać rozprawę o piętnowaniu przez komunę
      Powstania Warszawskiego, i gdyby wykorzystał wszystkie komunistyczne źródła
      (wszystkie teksty–plwociny z gazet PRL–u) –– ta praca liczyłaby tomów legion.
      Teza generalna brzmiała: maniacy (vel: szaleńcy, politykierzy, reakcyjni
      sługusi emigracyjnego Londynu, itp.) z wierchuszki akowskiej, chcąc za wszelką
      cenę wyprzedzić Armię Czerwoną, pchnęli rzesze młodych, naiwnych, otumanionych
      patriotów do beznadziejnej walki, która zakończyła się samobójczą rzezią, łatwo
      przewidywalną hekatombą, plus anihilacją miasta, co razem było zimną prawicową
      zbrodnią na ludności nieszczęsnego grodu. Wokół takiej wektorowej tezy tabuny
      usłużnych historyków i publicystów rozwijały niuansowo biadolenia ą propos
      karygodnej, nonsensownej „bohaterszczyzny” polskich „reakcyjnych kół”. Tak co
      roku przez kilkadziesiąt lat. Jedyny kłopot: natrętna powtarzalność tych samych
      argumentów. Coroczne mielenie tych samych zarzutów –– używanie tych samych
      pałek spadających na głowy inspiratorów i przywódców Powstania –– było cierniem
      opluwaczy. Jakże więc ucieszyła się czerwona „Polityka”, gdy w roku 1987
      dostarczono jej nieznany tekst Czesława Miłosza ze świeżym (nieeksploatowanym
      tak górnolotnie wcześniej) batem chłoszczącym powstańczą „górę”.

      Miłosz zawsze był lewicowcem, a przez wiele lat komunistą, co tłumaczył tym,
      iż „komunizm to fascynująca przygoda intelektualna” (sic!). Na
      łamach „Rodzinnej Europy” deklarował, iż brzydzi go „kurczowy patriotyzm
      Polaków”, zwłaszcza kiedy jest podszyty religijnością, bo wiara katolicka
      to „gleba snów paranoicznych” („Prywatne obowiązki”). Szczególnie idiotyczną
      paranoją była dla noblisty wszelka walka powstańcza, czy choćby tylko wojna
      ojczyźniana (nawet zwycięstwo grunwaldzkie przezwał „plugawym nonsensem”).
      Waleczność patriotyczną określał jako „powiązany system narodowej paranoi”
      („Życie na wyspach”), dodając: „Polaków, umiejących myśleć tylko politycznie,
      mam w dupie” („Zaraz po wojnie”). Miał ich w dupie jako Litwin –– ciągle
      zaznaczał, że nie jest Polakiem, tylko stuprocentowym Litwinem (m. in. w radiu
      francuskim przedstawił się: „Jestem Litwinem, który pisze po polsku”). Ja go
      rozumiem –– nikt nie chce być świnią. A według Miłosza: „Polak musi być świnią,
      ponieważ się Polakiem urodził” („Prywatne obowiązki”).

      Nie chcąc być świnią –– Miłosz nie był entuzjastą Armii Krajowej i Powstania
      Warszawskiego. Przeciwnie –– opluwał AK jako drastyczny przejaw
      polskiej „paranoi nacjonalistycznej”. Pisał m. in.: „Warszawa okupacyjna była
      dla mnie miejscem i czasem spotkania z polskim nacjonalizmem w jego najwyższym
      natężeniu, kiedy to występował wyłącznie jako patriotyzm, którego nikt nie ma
      prawa krytykować” („Rok myśliwego”); „Moja niechęć do przywódców AK była silna
      (…), cały konspiracyjny aparat żył nierealnością, ponieważ w siebie pompował
      narodową ekstazę” („Rodzinna Europa”); et cetera, et cetera. Akowskiemu kultowi
      patriotyzmu (zwanemu przez Miłosza „moczopędnym środkiem narodowym” ––
      wiersz „Toast”) noblista przeciwstawiał rozsądną („bierną”) kolaborację z
      okupantem, dając przykłady narodów, które bardzo dobrze wyszły na uległości
      wobec okupantów.

      Wspomniany tekst Miłosza, który „Polityka” publikowała roku 1987, został
      odkryty w archiwum chełmskiej Biblioteki Wojewódzkiej. Autor napisał go
      odręcznie na firmowym blankiecie przedsiębiorstwa hitlerowskiego,
      prawdopodobnie A. D. 1945, bo rok później pracował już w Waszyngtonie jako
      bierutowski (vulgo: stalinowski) dyplomata. Cały ów rękopis jest diagnozą ––
      diagnosta Miłosz wskazuje nim główną pejoratywną cechę Polaków, a zwłaszcza ich
      wrednych narodowych przywódców: nieczułość. Zwierza się, iż często „zaciskał
      bezsilnie pięści patrząc na przejawy polskiej nieczułości”. Choćby nieczułości
      mieszkańców Warszawy wobec dramatu getta. Aczkolwiek nie wpadł na pomysł, na
      który wpadła kilkadziesiąt lat później „Gazeta Wyborcza” (że za Powstania
      Warszawskiego akowcy parali się głównie dobijaniem resztek Żydów), lecz pomysł
      z karuzelą też jest przedni: „W ustosunkowaniu się Warszawy do getta była i
      niechęć, i współczucie, i wstyd, i antysemityzm. Nad wszystkim górowała jednak
      bezmyślna nieczułość. Te karuzele pełne śmiechu, obracające się w dymach
      płonącego obok getta…”. Kalumnię karuzelową noblista sprzeda później całemu
      światu wierszem „Campo di Fiori”.

      Bardziej wylewnie rozpisuje się Miłosz w owym tekście na temat nieczułości
      przywódców narodu, piętnując zwłaszcza nieczułość wodzów Sanacji przedwojennej
      i nieczułość dowódców Powstania Warszawskiego. Ci ostatni bowiem bezlitośnie
      wysyłali na śmierć gromady „młodych kurierek roznoszących gazetki pełne bzdur”,
      a w przerwach między wysyłaniem balowali po kawiarniach: „Zamawiali koniak i
      mówili: «ofiary muszą być»”. To wszystko. Naprawdę nie koloryzuję –– karcąc
      Powstanie Warszawskie Miłosz daje aż trzy dowody hańby patriotycznego zrywu:
      śmierć „młodego filozofa” (który mógłby filozofować, miast głupio walczyć),
      rzeź kurierek roznoszących idiotyzmy, tudzież kawiarnianą, podlewaną
      koniakiem „nieczułość ich zwierzchników”, którzy wznosząc toasty
      bełkoczą: „ofiary muszą być”.

      Paranoja miłoszowa kontra „powiązany system paranoi narodowej”. Panie starszy,
      koniaczek jeszcze raz! A ofiary, ku.., muszą być, to chyba jasne! Słoneczko,
      weź te meldunki i przenieś kanałem do Śródmieścia! My tu jeszcze trochę
      posiedzimy na Starówce. Panowie oficerowie, no to siup, nasze kawalerskie!

    • Gość: p.jutro Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 09:33
      JAK POWINNA PRZEBIEGAĆ DEKOMUNIZACJA

      Fot. Internet
      W Norymberdze alianci osądzili czołowych zbrodniarzy nazistowskich, rozliczając
      w ten sposób zbrodniczy ustrój. Komunizm zaś czeka na Norymbergę II. Na
      zdjęciu: Proces Norymberski.
      Poniżej zamieszczamy fragment historycznego już opracowania Władysława Gauzy,
      opublikowanego w Oslo w 1991 roku pod tytułem: "Czerwone Skunksy". Autor na
      przykładzie Norwegii, którą dobrze poznał, pokazał sposób wychodzenia z ustroju
      totalitarnego i powrotu do rządów prawa oraz konieczność oczyszczenia życia
      publicznego z totalitarnych naleciałości. W Norwegii była to denazyfikacja
      (którą autor nazywa zamiennie defaszyzacją, co jest niezbyt szczęśliwym
      zabiegiem). Miała ona przebieg całkowicie nieznany w Polsce a mogła być wzorem
      do naśladowania przy wychodzeniu z 45-letniej okupacji komunistycznej i
      powrocie do demokratycznej normalności.
      W Polsce zamiast dekomunizacji mieliśmy po 1989 roku parodię "państwa prawa",
      które prawie w pełni zachowało komunistyczne instytucje, prawa i osoby na
      najważniejszych stanowiskach. W ten sposób oczyszczenie naszego życia stało się
      fikcją. Do dziś mamy zatem (post?)komunistycznego prezydenta, (post?)
      komunistyczny parlament, (post?)komunistyczną partię rządzącą i brak
      jakiejkolwiek odpowiedzialności za 45 lat zbrodni, cierpień, wyzysku i szykan.
      Tak być jednak nie musiało i być może warto jeszcze wziąć się za to, co
      możliwe - za dekomunizację państwa w takim zakresie, w jakim to się może udać.
      Dla naszego wspólnego dobra i dla przyszłych pokoleń, aby los, jaki im
      wyznaczamy, nie był dla nich przekleństwem.
      (Tytuł, śródtytuły i opracowanie - Redakcja "Polskiego Jutra")

      "CZERWONE SKUNKSY"

      Władysław Gauza
      Dobrze jest przy ustanawianiu kar i wydawaniu wyroków mieć na kogo wskazać,
      powołać się na jakiś przykład, aby moc z łatwością odeprzeć ewentualne cyniczne
      oburzenia w Polsce, a zwłaszcza na Zachodzie. Taki dobry przykład stanowi jeden
      z krajów zachodnich, Norwegia i sposób przeprowadzenia defaszyzacji w tym
      kraju. Powinny przy tym być zachowane proporcje. Zacznijmy od nich. Na 3
      miliony 800 tysięcy ludności, po 1945 roku zapadło w Norwegii 29 wyroków
      śmierci (w tym 25 wykonanych), kilkadziesiąt wyroków wieloletniego wiezienia,
      kilkaset od paru miesięcy do 2 lat. [?]

      "To było konieczne"
      W ramach procesu defaszyzacji zamknięto wszystkie redakcje faszystowskich gazet
      i wydawnictw, które były na usługach systemu dyktatury i totalitaryzmu.
      Dziennikarzy, redaktorów i rozmaitych pismaków-moralistów faszystowskich,
      rozpędzono na cztery wiatry i zamknięto przed nimi wszystkie drzwi publiczne na
      zawsze. Redakcje i wydawnictwa oddano w ręce całkiem nowych ludzi i takich,
      którzy nie mieli z faszyzmem nic wspólnego, w sensie czynnego popierania tego
      systemu.
      Wszyscy ci, którzy współpracowali z reżimem faszystowskim, pozbawieni zostali
      na dziesiątki lat prawa zajmowania stanowisk i funkcji w życiu publicznym:
      gospodarczym, kulturalnym i politycznym. Do tego nie potrzeba było wyroku
      sądowego. Czyniła to świadomość społeczna i polityczna. Było to prawo
      niepisane, którego skrupulatnie przestrzegano i które było głęboko egzekwowane.
      Posunięto się tak daleko, że zamknięto drzwi do rozmaitych stanowisk i funkcji
      publicznych dzieciom z rodzin faszystowskich, a więc w sumie dziesiątkom
      tysięcy ludzi. Niedawno przypomniano sobie o nich, o czym wspomniałem na
      początku tej broszury. Chodzi o artykuł pt. "Den fortape generasjon"
      ("Przegrana generacja"). Gdy artykuł ten ukazał się (wiosna br. [1991 - przyp.
      PJ]), reakcja społeczeństwa norweskiego była natychmiastowa: tak musiało się
      stać. Publicznie zabrali głos różni publicyści i prawnicy. Profesorowie
      socjologii i historii na Uniwersytecie w Oslo, zabierając głos orzekli
      stanowczo, że było to konieczne. Te dzieci były wychowane w domu i środowisku
      faszystowskim. Ich duch był przesiąknięty i skażony faszyzmem. Tych ludzi nie
      można było dopuścić do życia politycznego, ekonomicznego, ani tym bardziej
      kulturalnego trucia i tworzenia w społeczeństwie bałaganu i chaosu myślowego.
      Było to konieczne, aby wytworzyć spokój społeczny na wiele lat, jako warunek
      odbudowy kraju ze zniszczeń i budowy ustroju demokratycznego. Ludzie mają różne
      słabości, a szczególnie ci, którzy byli wychowani w faszystowskiej szkole
      moralności. I danie pełnej swobody na tym odcinku dzieciom zdrajców ojczyzny,
      nie przyczyniłoby się do wytworzenia spokoju społecznego, bo dzieci te zajęłyby
      się szukaniem odwetu i zemsty za kary nałożone na ich rodziców, za dokonane
      przestępstwa przeciw narodowi i państwu. A ukarani musieli zostać, bo chodziło
      o wartości wyższego rzędu, jakimi jest moralność w skali społecznej i poczucie
      sprawiedliwości i bezpieczeństwa, które są również decydującymi warunkami
      rozwoju. Gdyby mieli oni możliwości swobodnego działania, wywoływaliby kłótnie
      i konflikty między ludźmi i siali niepokój społeczny, utrudniając tym szybkie
      wyjście z katastrofy wojennej i systemu faszystowskiego.

      Przykład Knuta Hamsuna
      Dość głośny i znany jest przypadek z największym norweskim poetą Knutem
      Hamsunem, który odważył się powiedzieć kilka pozytywnych zdań o faszyzmie przed
      i w czasie niemieckiej okupacji. To wystarczyło, żeby został opluty i odsunięty
      od życia publicznego na zawsze. A był to literat, który uzyskał światową sławę.
      Nagonka na niego, za te przychylne faszyzmowi słowa, nie miała granic. Dla jego
      twórczości zostały zamknięte wszystkie wydawnictwa na zawsze.
      Umarł w izolacji i zapomnieniu. Przy porównaniu szkodliwości czynu Hamsuna z
      polskimi literatami na usługach czerwonej mafii, polscy literaci i
      moralizatorzy, wypadają gorzej niż świnie. Nazywanie tego typu literatów
      świniami, to za mało. Jeśli Norwedzy tak postąpili ze swoim największym poetą
      za podlizanie się faszyzmowi i władzy z obcego nadania, to można już wyobrazić
      sobie, jak postąpiono z innymi pomniejszymi literatami, dziennikarzami i
      publicystami, którzy słowem służyli władzy Quislinga i systemowi narzuconemu
      przez południowego sąsiada. Inny przykład, nie mniej drastyczny, stanowi
      historia jednego z właścicieli wydawnictw w Oslo. Quisling miał trudności z
      obsadzeniem stanowiska ministra kultury. Nie wiadomo, czy ktoś mu podsunął
      nazwisko wspomnianego wydawcy, czy tez Quisling go znał. W każdym razie ów
      wydawca został zaproszony na rozmowę w sprawie objęcia tego stanowiska. Na
      rozmowę poszedł. Grzecznie odmówił i zdawałoby się, że sprawa została
      zakończona.
      Niestety, fakt, że poszedł rozmawiać z Quislingiem wystarczył, iż po upadku
      rządów faszystowskich musiał opuścić Norwegię, bo nikt w tym kraju nie chciał z
      nim rozmawiać i wszędzie były przed nim drzwi zamknięte. Osiedlił się w
      południowej Szwecji. Po 40 latach, bo w 1986 roku, ktoś sobie go przypomniał i
      przeprowadził z nim wywiad, zamieszczając tę rozmowę w jednym z dzienników,
      wychodzących w Oslo. W wywiadzie żalił się, ze został niesprawiedliwie
      potraktowany. Odpowiedziano mu w szeregu innych czasopism, że ze zdrajcami nie
      należało rozmawiać, a tym bardziej nie należało się z nimi dobrowolnie
      spotykać. Inaczej zostałby potraktowany, gdyby do niego przyjechała
      faszystowska bezpieka i zmusiła go do rozmowy z Quislingiem. Te przykłady chyba
      wystarczą, aby wyrobić sobie obraz, jak rozprawiono się ze zdrajcami i
      terrorystami norweskimi, którzy sięgnęli po władzę w tym kraju z woli obcego
      państwa i za terror wobec własnej ludności. A przecież komuniści w Polsce
      pełnili dokładnie taką samą rolę z woli Stalina, jak faszyści norwescy z woli
      Hitlera w Norwegii.

      Komuniści są zawsze zagrożeniem dla demokracji

      Fot. Internet
      Czołowy kolaborant norweski Vidkun Quisling został po zakończeniu działań
      wojennych osądzony i stracony. Norwegia szybko uporała się z problemem
      kolaboracji i do dziś nikt w Norwegii nie ma wątpliwości, że postąpiono
      słusznie. Na zdjęciu:
      • Gość: p.jutro Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 09:37
        Komuniści są zawsze zagrożeniem dla demokracji

        Fot. Internet
        Czołowy kolaborant norweski Vidkun Quisling został po zakończeniu działań
        wojennych osądzony i stracony. Norwegia szybko uporała się z problemem
        kolaboracji i do dziś nikt w Norwegii nie ma wątpliwości, że postąpiono
        słusznie. Na zdjęciu: przywódca norweskich nazistów Vidkun Quisling.
        W Polsce roznoszony jest głupawy pogląd, stworzony zresztą przez komunistów (bo
        najbardziej eksponowany w propagandzie czerwonej i różowej), że bez "lewicy",
        to znaczy bez poprzebieranych w nowe stroje ochronne komunistów, a zwłaszcza
        bez "PZPR", która zmieniła nazwę na SdRP, demokracja będzie niepełna, albo że
        jej w ogóle w Polsce nie będzie. Czy ktoś słyszał coś bardziej bałamutnego: że
        demokracja nie może egzystować bez totalitarystów i wcześniejszych dyktatorów?
        W Norwegii i we Włoszech mogła demokracja istnieć bez totalitarystów i
        zdrajców. W wielu innych krajach też, np. we Francji. Tylko w Polsce nie. Czy
        Polska nie leży w Europie? Szkodliwe jest to, że głupstwo to powielał
        publicznie również Lech Wałęsa. Możliwe, że w wyniku kontraktu z komunistami
        przy tzw. "okrągłym stole" i w Magdalence.
        W Polsce jest tyle miejsca dla rozmaitych partii i tyle różnych już stronnictw
        i partii, że wyprzątnięcie czerwonych z areny politycznej, gospodarczej i
        kulturalnej przyniesie ulgę narodowi. Zresztą liczba ludności (38 milionów) i
        różnorodność interesów grupowych jest tak duża, że daje to wystarczającą
        gwarancję, iż żadna partia czy stronnictwo nie urośnie do takiej potęgi, aby
        było zdolne wprowadzić rządy dyktatorskie. Jedynie komuniści, występujący dziś
        okazyjnie w nowych strojach ochronnych, stanowią nadal realne zagrożenie dla
        demokracji. Oni są przecież znani jako "specjaliści" od zaprowadzania
        dyktatorskich rządów pod hasłami demokracji i wolności, czego przykładem są
        lata 1945-1948.
        Norwegia zrobiła krótki proces: czołowych faszystów (Quisling i jego "komitet
        centralny" i "biuro polityczne") postawiono pod ścianę. Niższy szczebel poszedł
        do więzienia. Resztę rozpędzono na cztery wiatry, łącznie z dziennikarzami i
        rozmaitymi literatami-moralistami, specjalistami od pouczania społeczeństwa,
        jak ma ono postępować i jaką przyjmować postawę w okresie rządów
        faszystowskich. Środki masowego przekazu i wszystkie wydawnictwa zostały im
        odebrane. Sprawę załatwiono w przeciągu roku. Tak skończył się faszyzm.
        Podobnie rozprawiono się we Włoszech z Mussolinim i jego zwolennikami. Nikt nie
        może powiedzieć, że w Norwegii czy we Włoszech z tego powodu demokracja nie
        istnieje, albo iż jest niepełna. W Szwajcarii było i jest do dzisiaj prawnie
        zabronione istnienie partii komunistycznych na równi z faszystowskimi i nikt z
        tego powodu nie twierdzi, że w tym kraju nie ma demokracji. W Norwegii i we
        Włoszech właśnie dlatego system demokratyczny szybko się ukształtował, ponieważ
        szybko i bezwzględnie rozprawiono się z twórcami dyktatury i systemu
        totalitarnego. Polacy, cackając się z czerwonymi zdrajcami, terrorystami i
        złodziejami, tracą tylko czas, który można byłoby wyzyskać na odbudowę
        gospodarczą i polityczną kraju. Zamiast szybko stworzyć warunki dla rozwoju
        państwa, zużywają czas na babranie się w komunistycznym bagnie, dając czas
        komunistom na ukrycie się i skonsolidowanie sił, aby w odpowiednim momencie
        mogli uderzyć znowu.

        Rola Lecha Wałęsy i jego "dworu"
        Tak postępując z komunistami, działają na szkodę własną (zostaną odsunięci od
        władzy, obrzuceni błotem i opluci) i na szkodę państwa i narodu polskiego. Mowa
        jest tutaj o Wałęsie i jego współpracownikach-doradcach politycznych. Przy tym
        problemie muszę się na chwilę zatrzymać. Do przyjęcia funkcji prezydenta
        państwa Wałęsa nie był przygotowany politycznie. Nie był do tego politycznie
        dojrzały. To widać doskonale po jego postępowaniu. Ale to nie musiało
        decydować, że tej funkcji nie powinien przyjąć. Tragedią jest natomiast to, że
        ma głupich politycznie doradców i że ich słucha. Funkcja prezydenta w Polsce
        dała Wałęsie szerokie uprawnienia i tym samym szerokie możliwości działania
        politycznego. Gdyby był politykiem mądrym, przebiegłym i odpowiedzialnym, to po
        zaprzysiężeniu na urząd prezydenta, rozwiązałby istniejący sejm kontraktowy,
        jako niereprezentatywny dla narodu, bo ustanowiony drogą zakulisowych i
        tajemniczych machlojek i kontraktów z komunistami. Sejm ten nie pochodzi z
        wyborów, lecz z nominacji. Tym samym tego rodzaju parlament nie ma mocy
        prawnej, nie ma uprawnień ustawodawczych ani też prawodawczych. Prawa, które
        ustanawia, nie mają mocy prawnej i do niczego nie zobowiązują. Można sobie
        krzyczeć, że tych praw trzeba przestrzegać, ale co z tego, jak nikt do tego nie
        jest moralnie i prawnie zobowiązany. To jedna sprawa.
        Druga, to swym kunktatorskim postępowaniem politycznym i babraniem się w bagnie
        komunistycznym, Wałęsa nie przyczynił się do wytworzenia granicy, gdzie
        skończył się PRL i system komunistyczny, a gdzie zaczął się system
        demokratyczny i rządy prawa. Zmiana nazw niczego jeszcze nie dowodzi. Liczą się
        tylko fakty. A te są takie, że władza czerwonych w Polsce nie upadla. I żadne
        gadanie, żaden wrzask tego faktu nie ukryje. System, poza drobnymi
        usprawnieniami i ulgami, istnieje nadal dla przytłaczającej większości narodu,
        o czym wyraźnie Polacy zasygnalizowali to w jednych i drugich wyborach, a
        szczególnie w tzw. prezydenckich. A więc - gdzie jest granica, że skończyła się
        władza komunistów i ich system okradania narodu, a gdzie zaczęła się
        demokracja? Co tę granicę symbolizuje?
        Wałęsa mający - jako prezydent - dość szerokie uprawnienia polityczne, jak
        dotąd ich nie wykorzystał. A przecież normalna kolej rzeczy powinna być
        następująca: po zaprzysiężeniu na urząd prezydenta i objęciu tego stanowiska,
        pierwszą czynnością powinno być rozwiązanie istniejącego parlamentu (sejmu),
        jako niereprezentatywnago i rozpisanie wyborów do sejmu konstytucyjnego (do
        zgromadzenia konstytucyjnego), który po wyłonieniu w wolnych wyborach, uchwala
        nową konstytucję, tj. legalną ustawę zasadniczą i na jej podstawie nową
        ordynację wyborczą. Po ukończeniu tej pracy, ogłoszone powinny być wybory do
        obu izb ustawodawczych na pełny okres, ustanowiony pod rządami nowej i legalnej
        już konstytucji. Tak wyłoniony sejm przystępuje do wyłonienia rządu, tj. władzy
        wykonawczej i sądowniczej oraz do pracy nad rozwiązaniem problemów życia
        narodowego i państwowego.
        Dotychczasowe postępowanie Wałęsy na urzędzie prezydenta, a także jego doradców
        wskazuje, że na zewnątrz, w miejscach publicznych, stosuje tanią propagandę,
        pokrzykując na czerwonych i odgrażając się im, a po cichu nadal z nimi
        współpracuje, trzymając się zawartych z nimi potajemnie przed narodem
        kontraktów i umów w Magdalence. A przecież jako polityk powinien wiedzieć, że
        kontrakty i umowy zawarte z oszustami, zdrajcami, terrorystami i złodziejami,
        nie zobowiązują do niczego. Stanowią co najwyżej bezwartościowy papier. [...]

        ** ** **
        W krajach, gdzie przeprowadzano defaszyzację czy denazyfikację, co oznacza
        koniec systemu totalitarnego i dyktatorskiego, nikt nie zabawiał się w
        poprawianie praw i konstytucji faszystowskich czy nazistowskich. Prawa te były
        normalną koleją rzeczy unieważniane, jako nielegalne, bo ustanowione przez
        władze przestępcze, albo jako pochodzące z obcego nadania, co na jedno
        wychodzi. Tam, gdzie powrót do poprzednich praw był z różnych względów
        utrudniony, ogłaszano wybory do zgromadzenia konstytucyjnego i ono ustanawiało
        nową konstytucję i nowe prawa, które nabierały mocy legalności, jako pochodzące
        z woli narodu. To, co dzieje się dzisiaj w Polsce, jest trudne do pojęcia. Nową
        konstytucję i nową ordynację wyborczą ustanawiają zdrajcy i kolaboranci,
        uczestnicy mafii komunistycznej, bo przecież mają 65 procent swych ludzi, czyli
        decydującą większość w obecnym tzw. sejmie polskim. [...]

    • Gość: rb Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 09:58
      Każda ze znaczących sił politycznych stara się wystawić w wyborach
      prezydenckich swego kandydata. Liczy bowiem na to, że dzięki kampanii wyborczej
      zdobędzie dodatkowe poparcie w wyborach parlamentarnych. Oprócz kandydatów
      partyjnych są również pozapartyjni (niezależni), jest też Włodzimierz
      Cimoszewicz, który jest jak najbardziej partyjny (i to od ponad trzydziestu
      lat), ale przedstawia się jako "pnadpartyjny". Byłych PZPR-owców jest zresztą
      więcej. Należy do nich bowiem kandydatka Partii Demokratycznej - demokraci.pl,
      Henryka Bochniarz. Ona również ma uchodzić za kandydatkę szerokiego wachlarza
      ugrupowań i środowisk, choć w istocie może liczyć na poparcie zaledwie
      najbliższego otoczenia Władysława Frasyniuka i grupki zdezorientowanych
      wyborców. I choć kamuflaż się nie udał, to jednak Bochniarzowa kandyduje.

      Frasyniuk jako obecny (i chyba już ostatni) szef PeDastów powiedział, że jest
      to kandydatura obywatelska, ponadpartyjna. Śmiać się, czy płakać? Ona sama
      dzień przed ogłoszeniem, że jest wybranką PeDastów powiedziała, iż "jest jej
      blisko do Platformy, ale nikt jej tam nie zaproponował kandydowania". Jeszcze
      bardziej żałosne jest to, że Frasyniuk, ogłaszając jej wybór zastrzegł
      się: "najlepszym kandydatem byłby Tadeusz Mazowiecki". Ten jednak tym razem już
      nie był taki głupi. Dotkliwa i upokarzająca porażka z nikomu nieznanym
      Stanisławem Tymińskim z Kanady w 1990 roku wyleczyła go chyba raz na zawsze z
      takich marzeń. Wiedział też, że jego wynik byłby zbliżony do tego, co osiągnął
      Lech Wałęsa, startując po raz drugi, czyli w granicach jednego procenta. I
      dlatego właśnie demokraci.pl wyskoczyli z kandydaturą Bochniarzowej, jak
      przysłowiowy Filip z konopi. Frasyniuk, robiąc dobrą minę do coraz bardziej
      żałosnej gry obwieścił, że to ona jednak jest najlepszym kandydatem, "na
      którego w tej chwili stać Partię Demokratyczną, a także najlepszym prezydentem,
      na jakiego stać w tej chwili Polskę".
      Co do faktu, że PeDastów nie stać na nic lepszego, można się zgodzić. Ale co ma
      z tym wspólnego Polska?

      Złote myśli bussines-woman
      Mądre porzekadło mówi, że jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera.
      Nie wiemy, czy musiał się bardzo napracować w przypadku Władysława Frasyniuka,
      ale wystawienie Bochniarzowej jako kandydatki na prezydenta w dzisiejszej
      Polsce, w której mamy trzy miliony bezrobotnych i kilka milionów bardzo
      biednych, głodnych ludzi (w tym stanie znaleźli się nie z własnego wyboru)
      zakrawa na kpinę. Tym bardziej, że jej osławione "złote myśli" po prostu
      powalają z nóg. Przytoczmy tu dwie, tak bardzo charakterystyczne dla klasy
      nowobogackich: "Nie warto dawać podwyżki pracownikom bo i tak wszystko
      przepiją". Przecież każdy pracownik ma prawo z robić z ze swą pensją to, co mu
      się podoba. To prawda, że niektórzy nie bardzo dbają o swą przyszłość i o los
      swych najbliższych. Ale to nie jest powód, aby obrażać całą resztę i pozbawiać
      ją tego, co się jej należy.
      I przebłysk jej geniuszu po raz drugi: "Ludzie z inicjatywą, przedsiębiorcy są
      wrogiem klasowym tej robotniczo-chłopskiej szumowiny, której jest w Polsce 95%.
      Ta szumowina przechlana, zwyrodniała to przecież ich wyborcy. I dlatego 5%
      narodu musi ich utrzymywać". Tego to już za wiele - jest to język właścicieli
      Polski Ludowej, którzy kiedyś podobnie traktowali społeczeństwo. Z tą tylko
      różnicą, że nawet oni nie odważyliby się powiedzieć tego głośno. Ale Henryka
      Bochniarz już dawno zatraciła instynkt samozachowawczy, natomiast PeDaści
      zapewne w ogóle go nie mieli.
      Jeden z internautów zauważył, że partia Frasyniuka nie powinna robić ceregieli
      i od razu wystawić kandydaturę "lobbysty" Marka Dochnala, skądinąd bliskiego
      znajomego (czy tylko od interesów?) Henryki Bochniarz.

      Wyczyszczona oficjalna biografia
      Z oficjalnie prezentowanej biografii (demokraci.pl) niewiele można się
      dowiedzieć o przeszłości tej kandydatki. Można powiedzieć, że prezentowana jest
      w dobrym, PZPR-owskim stylu: urodziła się i... obecnie kandyduje na najwyższy
      urząd w państwie.
      "Matka, żona, kobieta przedsiębiorcza, osobistość życia gospodarczego i
      społecznego kraju. Ma niezwykle bogate doświadczenie życiowe: naukowiec,
      nauczyciel akademicki, minister, przedsiębiorca, założycielka organizacji
      przedsiębiorców. Ma 57 lat. Urodziła się w Świebodzinie. Mieszka w Warszawie.
      Mąż - Zbigniew Bochniarz jest dyrektorem Center for Nations in Transition,
      University of Minnesota, mają dwoje dzieci: Joannę (prawniczka w kancelarii
      prawnej) i Pawła (przedsiębiorca) oraz siedmioro wnucząt.
      Nauczyciel i wychowawca akademicki, pracownik naukowy Instytutu Koniunktur i
      Cen (1971-90). W rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego w 1991 r. była Ministrem
      Przemysłu i Handlu. Założycielka i prezes zarządu jednej z pierwszych w Polsce
      firm konsultingowych Nicom Consulting. Założyła i prezesowała Stowarzyszeniu
      Doradców Gospodarczych w Polsce".
      Konia z rzędem temu, kto zdoła dowiedzieć się (w tym miejscu) czegoś więcej. A
      przecież warto. W Nicom Consulting Ltd, gdzie jest prezesem zarządu, funkcję
      wiceprezesa pełni również kobieta, Lucyna Jezierska-Fila (córka byłego I
      sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR na Uniwersytecie Warszawskim). Firma ma
      świetne układy z instytucjami państwowymi i spółkami skarbu państwa, na których
      nieźle zarabia, oficjalnie jednak przynosi straty lub tak niskie dochody, że
      nie powinna w ogóle istnieć. Ale istnieje i jest bardzo aktywna, dzięki
      zapobiegliwości swej szefowej, która wchodzi m.in. w skład Rady Nadzorczej
      Agory S.A., a także: ITI Holdings S.A., Computerland SA, Constar S.A., TVN Sp.
      z o.o., Fundacji na Rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa, Pioneer PTE SA, Center
      for Strategic & International Studies, Institute for East West Studies...
      Henryka Bochniarz wchodzi także w skład Polskiego Komitetu Wspierania Budowy
      Muzeum Historii Żydów Polskich, jest współfundatorką Nagrody Literackiej NIKE,
      założycielką nieco tajemniczego "Klubu 22" a także prezesem Polskiej Rady
      Biznesu i prezesem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych. To i tak
      jeszcze nie wszystkie pełnione przez nią funkcje.

      Inna twarz - czy to tajemnica sukcesów?
      Ani Frasyniuk, ani jego partia nie szczycą się ważnym fragmentem życiorysu swej
      kandydatki. Ba, starannie to ukrywają! Nic dziwnego, Bochniarzowa do PZPR
      wstąpiła już w 1978 roku, pełniła funkcję I sekretarza Oddziałowej Organizacji
      Partyjnej PZPR w Instytucie Koniunktur i Cen Handlu Zagranicznego (w latach
      1981-1985; poprzednio, w latach 1980-1981 była II sekretarzem) a w latach 1981-
      1983 wchodziła w skład Komitetu Zakładowego PZPR w Ministerstwie Handlu
      Zagranicznego i Gospodarki Morskiej. Biorąc pod uwagę organizację, której była
      członkiem oraz lata, w jakich w niej działała (okres pierwszej "Solidarności" i
      stanu wojennego), wyjazd na lukratywne, prestiżowe stypendium Fullbrighta w USA
      (jako funkcjonariusz PZPR!) oraz jej późniejsza kariera i łatwy dostęp do
      prywatyzowanej kasy państwowej dziwi już o wiele mniej.
      Od sierpnia 1991 r. do stycznia 1992 r. była ministrem przemysłu i handlu w
      rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, najmniej udanego i najbardziej bezbarwnego
      premiera III RP. Wygrywane przez jej firmę przetargi na konsultacje i doradztwo
      przy "prywatyzacji" łakomych kąsków z państwowego majątku budziły szereg
      podejrzeń, ale sama zainteresowana mówi, że "wszystko było czyste". Zaś fakt,
      że np. wygrany przetarg przez Nikom na doradztwo przy prywatyzacji Banku
      Zachodniego miał miejsce wówczas, gdy odpowiadała za to wiceminister ds.
      prywatyzacji Alicja Kornasiewicz, jej koleżanka z "Klubu 22" nie ma nic do
      rzeczy. Kto chce, niech wierzy.
      Warto dodać, że Henryka Bochniarz przypisywała sobie m.in. założenie
      Koła "Solidarności" w Instytucie Koniunktur i Cen. No i nigdy nie była
      wyrzucona z PZPR, bo i takie pogłoski krążyły.

      Burzliwe dzieje partii po przejściach
      Demokraci.pl to partia, która
      • Gość: rb Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 09:58
        Burzliwe dzieje partii po przejściach
        Demokraci.pl to partia, która ma za sobą burzliwą i długą historię - powstała
        jako ROAD (Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna) podczas podziałów w Komitetach
        Obywatelskich w 1990 roku, przekształcając się następnie w partię pod nazwą:
        Unia Demokratyczna. Po przegranych w 1991 roku wyborach parlamentarnych przez
        mikroskopijny i sztuczny Kongres Liberałów, UD wchłonęła tę kanapową, lecz
        wpływową (bo mającą dostęp do władzy) partyjkę. Zmieniła wówczas nazwę po raz
        kolejny, tym razem na Unię Wolności. Zanik tej formacji i jej starczy uwiąd
        (mimo politycznie młodego wieku) spowodował kolejną próbę jej reanimacji. Na
        pomoc wezwany został Tadeusz Mazowiecki (co niekoniecznie było pomocne) oraz
        możni przedstawiciele do niedawna najpotężniejszej partii, czyli SLD: Marek
        Belka (nikt nie wie, czy wreszcie zdecydował się na formalne wstąpienie) oraz
        Jerzy Hausner, były minister i wicepremier w rządach Leszka Millera i Marka
        Belki (a jeszcze przedtem sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR na Uniwersytecie
        Jagiellońskim). Dziś demokraci.pl mają oblicze, jak zniszczona kobieta po
        przejściach - niejedna dwuznaczna przygoda wypisana jest w nazwiskach jej
        członków.
        Jest to partia, która cały czas uzurpuje sobie prawo do rządzenia w Polsce,
        określa się, jako "partia ludzi mądrych", przywołuje swój jakoby
        solidarnościowy rodowód, choć zawsze w jej władzach nie brakowało ludzi z
        drugiej strony barykady, czyli znaczących PRL-owców. Obecnie demokraci.pl grają
        na zjednoczenie części SLD ze swymi szeregami, licząc w ten sposób, że uratują
        się przed całkowitym zanikiem. Temu miała służyć m.in. kandydatura Henryki
        Bochniarz.
        Jej zdjęcie straszy wyborców na ulicznych billboardach, na których uwieczniona
        została z Tadeuszem Mazowieckim. Czyżby kampanię wyborczą demokraci.pl zlecili
        swym największym nieprzyjaciołom?

        ** ** **
        Na szczęście wyborcy mają jednak dobrą pamięć i natychmiast zaczęto publicznie
        przywoływać powyższe fakty, ostrzegając się wzajemnie przed kameleonizmem
        kandydatki od PeDastów. Ponadto do wyjaśnienia pozostaje sprawa tzw. "listy
        Wildsteina", na której niejaka Henryka Bochniarz figuruje podwójnie: pod
        pozycją 9003: IPN BU 00200/262; BOCHNIARZ HENRYKA; MSW; jedynki akta oraz pod
        pozycją 9004: IPN 001052/929; BOCHNIARZ HENRYKA; MSW; jedynki MKF.
        Milczenie samej zainteresowanej oraz jej partii wcale nie świadczy o mądrości,
        lecz raczej o głupocie, bo to tylko potwierdza różne przypuszczenia. A Polskę
        stać na znacznie więcej, niż liczenie na byłych PZPR-owców.
    • Gość: prawy Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 21:50
      Dzisiaj mija 141 rocznica urodzin wybitnego polaka, Romana Dmowskiego, urodził
      się 9 sierpnia 1864r. w Warszawie, był architektem Niepodległej Polski, wielkim
      mężem stanu, delegatem polskim na konferencję paryską r. 1919 i sygnatariusz
      traktatu wersalskiego, główny ideologiem i współzałożycielem Narodowej
      Demokracji, pisarzem politycznym.



      W czasach studenckich rozpoczął działalność w Związku Młodzieży Polskiej Zet.
      Był organizatorem studenckiej manifestacji ulicznej w setną rocznicę uchwalenia
      Konstytucji 3 Maja. Został za to osadzony na pół roku w Cytadeli i zesłany w
      głąb Rosji. Uciekł stamtąd w 1895 i osiadł we Lwowie, gdzie od lipca tego roku
      przejął redakcję „Przeglądu Wszechpolskiego”, głównego ideowego pisma ruchu
      narodowego. W latach późniejszych stanął na czele Ligi Narodowej. W 1897 roku
      był współzałożycielem Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego. W latach 1898-1900
      przebywał we Francji i Anglii. Z powodu rosnącego zagrożenia ze strony Niemiec
      opowiedział się za taktyczną współpracą z caratem i spowodował podobny zwrot w
      działalności całej organizacji W 1901 wrócił do kraju i zamieszkał w Krakowie,
      a w roku 1905 przeniósł się do Warszawy. Był posłem do II i III kadencji do
      Dumy rosyjskiej oraz prezesem Koła Polskiego. W roku 1915 udał się na Zachód i
      rozpoczął akcję na rzecz Polski w stolicach państw koalicyjnych, 1917 utworzył
      w Paryżu Komitet Narodowy, którego zadaniem było odbudowanie państwa polskiego.
      W 1917 roku stanął na czele Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu. Był polskim
      delegatem na konferencję paryską i sygnatariuszem traktatu wersalskiego. Miał
      znaczący wpływ na pozytywny dla Polski charakter ostatecznych decyzji
      Wersalskich. To dzięki jego zabiegom dyplomatycznym Polska odzyskała Pomorze i
      w dużej mierze również Wielkopolskę i część Górnego Śląska, można go śmiało
      nazwać architektem i twórca Odrodzonej Polski. W 1926 roku założył Obóz
      Wielkiej Polski, a następnie Stronnictwo Narodowe (1928).
      Po długiej chorobie zmarł na zapalenia płuc w nocy 2 I 1939 w Drozdowie pod
      Łomżą w domu rodziny Niklewiczów, pozostawiając po sobie wielki smutek i żal.

      Wszystkich zainteresowanych dogłębnym poznaniem życiorysu Romana Dmowskiego
      zachęcam do przeczytania zeszytu szkoleniowego Młodzieży Wszechpolskiej
      poświęconego tej wybitnej postaci
      wielkapl.webpark.pl/zyciorys_romana_dmowskiego.html
    • Gość: Artur Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 22:20
      Kiedy 1940 roku "cywilizowani" Niemcy, czyniąc pierwsze kroki do eliminacji
      Żydów z Europy, przesiedlali ich w nowe miejsce - najczęściej na obrzeżach
      miast, hołota rzuciła się by grabić mienie, którego nie wolno było zabrać ze
      sobą Żydom.
      Uprzywilejowana hołota - taka jak Oskar Schindler przejmowała pożydowskie
      fabryki i mienie znacznej wartości.
      Różnica miedzy Oskarem Schindlerem - czczonym przez Państwo Izrael a polskimi
      szmalcownikami polegała na tym, że Schindler nosił mundur NSDAP i "działał w
      imieniu prawa" niemieckiego a szmalcownicy byli - w rozumieniu prawa polskiego
      zbrodniarzami - karanymi za swe postępowanie wyrokiem śmierci. A przecież
      zarówno Schindler, jak też szmalcownicy bogacili się na "darowaniu Żydom
      życia".

      Dziś widząc Oskara Schindlera na pierwszej stronie internetowej instytutu Jad
      Vashem, a jednocześnie gdzieś w tle Polaków - ratujących Żydów - w tej samej
      liście co obywatele krajów zachodnich uznaję, że podłość ludzka nie zna granic.
      Postawienie Polaka - ryzykującego życie własne i własnej rodziny, obok
      Francuza, Holendra, Duńczyka, którzy ratując Żydów - co najwyżej poświęcili
      pieniądze i swój czas, jest szczytem cynizmu. Cynizmu reprezentowanego przez
      instytut, który rzekomo odwołuje się do humanitarnych wartości.
      Później, kiedy za wojskami sowieckimi przyszła do polski żydohołota,
      wysługująca się NKWD nie mniej gorliwie jak wcześniej żydowska policja -
      nazistom, nastąpił kolejny akt "ucywilizowania" Polaków. Tym razem na modłę
      wschodnią.
      Zanim do tego doszło (na rozkaz Stalina) komunistyczna żydohołota wymordowała
      polską inteligencję.
      Miało to miejsce w Katyniu i Miednoje.

      W czasie powojennej walki o władzę - pewna swych "racji moralnych" żydohołota -
      we współdziałaniu z polską hołotą, eliminowała (najczęściej mordując, bądź
      łamiąc moralnie) niedobitki polskiej inteligencji.
      Wyraźnie należy tu zaznaczyć, że nie byłaby możliwe realizacja tego planu bez
      współudziału pospólstwa - jako siły wykonawczej planu przeistoczenia Polski w
      kolejną republikę radziecką.
      To nie Żydzi urzędowali w każdej komendzie MO, UB. To była polska hołota!
      I tu zaczyna się dylemat: w którym momencie ludzie upadają do tego stopnia, że
      przeistaczają się w tytułową hołotę?
      To trudne pytanie - ponieważ ocena zawsze związana musi być z konkretną
      sytuacją i uwarunkowaniami - w jakim przyszło żyć.
      Każdy z nas ma prawo do omylności.
      Kiedy jednak ta omylność jest cynicznie powtarzana - ze szkodą dal innych - dla
      społeczeństwa to taką sytuację należy nazwać schamieniem.

      Przysłowie mówi : "diabeł tkwi w szczegółach". I właśnie te "szczegóły"
      doprowadziły do kuriozalnej sytuacji, że nikt inny - jak spolonizowani Żydzi
      odbudowali po wojnie polską kulturę.
      Kiedy żydohołota, różne Szechtery, Bermany dobijali polską kulturę, z pewną
      tolerancją traktowali żydowskich intelektualistów - jako bądź co bądź "swoich".
      A tymczasem ci - zauroczeni kulturą naszych przodków, przenieśli ją przez
      trudne czasy stalinizmu.
      Warto pamiętać również o tym elemencie polsko-żydowskiej historii.

      Wielokrotnie - analizując pierwsze lata III RP - zastanawiałem się : w którym
      momencie zaktywizowała się na scenie politycznej kolejna fala żydohołoty. W
      jakim momencie uznali, że nie ma żadnych zasad moralnych i Polskę, oraz jej
      społeczeństwo można okraść, upodlić, zabić...
      A może - jak twierdzą niektórzy działają tak od czasu zapisania, że Żydzi
      to "naród wybrany"?
      Dziś, kiedy w końcu wychodzi na światło dzienne, że Kwaśniewska miała interesy
      z wszelkiej maści przestępcami, potwierdza się zasada, że hołota i żydohołota
      zawsze będę działać wspólnie - przeciwko nam - ludziom z godnością i honorem.

      Ale hołota - czy to ta ze stadionów piłkarskich (zwalczająca się wzajemnie),
      czy też ta - z "salonów politycznych", ma najczęściej sprzeczne interesy i
      tylko czasem jednoczy się przeciwko prawdzie i prawu.
      Widać to wyraźnie na przykładzie tworu o nazwie "Partia Demokratyczna", której
      członkowie ciągną za sobą odium najhaniebniejszych wobec Polski działań. To -
      co ich wspólnie łączy to fakt, że większość z nich - w przeszłości
      reprezentowała poglądy stalinowskie i trockistowskie.
      Patrząc na metamorfozę amerykańskich "neokonserwatystów" (którzy w przeszłości
      byli wojującymi trockistami) przyjąć musimy, że już tylko krok dzieli od
      nawrócenia członków "Partii Demokratycznej" na wojujący syjonizm.
      Ostatnia wizyta Sharona w Polsce stanowiła preludium do takiej sytuacji.

      Kulturę polską XX wieku zdominowali spolonizowani Żydzi.
      Świadomy tego stanu - ceniąc wielkość ich dorobku, nie boję się oddzielić
      ziarna od plewy i wskazać precyzyjnie raka, który toczy nasze życie, nasze
      społeczeństwo.
      Media, politykę, kulturę opanowała wspólnie hołota i żydohołota.
      Skutki tego stanu rzeczy obserwujemy każdego dnia.

      Mógłbym przejść nad tą sytuacją do porządku dziennego, gdyby nie to, że
      konsekwencją działań tej hołoty będzie wojna i każdy uczciwy człowiek winien
      zrobić wszystko - co w jego mocy - aby nie dopuścić do przelania krwi.

    • Gość: prawica Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 09.08.05, 22:31
      Wiktoria 1920 – ocalić od zapomnienia
      Umęczenie doświadczeniami XX wieku, ogromny bagaż zmartwień, niespełnionych
      nadziei i rozczarowań współczesnych Polaków powoduje to, że mało, komu chce się
      zaprzątać głowę sprawami naszej historii, a zwłaszcza wydarzeniami z 1920 roku.
      Historii nie tak odległej, ale przesłoniętej kolejna wojną 1939 roku, która
      mimo wszystko wiodła nas od katastrofy do katastrofy.

      Już w Polsce międzywojennej wojna polsko-bolszewicka była areną politycznych
      rozgrywek. Żyło jednak wtedy setki tysięcy weteranów, którzy swoim istnieniem
      zaświadczali o historycznej prawdzie.

      Chyba mamy zbyt bogate doświadczenia wynikające z klęsk. Te umiemy czcić
      pięknie, godnie i z patosem. Jeżeli chodzi o zwycięstwa to gorzej nam idzie ich
      upamiętnianie i wykorzystywanie „ku pokrzepieniu serc”.

      Niewielu Polaków, zwłaszcza młodzieży zdaje sobie sprawę w jak dramatycznej
      sytuacji znalazła się nasza ojczyzna i cała Europa w 1920 roku i jak potrafili
      nasi przodkowie w bohaterski sposób ocalić istnienie Polski i być może całego
      kontynentu.

      Niespełna milionowa armia będąca w dużej mierze pospolitym ruszeniem potrafiła
      dać odpór pięciu milionom czerwonoarmistów.

      Jeszcze do niedawna chodziło się w naszym kraju ulicami: Świerczewskiego, Kona,
      Marchlewskiego, Dzierżyńskiego, Próchnika i innych zaprzańców.

      Czy wszyscy w dzisiejszej Polsce wiedzą, że ci panowie stali wtedy czynnie po
      stronie armii czerwonej? Zacierali ręce licząc na szybki upadek Warszawy.
      Najpierw w Białymstoku, a następnie w Wyszkowie próbowali montować rząd nowej
      republiki ZSRR.

      Dzierżyński był oficerem politycznym w armii Tuchaczewskiego. Do funkcji
      ministerialnych wyznaczeni już byli tacy polscy żydzi jak Unszlicht, Łazowert
      czy Pestkowski.

      Już była gotowa odezwa do narodu o następującej treści: „Sztandar Czerwony nad
      pałacem Zygmuntowskim i Belwederem powinien być zatknięty, zanim Czerwona Armia
      rosyjska do stolicy wkroczy”. Jakaż tu analogia do roku 1944r. Lublina i PKWN.

      Wstyd mówić, ale przodkowie wielu dzisiejszych moralnych autorytetów popierali
      wówczas tych, którzy dążyli do unicestwienia niepodległej Polski. Może stąd tak
      częste deprecjonowanie z ich strony naszych wielkich narodowych zrywów?

      Oglądając transmisje z obchodów rocznic Powstania Warszawskiego czy zwycięstwa
      nad bolszewikami w 1920 ze wstydem trzeba zauważyć, że pierwsze szeregi zajmują
      obecnie wybierani przez rodaków w wolnej Polsce czciciele 22 lipca, 1-go maja,
      17 października.

      Ludzie dla których przez dziesiątki lat takie daty jak 1-szy czy 15-ty sierpnia
      nie znaczyły dosłownie nic, a co więcej, narodowi nie zezwalali na ich
      czczenie. Dziś bezwstydnie prężą piersi, wygłaszają okrągłe mówki i widząc
      głupotę narodu grają odwiecznych patriotów.

      Jak do tej pory nie było dobrego klimatu do głębszej refleksji nad wielkim
      zbrojnym czynem rodaków w wojnie polsko-bolszewickiej?

      Zresztą skąd miałby być ten klimat, skoro władzę w naszym kraju dzierżą
      niezmiennie od 1944 roku spadkobiercy PKWN-u, a opinię publiczną w największych
      mediach kształtują dzieci i wnuki zdrajców ojczyzny z 1920 roku, którzy ręka w
      rękę szli z bolszewicką nawałą. W Polsce międzywojennej byli śmiertelnymi
      wrogami niepodległej ojczyzny.

      Brylują dziś w mediach: Michnik, Urban, Gebert, Łuczywo i ciągle w bezczelny
      sposób podważają wielkość i znaczenie naszych narodowych zrywów.

      Odnosi się wrażenie, że dla tego środowiska idealnie by było, abyśmy czcili
      tylko rocznicę powstania w getcie warszawskim, gdzie stu kilkudziesięciu
      bohaterskich bojowników żydowskich w nierównej walce zabiło 14 Niemców.

      Było to powstanie bohaterskie i tragiczne, ale skala tego żydowskiego czynu
      zbrojnego w porównaniu z powstaniem warszawskim jest po prostu nieporównywalna.

      Jeżeli zaś chodzi o rozgłos i wiedzę na ten temat światowej opinii publicznej,
      to w jej świadomości przez lata utrwalono, że w Warszawie był jeden bohaterski
      zryw, powstanie w getcie w 1943 roku.

      Drugim narodowym świętem według tego środowiska powinien być marzec 68r. Reszta
      rocznic to mało znaczące daty.

      Jednak coś zaczyna się zmieniać. Odradza się w sposób widoczny polski
      patriotyzm i w 85 lat od tamtych wydarzeń już chyba stać nas na osąd tamtych
      wydarzeń w sposób sprawiedliwy.

      To właśnie wtedy pojawiły się po raz pierwszy nazwiska takich patriotów jak:
      Anders, Sosnkowski, Sikorski, Fieldorf, Cat-Mackiewicz, Maczek i wielu wielu
      innych.

      Już czas, aby ta rocznica stała się wielkim świętem wszystkich Polaków, a jej
      obchody godne i zorganizowane z wielkim rozmachem. Jesteśmy to winni bohaterom
      tamtych czasów.

      Mimo, ze każde wydarzenie tej wojny da się wytłumaczyć w kategoriach jak
      najbardziej ludzkich i przyziemnych to nich pozostanie ona dla nas Polaków na
      zawsze „Cudem nad Wisłą”.


      Mirosław Kokoszkiewicz

    • Gość: PRAWICA NET Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.08.05, 05:40
      IPN o sprawie Kobylańskiego - teraz rodzina
      Tytuł:


      IPN o sprawie Kobylańskiego. Wydali żydowską rodzinę gestapo
      Podtytuł:

      Rodzina Jana Kobylańskiego, milionera z Urugwaju, ponad wszelką wątpliwość
      wydała żydowską rodzinę gestapo - ustalił IPN.
      Zawartość:

      - mocne stwierdzenia: "Pewne jest już, że była to osoba pochodząca z rodziny 82-
      letniego dziś milionera.

      - co ustalił IPN? "... że postępowanie w sprawie zadenuncjowania żydowskiej
      rodziny na gestapo toczyło się przeciwko jego ojcu Stanisławowi oraz przeciw
      jednemu z jego trzech synów"

      - znów mocne stwierdzenie: "Ponad wszelką wątpliwość któryś z nich uczestniczył
      w tym procederze".

      - i teraz rewelacja: "Który? Tego IPN nie jest jeszcze pewien".

      I na koniec: "Jeśli IPN potwierdzi, że Jan Kobylański jest zamieszany w tę
      sprawę, prawdopodobnie będzie sporządzony wniosek o jego ekstradycję, co
      niespełna pół roku temu zapowiadał minister sprawiedliwości Andrzej Kalwas".

      Naprawdę wiadmo, że "toczyło się postępowanie". Ale bijący w oczy tytuł
      wystarczy. Zawartość nie jest ważna. Zwłaszcza że jest naszpikowana takimi
      sformułowaniami, które wybronią przed każdym sądem.

      - "jeśli się potwierdzi",
      - "zamieszany",
      - "prawdopodobnie",

      I co ciekawe, "pół roku temu" padły bardzo poważne oskarżenia przeciw Janowi
      Kobylańskiemu. Dzisiaj, po pół roku, się okazuje, że nie ma żadnych dowodów.

      Majstersztyk.

      Andrzej

      Przypomnijmy: sprawa Janusza Kobylańskiego

      Całość: Gazeta Wyborcza

    • Gość: Trybun. Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.08.05, 06:38
      Dadzą żaru?




      SOLIDARNOŚĆ - Stoczniowcy nie chcą świętować


      Zamiast koncertu Jeana-Michela Jarre'a, główną atrakcją rocznicowych imprez w
      Gdańsku może być protest pracowników Stoczni Gdańskiej, kolebki „Solidarności”,
      z rzucaniem petard i paleniem opon.
      Komisja zakładowa „Solidarności” Stoczni Gdańskiej opublikowała wczoraj pełen
      goryczy list otwarty z okazji 25. rocznicy podpisania porozumień sierpniowych,
      które mają się odbyć na terenie ich zakładu pracy. „Z 21 postulatów
      Sierpnia '80 realizowane są tylko te, które mówią o wolności politycznej i
      suwerenności kraju. Postulaty dotyczące człowieka, jego godności osobistej,
      jego bytu są jedynie respektowane, kiedy jest to wygodne elitom finansowym i
      gospodarczym” – czytamy w liście.
      Związkowców oburza, że dziś „prawo pracownicze pozostało jedynie na papierze”,
      a „politycy, manipulując społeczeństwem, uderzyli w przedstawicieli zakładów
      pracy, związki zawodowe, wykorzystując ich brak doświadczenia”. „Upodlonej
      przez właścicieli załodze Stoczni Gdańskiej zabrano wszystkie nabyte wcześniej
      uprawnienia. Zamiast 40-godzinnego tygodnia pracy wywalczonego w Sierpniu '80,
      stosowany jest dzisiaj 80-godzinny, w tym z pracą w soboty i niedziele, w
      pokrętnym systemie. Wielu stoczniowców wyrzucono na bruk” – piszą dalej.
      Jednocześnie zadają pytanie: „czy w Polsce jedynie kamieniami i ogniem można
      bronić prawa do własności i godnego życia?”.
      Związkowcom nie podoba się też, że w ramach przygotowania do obchodów
      Sierpnia '80 za pieniądze z samorządu wyremontowany zostanie plac, będący dziś
      własnością amerykańskiej spółki Synergia. Na placu tym ma odbyć się koncert
      Jeana-Michela Jarre'a. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz obiecał, że
      stoczniowcy dostaną na koncert darmowe wejściówki.
      Dawnej Stoczni Gdańskiej, na terenach której fetowany będzie jubileusz, już
      prawie nie ma. Zostały tylko dwie pochylnie K-3, w których – nad halą
      prefabrykacji – napis Stocznia Gdańska nadal zdobi wyblakły emblemat Sztandaru
      Pracy I klasy, nadany zakładowi, wtedy jeszcze im. Lenina. Stąd do obecnego
      centrum produkcyjnego i administracyjnego stoczni na wyspie Ostrów prowadzi
      prawie 1,5-kilometrowy most pontonowy. – I tak dzień cały łazisz po byle co w
      te i we wte – irytuje się Michał N. (stoczniowcy, poza dyrekcją i rzecznikami,
      mają zakaz rozmów z prasą). Zapytanie robotnika o zarobki grozi pytającemu
      poturbowaniem. – Po wiecach w czerwcu dali po 25 gr podwyżki za godzinę roboty –
      mówi Grzegorz P., monter rurociągów z wydziału wyposażeniowego W-1. Na dodatek
      podzielili ludzi na tych lepszych z grupą D-10 i tych gorszych z nowego
      naboru. –To czerwoni rozpie..li ten zakład – denerwuje się Mariusz J. – Dał
      temu w 1988 r. początek Rakowski. Potem dołożyła się do tego ta cała banda z
      AWS i SLD. Nawet Amerykanie z tej Synergii nas wykiwali. A tu mi, ku.., chcą
      dać jakieś bilety na koncert. Warte stówę. Wezmę i opchnę
    • Gość: J.Przystawa 25 lecie Sierpnia IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.08.05, 22:17
      Nigdy z królami nie będziem w aliansach
      Nigdy przed mocą nie ugniemy szyji....

      Hymn Konfederatów Barskich towarzyszył mi nieomal codziennie, smętnie, dzielnie
      i rzewnie wyśpiewywany na korytarzach i celach nyskiego więzienia, i jest
      pierwszym wspomnieniem wywołującym we mnie potrzebę podsumowania 25 lat, jakie
      upłynęły od tamtych, wielkich dni Polaków, a których pamięć ma być teraz, 31
      sierpnia, świętowana narodowo i wszechświatowo, w akompaniamencie nie
      litanijnego zawodzenia Konfederatów lecz bohaterskiej, tryumfalnej muzyki
      Michela Jarra.

      Tak się składa, że tego samego dnia, z moim przyjacielem Mirosławem Dakowskim,
      stać będziemy przed surowym obliczem Sądu Okręgowego w Warszawie, któremu się
      spodobało wezwać nas na ten dzień uroczysty, abyśmy za zamkniętymi drzwiami, na
      utajnionym procesie, usprawiedliwiali się dlaczego w książce, napisanej 14 lat
      temu, a poświęconej rabunkowi finansów Polski, zamiast dołączyć do ludzi
      zachwyconych epokowymi przemianami, ośmielili się pisać, że tak znowu wielkiego
      powodu do zachwytu nie ma.

      Że podczas gdy setki tysięcy Polaków pozbawianych są, z dnia na dzień, środków
      utrzymania i pracy, w tym samym czasie wczorajsi ubecy i sekretarze stają się
      herosami biznesu, nieledwie zbawcami narodu, bo naszym kosztem budują sobie
      pałace i nabywają latyfundia.

      Dla nas obu ten dzień, ta rocznica, będą miały jak najbardziej sens
      symboliczny, spinający 25. letnią klamrą ćwierćwiecze naszej pracy, podczas
      którego żaden z nas ani broni nie złożył, ani z królami nie wszedł w alianse,
      ani szyji przed mocą nie ugiął.

      Gdy na terenie byłej Stoczni Gdańskiej – kolebki „Solidarności” – będzie
      rozbrzmiewała muzyka Jarra, my będziemy Sądowi usiłowali wyjaśnić, dlaczego nie
      ma już ani kolebki, ani innych stoczni, dlaczego tysiące młodych wówczas i
      dumnych stoczniowców, dzisiaj pozostają bez pracy, ewentualnie na jałmużnie
      zasiłków i przedwczesnych emerytur; skąd ponad trzymilionowe bezrobocie, skąd
      ponad 130 miliardów dolarów długu zewnętrznego i masowa emigracja naszej
      najbardziej przedsiębiorczej i zdolnej młodzieży itd. itp.

      Na ścianach nyskiego więzienia, hardzi solidarnościowi szwoleżerowie wypisali
      dumne hasło, przypisywane Lechowi Wałęsie: Związek jest, Statut ma i nie ma o
      czym dyskutować. Te proste słowa, dla wielu z nas, stanowiły konkretną
      wskazówkę: czego się trzymać. Powtarzaliśmy je nieledwie jak wyznanie wiary.

      Kiedy jednak, w 1989 roku, Lech Wałęsa zasiadł przed kamerami telewizyjnymi do
      słynnej debaty z Alfredem Miodowiczem, okazało się nagle, że nie ma już ani
      Statutu, ani Związku! Jest tylko Lech Wałęsa z grupą doradców, który z brawurą
      wziął na swoje skromne barki odpowiedzialność za ten stan rzeczy.

      W wywiadzie dla włoskiego pisma „Il Messaggero” oznajmił: To ja
      podzieliłem „Solidarność” i zawsze będę tworzył podziały, bo silny związek
      byłby przeszkodą na drodze reform. Jeśli to historyczne wyznanie odpowiada
      prawdzie, a więc jeżeli Lech Wałęsa nie przypisuje sobie nieskromnie zasług
      innych wybitnych polityków, to znaczy, że w jego osobie Związek „Solidarność”
      znalazł swojego Konrada Wallenroda.

      Najprawdopodobniej Lech Wałęsa, zgodnie ze swoją bujną naturą, mocno się
      przechwala. Jakiś przyszły Instytut Pamięci Narodowej kiedyś nam wyjaśni, kto
      jeszcze należał do tego zacnego grona? Niektórych nazwisk nie trudno się
      domyślić, ale z pewnością pomocne w tym będą zdjęcia z pierwszych rzędów
      zaproszonych na gdańską uroczystość.

    • Gość: J.Przystawa 25 lecie Sierpnia IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.08.05, 22:19
      Historyczny proces podziału i rozbicia Związku „Solidarność” został
      przeprowadzony szybko, błyskotliwie i ze spartańską wręcz prostotą. To, co w
      żaden sposób nie udawało się komunie przy pomocy więzień, wyroków, konfiskat i
      czego tam jeszcze, to sprawnie dokonali swoi:

      1. Najpierw czystka w Związku. Wałęsa, wielkopańskim aktem, pozbawił wszystkich
      członków władz Związku, i tych wybranych na Gdańskim Zjeździe, i tych z
      podziemia, mandatu i powołał w ich miejsce komitety wykonawcze, regionalne i
      krajowe.

      2. Następnie nakazał wszystkim ponownie zapisywać się do „Solidarności”, którą
      szybko zarejestrował z nowym statutem, uznającym mianowane w ten sposób
      komitety za legalne władze Związku. Był to prawdziwy, choć bezkrwawy zamach
      kwietniowy.

      3. Zwieńczeniem tych prac były sławne wybory czerwcowe, w których bez wyjątku
      mandaty poselskie i senatorskie uzyskali nominaci Lecha Wałęsy.

      Nowy związek okazał się tylko bladym cieniem starego, spychając na margines
      zarówno ogromną większość członków starego, którzy nie chcieli się poddać
      ponownej rejestracji, jak i większość starych władz.

      Starzy nie poddali się od razu i bez walki. Zawiązała się Grupa Robocza Komisji
      Krajowej, do której przystąpiła zdecydowana większość, bo ponad 40 członków KK
      wybranych w 1981 roku. Z inicjatywy Grupy pojawiło się, w czerwcu 1989,
      Porozumienie na rzecz Demokratycznych Wyborów w NSZZ „Solidarność”, zwane
      Porozumieniem Szczecińskim od miejsca swego pierwszego Zjazdu.

      Jedynym celem, jaki sobie stawialiśmy, było doprowadzenie do zjazdu krajowego
      Związku, otwartego dla wszystkich ludzi „Solidarności” i demokratycznego,
      zgodnego ze Statutem, wyboru władz. Ze Szczecina wyruszyliśmy w Polskę,
      odbywając kolejne zjazdy w Będzinie, w Piotrkowie Trybunalskim, w Bydgoszczy i
      we Wrocławiu.

      Zjazd Wrocławski, największy, był zarazem ostatnim. Sprytna taktyka
      zamachowców, taktyka propozycji nie do odrzucenia, okazała się skuteczna,
      wyrywając po kolei z szeregów Porozumienia znanych działaczy: Matyjasa,
      Rulewskiego, Kropiwnickiego, Chrzanowskiego, Macierewicza, Słowika, Wójcika,
      Muszyńskiego, Szeremietiewa i innych.

      Kiedy Andrzej Słowik został wybrany przewodniczącym Regionu Łódzkiego w
      nowej „S”, zaplanowany tam i już przygotowany kolejny zjazd Porozumienia nie
      mógł dojść do skutku. Związek „Solidarność” się rozpadł.

      W Szczecinie Marian Jurczyk powołał „Solidaność 80”, w Katowicach, Daniel
      Podrzycki założył swoją, Wądołowski, Kocjan i inni uznali przewagę siły nad
      racją. Z „Solidarności” Sierpnia 1980 pozostał tylko szyld i parasol ochronny
      nad procesem przemian i terapią szokową Leszka Balcerowicza. Ten nowy,
      podzielony związek, tak jak chciał Wałęsa, nie mógł już być żadną przeszkodą na
      drodze reform.

      Pod tym parasolem, pod grubą kreską Mazowieckiego błyskawicznie wyrosły fortuny
      Kulczyków, Solorzy, Przywieczerskich, a kohorty byłych sekretarzy i esbeków
      uzyskały materialne zabezpieczenie swojego luksusowego statusu. Polska uznana
      została nieodwołalnie i wszechświatowo liderem globalnych przemian, głównym
      autorem upadku Związku Sowieckiego i komunizmu światowego. Ten obraz próżnej
      chwały utrwalają poustawiane wszędzie paraboliczne lustra.

      Teraz Wałęsa wyciąga rękę, ale daleko, ponad głowami tych, których tak zgrabnie
      podzielił, do Kwaśniewskiego i innych, oferując im poczesne miejsce przy
      świątecznym okrągłym stole.

      My, z Mirosławem Dakowskim, Izabelą Falzmannową i wieloma innymi
      przedstawicielami nauk ścisłych i technicznych (ale nie tylko!), proponujemy od
      lat rozbicie krzywych zwierciadeł i wyprostowanie stołu: żeby wiadomym było,
      kto jest kim.

      Proponujemy likwidację mechanizmu, który pozwala nam jedynie kręcić się wciąż w
      tym samym zaklętym kręgu beneficjentów historycznych zabiegów: likwidację tzw.
      ordynacji proporcjonalnej do Sejmu i otworzenie drogi, aby Polacy mogli sami,
      bez pomocy sztukmistrzów z Magdalenki, wyłonić swoją reprezentację narodową.
      Proponujemy Jednomandatowe Okręgi Wyborcze w wyborach do Sejmu.

      To jedyna droga, jaką widzimy, dla uratowania dziedzictwa Sierpnia, wysiłku
      długich szeregów autorów, wydawców, drukarzy, kolporterów, skrzynek
      kontaktowych, moczonych sikawkami, bitych pałkami etc. etc. nie poszedł na
      marne. Jeśli ktoś zna lepszy sposób – pora by go zgłosił. Jeśli takiego pomysłu
      nie ma, niech się weźmie, razem z nami, do roboty. Zbyt wiele czasu do
      stracenia nie mamy.


      Jerzy Przystawa

    • Gość: rl Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.08.05, 22:59
      Anglicy z pewnym zdziwieniem po 60 latach odkryli, że prawie połowa informacji
      wywiadowczych, które w czasie II wojny światowej otrzymywał ich rozsławiony
      wywiad, pochodziła od wywiadu polskiego. Na drugą połowę pracowała reszta
      Europy! Przypomnieć warto, że w tym czasie Wielka Brytania dysponowała
      sprawnymi i wdrożonymi do pracy służbami aparatu państwowego, Polacy natomiast
      w okupowanym kraju zorganizowali swoje państwo podziemne, w tym wywiad, na
      zasadzie pospolitego ruszenia. Ważne jest i to, że warunki okupacji np. we
      Francji były bez porównania łagodniejsze niż w Polsce, a bliskość Anglii
      ułatwiała pracę francuskim szpiegom. Ale to właśnie polscy ochotnicy prowadzili
      profesjonalny wywiad w całej okupowanej Europie (i w Niemczech!) i byli w tym
      najlepsi.
      Szkoda, że brytyjska sprawiedliwość jest tak nierychliwa. Większość ludzi,
      którym brytyjskie uznanie sprawiłoby osobistą satysfakcję, już nie żyje. W
      świadomości mieszkańców Zachodu do dziś pokutuje zaś obraz nieufnego i
      skłonnego do zdrady Polaka, histerycznie antysowieckiego. Tak pokazuje nas
      literatura i film (np. "Młode lwy" czy "Enigma").


    • Gość: radio Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 11.08.05, 15:32
      W artykule "Czy nastepna Hiroszima jest Mozliwa?" w 60ta rocznice eksplozji
      bomby atomowej w Hiroszimie, Antiwar.com opublikowalo 6go sierpnia, 2005,
      wiadomosc: "Pentagon dostal rozkaz od sztabu wiceprezydenta Dick'a Chenney'a,
      zeby [Pentagon] nakazal silom strategicznym USA (STRATCOM) przygotowanie planu
      reakcji amerykanskiej na wypadek terrorystycznego ataku na USA, podobnego do
      9/11 (2001, na wiezowce nowojorskie i Pentagon). Plan ten zawiera szczegoly
      ataku na wielka skale na Iran, przy pomocy tak broni konwencjonalnych jak i
      taktycznych broni nuklearnych." Natomiast wczesniej rzad w Teheranie oznajmil,
      ze na wypadek jakiegokolwiek ataku na Iran, natychmiastowy odwet broni
      rakietowych Iranu, bedzie skierowany przeciw panstwu Izrael i jego osrodkom
      produkcji broni nuklearnych. W sierpniowym numerze b. r. pisma National
      Geographic na stronie 105 jest stwierdzenie ze Izrael ma przynajmniej dwiescie
      bomb nuklearnych i przewaza opinia ekspertow, ze izraelski arsenal nuklearny
      jest wiekszy od arsenalu Wielkiej Brytanii. Jednym z celow amerykanskich
      neokonserwatystow sjonistow jest obrona nuklearnego monopolu Izraela na Bliskim
      Wschodzie. Pismo "Financial Times" oglosilo 5go siepnia, 2005, ze rzad Busha
      rozwaza mozliwosc zakazu wjazdu prezydenta Iranu, Mahmoud'a Ahmadi Nnejad do
      Nowego Jorku, na zgromadzenie Narodow Zjednoczonych, na "spotkanie u szczytu."

      Wladze Iranu zglosily podanie o wize dla prezydenta Ahmadi i zaznaczyly, ze
      wizyta jego w USA bylaby pozyteczna dla USA i Iranu. Tymczasem rzad
      Busha "sprawdza" czy obecny prezydent Iranu nie bral udzialu w wiezieniu
      dyplomatow amerykanskich w Teheranie przez 444 dni. Reportaze te zbiegaja sie z
      wiadomosciami, ze miedzynarodowe stowarzyszenie szefow policji poszerzylo
      zakres uzywania srodkow smiercionosnych. Wedlug "Wshington Post" z 3go
      sierpnia, 2005, policjanci maja zabijac strzalem w glowe, ludzi podejrzanych o
      terroryzm samobojczy. Samo podejrzenie moze opierac sie na zachowaniu sie
      podejrzanego. Celem takiego zabojstwa przez policje jest, zeby ubiec rzekomego
      samobojce-terroryste, nim on sam spowoduje wybuch bomby, o ktorej instnienie
      jest tylko on podejrzany z takich powodow jak to ze czlowiek ten podejrzanie
      wygladal. Do "uzasadnionego" podejrzenia wystarczaja takie poszlaki jak zimowe
      ubranie w lecie, plecak z ktorego wystaja druty, nerwowosc, nadmierne pocenie
      sie i unkanie spojrzenia policjantowi w oczy. Nic dziwnego, ze odrazu policja
      brytyjska popelnila "zabojstwo przez pomylke" i nabawila sie z koleii
      podejrzen, ze byc moze, zabojstwo to mialo za cel niedopuszczenie zamordowanego
      do zlozenia zeznan niepozadanych przez policje w Londynie. Odrazu nasuwa sie
      pytanie czy policja brytyjska dokonala morderstwa na czlowieku, ktory za duzo
      wiedzial? Wedlug agencji Reuter'a 24go lipca, 2005, policja angielska zabila
      przez pomylke Brazylijczyka Jean'a Charles de Menezes, z zawodu elektryka, po
      obezwladnieniu go, na stacji kolejki podziemnej w poludniowym Londynie. Wladze
      policyjne w Londynie wyrazily ubolewanie z powodu zabojstwa niewinnego i
      obezwladnionego czlowieka kilkoma strzalami w glowe. Premier Tony Blair
      powiedzial ze tego rodzaju morderstwa przez pomylke maga sie latwo powtorzyc.
      Szostego sierpnia, 2005, zginal w gorach Ben Stack w polodniowej Szkocji,
      Robert Finlayson Cook, byly minister spraw zagranicznych i ostry krytyk udzialu
      wojsk brytyjskich w ataku i okupacji Iraku.

      Jest to drugi wazny brytyjski krytyk napasci na Irak, ktory zginal w dziwnych
      okolocznosciach. Smierc Cook'a w chwili rosnacych przygotowan przeciwko Iranowi
      usuwa z brytyjskiej areny politycznej glos sprzeciwu przeciw brytyjskim
      interwencjom u boku USA na Bliskim Wschodzie. Skutki trudnosci wojsk
      amerykanskich w pacyfikacji Iraku daja sie zauwazyc na terenie USA. Associated
      Press podalo w komunikacie z 6go sierpnia, 2005, ze poparcie Amerykanow dla
      Bush'a w sprawie wojny i okupacji Iraku spadlo do najnizszego dotad poziomu, to
      znaczy do 38 procent. Wzrasta zmeczenie Amerykanow "wojna z terrorem," co z
      kolei moze sie przyczynic sie do wzrostu ogolnego niezadowolenia z rzadu
      Bush'a. Moze to miec powazny wplyw w przyszlym roku, kiedy odbeda sie wybory na
      wszystkich poslow do kongresu i na niektorych senatorow, jak rowniez w roku
      2008, kiedy beda wybory na nowego prezydena USA. Arun Gupta, redaktor
      pisma "The New York Independent" powiedzial ze w obliczu braku postepu w
      pacyfikacji Iraku i rosnacym zmeczeniu wojsk okupacyjnych oraz przy coraz
      wiekszych brakach ochotnikow do sluzby w wojsku w USA, rzad Busha moze
      naumyslnie prowokuje wojne domowa w Iraku. Bylaby to "Libanizacja" Iraku tak
      jak to stosowano w czasie okupacji Libanu przez Izrael. Mialoby to umozliwic
      zmniejszenie sil okupacyjnych i ograniczenie ich garnizonow w ufortyfikowanych
      obozach, przy polach naftowych na polnocy i na poludniu Iraku. Wojna domowa w
      Iraku mialaby pozwolic USA na zmniejeszenie sil okupujacych i pacyfikujacych
      Irak. Wzrasta w USA niezadowolenie z "wojny z terrorem" jak i z pacyfikacji
      Iraku. i niepokojace sa wiadomosci o rozkazach sztabu wiceprezydenta Dicka
      Chenney w sprawie ataku na Iran jak tez stosowanie zabojstw zapobiegawczych,
      jak to mialo miejsce w Landynie i ma byc dalej stosowane przez policje. Teraz
      do rosnacego niezadowolenia z polityki Bush'a i Blair'a przyczynia sie
      zagadkowa smierc Robina'a Cook'a, bylego brytyjskiego ministra spraw
      zagranicznych i prezesa Foreign Policy Center (Centrum Polityki Zagranicznej),
      a jednoczesnie bardzo ostrego krytyka interwencji wojskowych na Bliskim
      Wschodzie.

      Prof. Iwo Cyprian Pogonowski

    • Gość: net Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 11.08.05, 23:34
      Jedno jest pewne
      Były szef koncernu naftowego Jukos Michaił Chodorkowski został dziś
      przeniesiony do innego bloku w moskiewskim więzieniu; trafił do wieloosobowej
      celi i został pozbawiony dostępu do gazet i telewizora.

      Chodorkowskiego, który został skazany na 9 lat kolonii karnej za przestępstwa
      podatkowe, przeprowadzono z bloku numer 4 do bloku numer 1 na terenie kompleksu
      więziennego "Matrosskaja Tiszyna". Z formalnego punktu widzenia oba bloki to
      odrębne zakłady karne, oznacza to więc zmianę więzienia.

      "Najsłynniejszy więzień Rosji" znalazł się w 11-osobowej bez telewizora, co
      potwierdził jego adwokat Anton Drel, który przyznał, że nie zna powodu
      przeprowadzki.

      Jeden z przywódców partii Jabłoko, Aleksiej Melnikow, w deklaracji przekazanej
      przez centrum prasowe Chodorkowskiego, ocenił, że zmiana celi jest reakcją na
      to, iż były szef Jukosu "nie dał się złamać, przekształcić w prawdziwego
      więźnia i nadal ogrywał ważną rolę w rosyjskim społeczeństwie".

      Chodorkowski opublikował ostatnio artykuł i udzielił długiego wywiadu
      dziennikowi "Wiedomosti", oskarżając prezydenta Władimira Putina o zniszczenie
      Jukosu.

      Choć skazany na kolonię karną, Chodorkowski nadal jest przetrzymywany w
      więzieniu, ponieważ trwa jeszcze procedura apelacyjna.

      Chodorkowski, wraz z innym szefem Jukosu Płatonem Lebiediewem, został skazany
      31 maja tego roku po trwającym 12 dni odczytywaniu wyroku.

      Sąd uznał ich za winnych sześciu zarzucanych czynów, m.in. niepłacenia
      podatków, przywłaszczenia powierzonego mienia, działania na szkodę spółki i
      wejścia w zmowę przestępczą.

      (PAP)

      Jedno jest pewne
      W przyszłej, niezawisłej Polsce Balcerowicz i jego kompani nie będą mieli
      takich luksusów jak Chodorkowski.
    • Gość: M.G. Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.08.05, 08:34
      Ponieważ na temat Białorusi dzisiaj, w Polsce dzisiaj, wolno publicznie pisać i
      mówić tylko źle, przy czym się to robi w sposób tak nachalny, że aż jest mi
      przykro, że jestem obywatelem tak bardzo zakłamanego kraju, zdecydowałem się na
      próbę rozpowszechnienia, w języku polskim, mych osobistych wrażeń z 4 dniowego
      pobytu w Mińsku i jego okolicach w okresie przypadającego na 3 lipca Dnia
      Niepodległości Białorusi. Te wrażenia spisałem już miesiąc temu w języku
      angielskim w artykule, któremu nadałem tytuł „BELARUS TODAY: IS "ORANUSIAN"
      (ZHOPOGLAV) REVOLUTION PENDING?” (1).
      A oto co najbardziej rzuciło się w oczy po przyjeździe do nie znanego mi
      wcześniej Mińska nie tylko mnie, ale i innym uczestnikom naszej konferencji.
      Cytuję własny tekst sprzed miesiąca:
      „Mińsk i Białoruś jako całość pozostaje „la bête noire’ („czarną owcą”)
      starającej się o swe zjednoczenie Europy. Wkrótce zrozumieliśmy, jaka jest
      przyczyna tego „paneuropejskiego” ostracyzmu narodu liczącego 11 milionów
      mieszkańców. Spacerując po głównej arterii Mińska w towarzystwie dyplomaty z
      Macedonii, który podobnie jak ja przez dłuższy czas mieszkał w Paryżu,
      zgodziliśmy się, że „miasto parków” Mińsk, usytuowane malowniczo nad spiętrzoną
      do rozmiarów malego jeziora Świsłoczą, wygląda piękniej niż stolica Francji.
      Czar tego miasta bierze się nie tylko z monumentalnych neoklasycystycznych
      budynków ze świeżo odnowionymi fasadami, ale także z tego, że ludzie na ulicach
      są przystojni i dobrze ubrani (przedstawiciele rodzaju żeńskiego raczej dobrze
      rozebrani), podczas gdy całe miasto wygląda na najbardziej czyste jakie w moim
      życiu widziałem! Jakaż różnica w porównaniu ze zwiedzaną przeze mnie miesiąc
      wcześniej„stolicą” niedawnej Pomarańczowej Rewolucji, Lwowem z nierówno
      brukowanymi ulicami pełnymi dziur, szynami tramwajowymi nie reperowanym chyba
      od czasów Franciszka Józefa, byle jakimi blokami mieszkalnym z podwórkami
      pełnymi śmieci.
      Do Mińska przyjechaliśmy na nowiutki, luksusowo wykończony dworzec kolejowy,
      uczestniczyliśmy w galowym koncercie w świeżo oddanym do użytku Pałacu Widowisk
      mieszczącym dwa tysiące widzów, podróżowaliśmy wokół Mińska po autostradach o
      gładkości porównywalnej z tymi w Szwajcarii (gdzie mieszkałem przez lat
      kilkanaście), oglądając w przejeździe budowę nowych stacji metra oraz dobrze
      zaplanowanych dzielnic podmiejskich. Oczywiście w pobliżu Mińska dostrzegłem
      wsie pełne małych, malowanych drewnianych domków, ale i ja mieszkam w Zakopanem
      w małym drewnianym domku mych dziadków i wszyscy moi znajomi zazdroszczą mi
      tego „spartańskiego” lokum. Jedną z zalet Mińska jest stosunkowo niewielka
      ilość samochodów na jego szerokich arteriach, ale ten znak „biedy” jest w
      istocie oznaką zdrowia mieszkańców, które to zdrowie jest podtrzymywane w
      sposób sztuczny przez wyraźną niechęć reżymu Łukaszenki do zapchania kraju za
      pomocą mechaniczno-elektronicznych gadżetów wymagających ustawicznego przy nich
      siedzenia.”
      Dlaczego Łukaszenka jest tak znienawidzony przez Zachód?
      Ponieważ byłem obecny na akademii uświetniającej 61 rocznicę wyzwolenia, prawie
      podówczas zrównanego z ziemią Mińska, spod trzyletniej hitlerowskiej okupacji,
      więc w mym sprawozdaniu po angielsku znalazł się cytat z wystąpienia na tej
      akademii białoruskiego prezydenta. Powiedział coś bardzo dętego, mianowicie
      że „prawdziwą przyczyną obecnej antybiałoruskiej „ofensywy” Zachodu jest
      najzwyklejsza zawiść zachodnich państw, zazdroszczących Białorusi odnotowanych
      przez nią osiągnięć.” Łukaszenka dumnie podkreślił, że w okresie jego
      prezydentury jego kraj stał się jedynym z 17 republik byłego Związku
      Radzieckiego, który ma aktualnie PNB wyższy niż 15 lat temu.
      Nie tylko wystrój nowego Pałacu Widowisk oraz wygląd Mińska w ogólności
      potwierdzały słowa „znienawidzonego przez Zachód” prezydenta. W odnośnikach do
      mego sprawozdania po angielsku podałem dalsze, przemilczane przez media w
      Polsce szczegóły:
      - Średnie zarobki na Białorusi, w której 80 % zakładów pracy jest wciąż
      państwowych, wynoszą tylko 200$, a zatem są 3,5 raza niższe od tych, jakimi się
      chwali Polska. Ale na Białorusi bezrobocie nie istnieje, podczas gdy w Polsce
      oficjalnie tylko 54% ludności w wieku produkcyjnym ma pracę. W przeciwieństwie
      do Polski dzisiaj, na Białorusi zarówno szkolnictwo jak i opieka zdrowotna są
      bezpłatne, energia jest tania, czynsze znikome, a metro w Mińsku kosztuje tylko
      12 centów, czyli 6 razy mniej niż w Warszawie.
      - Jak się dowiedziałem, fabryka traktorów w Mińsku, jako jedyna na terenie
      byłego ZSRR, ma wciąż pełen portfel zamówień na swe produkty, zaś doprawdy nie
      wiem czy podwarszawski Ursus potrafi jeszcze samodzielnie wyprodukować coś, co
      przypomina traktor.
      - Podobnie wygląda sprawa rolnictwa. Jak mi mówili znajomi, którzy często przez
      Białoruś przejeżdżają, wszystkie pola w tym kraju są obsiane, tamtejsze PGR
      mają się dobrze (co nam demonstrowano w trakcie organizowanych przez te
      jednostki ekonomiczne obiadów), nie widać kilometrów zarastających już lasem
      odłogów urodzajnej ziemi, co szczególnie silnie rzuca się w oczy gdy się
      przejeżdża przez zachodnią Ukrainę względnie północną Polskę.
      Trzeba jednak przyznać, co też stwierdziłem w swym raporcie, że ilość
      przedmiotów znamionujących prestiż (samochodów, telefonów komórkowych i całego
      tego elektronicznego „chłamu” zapychającego Polskę dzisiaj), jest na Białorusi
      wyraźniej mniejsza niż w naszym kraju, co jest wynikiem względnie niskich
      uposażeń dominujących społecznie warstw ludności: na przykład białoruscy
      parlamentarzyści dostają miesięcznie od rządu tylko 700$ plus 300$ na swe biuro
      poselskie. Oczywiście czyni to specyficzną grupę ludności (studenci, burżuazja)
      bardzo nieszczęśliwą, a nawet i nienawidzącą swego, skądinąd pięknego i
      schludnego, kraju. Nie ma tutaj jednak żadnego porównania między błyszczącą
      odnowionymi miastami Białorusią a pogrążona w stagnacji Ukrainą, z której w
      ostatnich latach wyemigrowało aż ponad 7 milionów sprawnych do pracy osób, w
      tym pół miliona w ciągu zaledwie pół roku po zwycięstwie
      pomarańczowych „oranusian” (2).
      Przytoczone powyżej fakty sugerują, że prezydent Łukaszenka ma rzeczywiście te
      80 % społecznego poparcia, bo i ja głosowałbym na kogoś, kto by przeprowadził w
      Polsce reformy podobne do tych, jakich rezultaty widziałem nad Świsłoczą.
      Zwłaszcza że od czasów mych studiów w USA 35 lat temu mam w sobie genetyczny
      wstręt i do samochodów, i do muzyki RMF/Radia Zet, i do debilnych billboardów i
      do całego tego elektronicznego „chłamu”, którym obecnie się muszę posługiwać
      prawie na co dzień.
      Opozycja antydemokratyczna
      W tej optyce autentycznego poparcia znacznej większości Białorusinów dla swego,
      szykanowanego nawet przez oficjalną Rosję prezydenta (3), należy spojrzeć na
      głośną w Polsce działalność „antydemokratycznej opozycji” na Białorusi.
      Ta „opozycja” jest bardzo obficie sponsorowana przez wrogie niepodległej
      Białorusi potęgi imperialne. W szczególności Kongres Miliarderów Amerykańskich
      przeznaczył oficjalnie 40 mln dolarów na zorganizowanie odpowiedniego,
      politycznego przewrotu, do której to sumy dorzucił, nie chcący pozostawać w
      tyle za USA, przekonany do tego przez posłów z Polski Europarlament, swą też
      pokaźną dotacją w wysokości 8,7 mln euro (4
      • Gość: M.G. Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.08.05, 08:36
        Pieniądze, zwłaszcza duże pieniądze, mają oczywiście potencjał stwórczy i
        trwająca od kilku miesięcy w Grodnie awantura wokół własności Związku Polaków
        na Białorusi jest przykładem względnej skuteczności zorganizowanego
        przez „Zachód” sabotażu kultury lokalnej polskiej mniejszości. Jak bębni o tym
        polska prasa, dotychczasowy prezes ZPB, pan Kruczkowski po jego usunięciu z
        prezesury na zebraniu Związku, które sam zwołał jeszcze w marcu, na pomoc
        przeciw „demokratycznym puczystom” wezwał lokalne władze. Zrobił to po to, aby
        odzyskać zagarnięty przez „rebeliantów”. sympatycznie wyglądający budyneczek
        ZPB, oraz by móc nadal wydawać organ ZPB „Głos znad Niemna”. Redaktor Jerzy
        Jurecki w „Tygodniku Podhalańskim” utrzymuje, że sygnowana nazwiskiem brata
        prezesa Kruczkowskiego edycja „Głosu” to „reżymowa (białoruska) gadzinówka”,
        natomiast sponsorowana przez polską ambasadę wersja tego samego pisma to
        produkt jak najbardziej szlachetnej i bezinteresownej pracy dziennikarskiej.
        Ponieważ, jako aktywny członek Związku Literatów Polskich mam w tych sprawach
        spore doświadczenie, pragnę zapewnić redakcję TP, iż red. Jurecki celowo
        wprowadza czytelników Tygodnika w błąd.

        Otóż sytuację nieco podobną do tej w ZPB w Grodnie mieliśmy kilka miesięcy temu
        w Krakowskim Oddziale ZLP, po tym jak wieloletni prezes naszego Oddziału,
        Konrad Strzelewicz podał się do dymisji. Zrobił to wskutek nagonki na niego,
        jaka się rozpętała po opublikowaniu przezeń w „Naszym Dienniku” w Warszawie
        (oraz w prasie polonijnej w Chicago) listu protestującego przeciw złożeniu
        prochów Czesława Miłosza na Skałce w Krakowie (5). Wykorzystując jako pretekst
        to symboliczne podanie się do dymisji, pewna część (około ¼) członków naszego
        Oddziału w trakcie zwykłego zebrania wybrała nowego prezesa krakowskiego ZLP.
        To z kolei spotkało się z ostrym, ale merytorycznie bardzo wyważonym protestem
        profesora Mariana Stępnia z UJ, który w liście otwartym do krakowskich
        literatów przypomniał, ze statutowo można zmienić władze Związku tylko w
        trakcie Walnego Zebrania, odpowiednio wcześniej ogłoszonego i z takim właśnie
        punktem programu. Wybieranie zaś nowego prezesa „chyłkiem”, na zwykłym
        zebraniu, nazwał po prostu podłością, zachowaniem niegodnym krakowskich
        pisarzy.
        Nie będę się tutaj rozwodził, dlaczego statuty wszystkich zrzeszeń, zwłaszcza
        tych dysponujących jakimś majątkiem, muszą mieć takie właśnie jak ZLP prawne
        zabezpieczenie ciągłości swych wladz. Na pewno takie zabezpieczenie posiada
        statut ZPB w Grodnie. Wymiana zatem prezesa ZPB, na zebraniu „zwykłym”, w marcu
        tego roku, w praktyce oznaczała PRZECHWYCENIE WŁASNOŚCI TEGOŻ ZPB PRZEZ
        NAJZWYKLEJSZĄ KLIKĘ PRZESTĘPCZĄ. I to klikę wyraźnie zorganizowaną przez
        Ambasadę Polską w Mińsku, działającą z polecenia ministra Adama Rotfelda. (Jak
        mi z ironią emajlował, mieszkający w Jaffie pisarz Izrael Shamir, jest to
        nazwisko co nieco egzotyczne jak na Polaka.) Żeby było jeszcze ciekawiej,
        wyznaczona przez Ambasadę Polską w Mińsku, nowa pani prezes ZPB w Grodnie,
        Andżelika (też ciekawe, jak na Polkę, imię) Borys wychowywała się - jak mi to w
        Mińsku powiedziano - nie tyle na Białorusi, ile w Stanach Zjednoczonych, gdzie
        zapewne przeszła odpowiednie przeszkolenie w zakresie sprawnego przechwytywania
        nie swoich własności.

        Od strony zatem prawnej, obecna histeria w polskich mediach na
        temat „bandyckiego reżymu Łukaszenki”, który odebrał i oddał dotychczasowym
        władzom ZPB budynek tegoż Związku, zagarnięty kilka miesięcy temu przez
        zorganizowaną przez polską ambasadę klikę, jest po prostu „kryciem”
        sponsorowanej zza granicy grupy przestępczej działającej na terenie Grodna.
        Grupa ta najzupełniej otwarcie usiłuje doprowadzić do sabotażu całkiem
        sprawnego i estetycznie schludnego państwa, jakim jest Białoruś dzisiaj. Co
        więcej, w świetle prawa, o którym napisał profesor Marian Stępień w swym liście
        do literatów krakowskich, to nie ta wersja „Głosu znad Niemna”, która jest
        wydawana przez stary zarząd ZPB jest „gadzinówką”. Jest nią oczywiście ten
        nowy „Głos”, z którego egzemplarzem dumnie pozuje w TP rzecznik nowego ZPB
        Andrzej Pisalnik. Na zdjęciu zrobionym przez redaktora Jureckiego ma on minę
        tak zadowoloną, jakby w duchu już przeliczał euro-dolary jakie mu przyobiecał
        jego sponsor za oczekiwane przezeń pozerskie aresztowanie.
        Przecież już same tytuły, widoczne na pierwszej stronie wyprodukowanej
        przez „opozycję” atrapy „Glosu znad Niemna” sugerują, iż w redakcji znajdują
        się jacyś zawodowi idioci. Tytuł „Gadzinówka” to oczywiście opinia redakcji o
        sobie samej, zaś tytuł „Walczyć, ale w sposób uczciwy” wskazuje, że redakcja
        myśli tyko jakby rozdmuchać niesnaski wewnątrz białoruskich Polaków. A
        tymczasem tamtejsza polska diaspora potrzebuje nie walk wewnętrznych, ale
        wzajemnej współpracy zarówno dla dobra własnych dzieci jak i dla dobra kraju, w
        którym zamieszkuje.
        Pozostaje sprawa lokalna w Zakopanem, mianowicie zachowanie się redaktora
        Jerzego Jureckiego, którego osobiście nie znam, ale o którym czytałem, że
        wojażował nie tylko do Grodna ale i na Kubę, niosąc wsparcie duchowo-finansowe
        dla tamtejszych entuzjastów reform Balcerowicza. Przecież on świetnie się
        orientuje, że przechwycenie budynku ZPB przez zorganizowaną przez Ambasadę RP
        klikę, było działalnością przestępczą. I świetnie wie, który „Glos znad Niemna”
        jest autentyczny, a który jest atrapą. To, co napisał w „Tygodniku
        Podhalanskim’ z 4 sierpnia br. jest, mówiąc językiem profesora Mariana Stępnia,
        po prostu podłością i jeżeli tego typu artykuły będzie on nadal publikował,
        to „Tygodnik Podhalański” prześmierdnie podłością promieniującą z
        tej „solidarnościowej” postaci. Nasza podhalańska gazeta nabierze po prostu
        charakteru gadzinówki na usługach odległej o nie setki, ale o tysiące
        kilometrów Centrali, która to Centrala niczego dobrego nie życzy nie tylko
        Białorusinom ale także i Polakom (6).
        Jak czytałem w polskiej wielkonakładowej prasie, wzburzony represjami jakie
        rząd białoruski zastosował wobec zorganizowanej przez Ambasadę Polski
        przestępczej kliki, premier Marek Belka (który dwa lata temu pracował, z
        ramienia Administracji USA, jako zarządca kolonialny Iraku), zdecydował się
        wydać blisko milion złotych na radiostację nadającą polskie audycje
        propagandowe w kierunku Mińska. Ponieważ wcześniejsza, nadająca po białorusku i
        wyciszona w 2001 roku radiostacja w Białymstoku nosiła nazwę „Radio Racja”,
        więc usłużnie proponuję, by nową radiostację nazwać uczciwie „RADIO SOLIDARNOŚĆ
        KŁAMSTWA
        • Gość: M.G. Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.08.05, 08:38
          www.marek.glogoczowski.zaprasza.net

          1. Artykuł ten opublikowany został w połowie lipca przez
          witryny groups.yahoo.com/group/shamireaders/messages/565;
          sowa.blogg.de/eintrag.php?id=470; oraz www.zaprasza.net.
          2. W mym reportażu po angielsku znajduje się szczegółowe
          wytłumaczenie, co oznacza termin „Oranus” (oral + anus). Ten
          symbolizujący „boga” społeczeństwa konsumpcyjno-wydalniczego neologizm został
          zaproponowany, w niedawno wydanej książce „Pardes” („Raj”) mego kolegi, pisarza
          Izraela Shamira pochodzącego z Nowosybirska i aktualnie mieszkającego w Jaffie,
          jako równoważnik starożytnego aramejskiego bóstwa Mamon.
          3. Łukaszenki nie wpuszczono na Plac Czerwony w Moskwie 9 maja
          br., by mógł wziąć udział, jako Prezydent najbardziej poszkodowanego w II
          Wojnie Światowej kraju, w uroczystościach upamiętniających zwycięstwo nad
          hitleryzmem
          4. Część tej „dotacji na rozwalenie Białorusi” zapewne wiozła
          ze sobą, zatrzymana na białoruskiej granicy 8 sierpnia, delegacja polskich
          europosłów (a raczej Europ-osłów) w osobach B. Klicha i J. Saryusza-Wolskiego.
          5. Ponieważ i ja złożyłem podpis pod tym „trefnym” listem
          prezesa Krakowskiego Oddziału ZLP, więc należy się krótkie wyjaśnienie z mej
          strony. Gdy byłem na studiach podyplomowych na Uniwersytecie Kalifornijskim w
          Berkeley w 1969 roku, to słyszałem na wykładzie prowadzonym przez Czesława
          Miłosza, iż utożsamiał się on z kulturą przedwojennego Wilna a nie Krakowa, w
          ogóle twierdząc, iż jest Litwinem. Co więcej, w swych wypowiedziach pisemnych
          oraz ustnych bardzo negatywnie się on odnosił, do według niego
          ciemnogrodzkiego, bogoojczyźnianego katolicyzmu polskiego. Zatem jego pochówek
          w w Krakowie na Skałce, w kościele ojców Paulinów, stanowiących jądro
          rzeczonych „ciemnogrodzian”, jest afrontem dla pamięci Zmarłego, uważającego
          się za Nowotestamentowego Żyda.
          6. To, ze reżim, jaki się ukonstytuował w USA ponad już dwieście
          lat temu, ma tendencję do dewastacji wszystkich odmiennych od siebie form
          ustrojowych, jest dobrze znanym od czasów eksterminacji amerykańskich Indian,
          których protestanccy osadnicy umiejętnie napuszczali jednych na drugich –
          dokładnie tak, jak dzisiaj się napuszcza Polaków na Białorusinów, Rosjan na
          Polaków i tak dalej. Proroczą książkę na temat planów likwidacji Europy przez
          oligarchię USA napisał już w 1926 roku żydowsko-rosyjsko-radziecki pisarz Ilia
          Erenburg pod tytułem „Trust DE”. (DE to znaczy Destrukcja Europy). Tę książkę
          streścił mi w emailu kolega pracujący na poinformowanej o tym dziele polskiej
          placówce dyplomatycznej: „TRUST amerykańskich miliarderów dokonuje planowanej
          destrukcji Europy, zamiany jej w pustynię. Kończy się to (czyli pełna
          destrukcja) w 1940 roku. Są też oczywiście bomby, gazy i terror wojen domowych.
          Jedyna różnica (z sytuacją obecną) to to, że agentami są Francuzi, którzy jako
          amerykański Judenrat zostają zniszczeni na końcu. To dzieło Erenburga
          oczywiście nigdy w ZSSR nie wyszło, bo zresztą ZSSR też zostaje zniszczone a
          USA zamieniają się w ZSRUSA. (Tak, tak, bolszewików Erenburg opisuje jako
          naiwnych idiotów, którzy zostają wykończeni przez uzbrojonych i podpuszczonych
          przez Francję Polaków - fenomenalne sceny spisku w Krakowie). A więc ta Twoja
          anty-USA obsesja w imię obrony Europy (Azja broni się u Erenburga sama) to nic
          nowego.
          Zapytany o tę „futurystyczną” książkę, Izrael Shamir mi odpisał, że „Trust DE”
          Ilii Erenburga wyszedł niedawno w Rosji. Jeśli w tej autoryzowanej przez
          Erenburga wersji „Protokołów” podstawimy zamiast słowa „Francja”
          słowa „Fundacja Batorego-Sorosa”, oraz dodatkowo „Watykan dzisiaj”, to bez
          trudu zidentyfikujemy ten „Judenrat”, który przygotowuje zamianę Europy, na
          razie Wschodniej, w pustynię.

        • Gość: M.G. Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 14.08.05, 08:39
          Awantura w ZPB Grodnie przygotowana w Zakopanem?

          "List Otwarty", który w piątek mym korespondentom rozesłałem, doręczyłem także
          osobiście naczelnej Tyg. Podhalańskiego, pani Beacie, oraz kilku znajomym
          zakopiańczykom, co uruchomiło dodatkowe źródła informacji.

          1. Od pani Beaty dostałem egzemplarz TP z 4.08., dzięki czemu przez lupę w domu
          mogłem przestudiować treść napisów na "prawdziwym" i "fałszywym"
          egzemplarzu "Głosu znad Niemna". Głos "Prawdziwy" nad swym tytułem ma dumny
          napis: "Ten numer prawdziwego Głosu ukazał się dzięki wsparciu "Tygodnika
          Podhalańskiego" i "Gazety Wyborczej"". A to oznacza, że za niedawną prowokacją
          w Grodnie stoi nie tylko
          Ambasada Polski ale i superbogata "Gazeta Wyborcza", należąca do
          TRUSTU "AGORA". Jak mi to 5 lat temu mówiono, jest to 13 największa grupa
          kapitałowa na świecie. Z tą "Agorą" organicznie jest związana Fundacja Batorego-
          Sorosa, której Zarząd to jest właśnie ten "Judenrat", o intencjach którego
          pisał w swej książce z 1926 roku pt. "Trust DE", Ilia Erenburg (patrz przypis
          nr. 6 mego "Listu").

          2. Dowiedziałem się też, że z Grodna w latach ubiegłych przyjeżdżali do
          Zakopanego na "staże dziennikarskie" właśnie ci, chwilowo przegrani, "puczyści"
          w ZPB. A to oznacza, że SŁOWO Ilii Erenburga o "spisku w Krakowie i okolicach"
          STAŁO SIĘ CIAŁEM. Módlmy się zatem o to, aby CIAŁEM NIE STAŁ SIĘ kolejny
          punkt "planu Erenburga", czyli budowa mocarstwa globalnego ZSRUSA i połączone z
          tym osiągnięciem
          DE, czyli zamiana Europy w kulturową pustynię, na wzór zamerykanizowanej Polski
          dzisiaj.

          3. Z "gadzinówki" Głosu znad Niemna, sfotografowanej przez TP się dowiedziałem,
          że "Ponowny Zjazd ZPB odbędzie się 27 sierpnia w Wołkowysku". Zobaczymy czy
          fundusze wyasygnowane przez obecną wersję "Trustu DE" okażą się wystarczająco
          duże, aby Polacy na Białorusi wybrali władze Związku spełniające wymagania ich
          przyszłych Panów zza Oceanu. (Tak jak wszystkie kolejne władze w Polsce, już od
          lat
          ponad 15, te wymagania Panów zza Oceanu - przez Cliffa Longleya utożsamionych
          z "Bogiem" - bez szemrania spełniają. Najlepszy przykład to udział RP w
          krucjacie na Irak a niezadługo na Iran i Białoruś, gdzie na razie mamy tylko
          podjazdy "polskich harcowników". W przypadku tej ostatniej może być
          rzeczywiście gorąco nie tylko nad Świsłoczą i Niemnem, ale także i w
          Priwislanskim Kraju.)

          4. Jeden z mych znajomych skrytykował ton mojej wypowiedzi. Cytuję:

          "Nie przyjmuje Pan, zacny panie Marku, iż Łukaszenka wynarodawia swój własny
          naród (kwestia języka białoruskiego, ZBiR itd.), a kiedy niewygodnych zjawisk
          nie umie Pan wyjaśnić według przyjętej przez Pana tezy "demokratyczna
          Białoruś", np. niewpuszczenia eurodeputowanych z dyplomatycznymi paszportami
          (co szanowali nawet pierwotni!), to posuwa się Pan do insynuacji: "Część
          tej „dotacji na
          rozwalenie Białorusi” zapewne wiozła ze sobą, zatrzymana na białoruskiej
          granicy 8 sierpnia, delegacja polskich europosłów' itd.

          Ponieważ to zatrzymanie "Europ-osłów" jest cytowane w sterowanych zza Oceanu
          mediach jako brak wolności podróżowania do kraju Łukaszenki, to pozwolę sobie
          podzielić się wiadomością nie przekazywną w Polsce. Od jednego z białoruskich
          deputowanych się dowiedziałem, że od momentu kiedy został posłem do parlamentu
          Białorusi to władze Włoch bez jakiegokolwiek wyjaśnienia przestały mu wydawać
          wizy, by
          mógł odwiedzać w tym kraju swych znajomych, których posiada od czasu gdy przez
          15 jeździł do Włoch jako opiekun grup dzieci z Czernobyla. Czyli jak Bóg (UE)
          Kubie (czyli parlamentarzystom bialoruskim) tak Kuba (czyli Bialoruś) Bogu,
          czyli parlamentarzystom UE.

          Jeśli zaś chodzi o te pieniądze, na temat których insynuowałem, że ich część
          wieźli na Białoruś nasi Europ-osłowie, to przecież dzisiaj nikt ich nie wozi,
          tak jak przed dwudziestoleciem robił to obecny euro-poseł Geremek, w walizkach.
          Bogdan Klich się chwalił w "Rzeczpospolitej", że wiózł ze sobą na Białoruś
          tyko "wiadomość" o dotacji (jakby tej wiadomości nie mógł przekazać emailem), a
          więc
          zapewne wiózł ze sobą kilka niepozornych kart kredytowych.

          Ja dokładnie 13 dni temu, przy okazji rewizji osobistej jaką mi zrobiono, gdy
          poszedłem zrobić siusiu na jakimś dworcu autobusowym na Kubaniu w Rosji,
          zostałem fachowo "oczyszczony" przez tamtejszych milicjantów z 500 zł, które
          nieopatrznie wziąłem na przechowanie od koleżanki. Ale i tak cały mój pobyt,
          przez 3 tygodnie na Kaukazie i na Krymie, zmieścił się w 2000 tysiącach
          złotych, które
          wyciągałem stopniowo z napotkanych po drodze "dziurek w murze". Wszędzie
          przecież w Europie Wschodniej są bankomaty (na Białorusi i Ukrainie wydające
          także dolary) i niewidoczne dla miejscowych władz finansowanie "opozycji" jest
          sprawą po prostu trywialną.

          To tyle na razie, w załączeniu "unacześniony" tekst "Listu do TP", oczywiście
          do rozpowszechniania gdzie się da.

          M.G.
      • Gość: Czerwiec 14 Re: Aktualny Komentarz IP: *.chello.pl 15.08.05, 19:38
        CZYŻBY NOWY SARTRE nam się objawił.

        <<J.P. Sartre, kiedy wrócił z sowietów (1954) i chwalił ten system, usłyszał od
        dziennikarza, że "coś tu chyba nie tak", bo przecież Rosjanom nie wolno nawet
        wyjeżdżać za granicę z ich kraju-łagru. Skwitował to (zupełnie serio)
        twierdzeniem, że Rosjanie nie jeżdżą za granicę tylko dlatego, iż nie chcą, gdyż
        uważają swój kraj za najpiękniejszy, więc wolą siedzieć w domu!>>
        Wg W. Łysiaka - Rzeczpospolita kłamców - Salon.

        Gość portalu: M.G. napisał(a):
        > Czar tego miasta {Mińska] bierze się nie tylko z monumentalnych
        >neoklasycystycznych
        > budynków ze świeżo odnowionymi fasadami,

        a zaglądał pan w podwórka?

        >ale także z tego, że ludzie na
        >ulicach są przystojni i dobrze ubrani (przedstawiciele rodzaju żeńskiego raczej
        >dobrze rozebrani), podczas gdy całe miasto wygląda na najbardziej czyste jakie
        > w moim życiu widziałem!

        A był pan w Pekinie, Szanghaju? Tam też ludzie na ulicach "są przystojni i
        dobrze ubrani", a czyste tak, że oczy bolą patrzeć, do tego stopnia, że jak
        strząsnąłem popiół z papierosa na chodnik, to zaraz przebiegała kobieta ze
        szczotką i szufelką i ten drobny popiołek zmiatała.
        Czy to świadczy o doskonałości życia wszystkich Chińczyków?

        A poza tym - nie wziął pan pod uwagę, że niektórzy wolą żyć biedniej, ale na
        stojąco, niż bogato, ale na pełzająco.
    • Gość: Nasz Dziennik Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 15.08.05, 12:52
      Chrystus ten sam...

      Słowa prorocze skierowane za pośrednictwem wybranych i pokornych dusz do Narodu
      Polskiego uważam za prawdziwe i zobowiązujące. Nie ma tu nic nowego: jest to
      uaktualnienie Ewangelii, która nie jest martwym zapisem, lecz świadectwem
      Żywego Boga, uobecnieniem misterium Chrystusa, który jest "wczoraj i dziś, ten
      sam także na wieki" (Hbr 13, 8). Jeżeli ten sam, to znaczy, że tak samo
      wszechmocny i miłujący, tak samo bliski tym wszystkim, których "do końca
      umiłował" (J 13, 2). Z motywu tej miłości Chrystus przemawia do dzisiejszych
      Polaków, w dzisiejszym kontekście historycznym i zbawczym, dając dowód swego
      własnego "aggiornamento", nad którym pracował Sobór Watykański II i co
      wprowadzał w życie Paweł VI i Jan Paweł II. Jest to niezwykła łaska, że Pan
      Jezus ukazuje nam znaczenie aktualnego czasu, co wymaga niezwłocznego podjęcia
      właściwej decyzji. Tę decyzję ma podjąć każdy poszczególny człowiek, tę decyzję
      ma podjąć także Naród jako szczególny podmiot historii i zarazem podmiot
      dialogu ze Stwórcą. Polska ma się nawrócić, czyli ma wrócić do Chrystusa.
      Polska ma współpracować z Chrystusem dla swego wyzwolenia, ponieważ znajduje
      się w tragicznej niewoli ducha. Polska stała się łupem sił piekielnych, które
      usiłują zniszczyć do końca dobro wypracowane i wywalczone przez poprzednie
      pokolenia i miliony męczenników, kładących życie w ofierze za wierność Bogu i
      Jego przykazaniom. Te siły zła, wspomagane obłędną ideologią, usiłują zniszczyć
      wszystko, "co Polskę stanowi": jej ducha, jej kulturę i tradycję, jej etos, jej
      wolność i solidarność, jej suwerenność, jej gospodarkę, po prostu jej "pamięć i
      tożsamość", redukując Naród do bezradnej i bezwolnej masy jednostek zabieganych
      za prywatnym interesem, o ile nie po prostu za ochłapem cywilizacyjnym
      umożliwiającym marną egzystencję "do jutra". Na osobne podkreślenie zasługuje
      fakt niszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw
      rodziny, fałszowanie jej struktury antropologicznej i personalistycznej. Jeżeli
      ten proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą
      promotorzy rewolucji obyczajowej - a właściwie promotorzy rozwiązłości,
      zezwierzęcenia i wszelkiego barbarzyństwa, wkrótce może zupełnie zniknąć ta
      formacja antropologiczna, której na imię naród, a "społeczeństwo" nie będzie
      się niemal niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem; choć i pod
      tym względem różnica systematycznie maleje.

      Wezwanie do czynu

      Nasuwają się dwa wiążące wnioski: po pierwsze - Polacy muszą zjednoczyć się w
      wielkim wołaniu o cud - na podobieństwo tego wielkiego cudu różańcowego, jaki
      miał miejsce nie tak dawno w Manili na Filipinach, pod przywództwem wielkiego
      księdza kardynała Sina. Po drugie, modląc się o cud, należy "przyłożyć rękę do
      pługa" - czyli podjąć konieczny trud odbudowania jedności narodowej w oparciu o
      wiarę i miłość chrześcijańską, czyli w oparciu o Ewangelię. Jest konieczne
      wskrzeszenie "Solidarności" - ale w jej autentycznym kształcie, bez tych
      zniekształceń i zafałszowań, które wprowadzili do jej wnętrza agenci obcej
      ideologii. Ani modlitwa bez tego wysiłku nic nie da, ani nawet rozpaczliwy
      wysiłek pomijający rolę łaski, czyli rolę Chrystusa i Ducha Świętego, nie da
      żadnego rezultatu. Trzeba wyciągnąć wnioski z dotychczasowych niepowodzeń i
      klęsk moralnych: jak nas oszukiwano w imię "demokracji", jak nami manipulowano
      w samym sercu historycznego ruchu "Solidarności", jak nas sprzedawano w niewolę
      zagranicznych banków i podstępnej ideologii liberalizmu, jak nas wyalienowano
      ze wszystkiego, co składa się na pełną podmiotowość narodową i państwową.
      Staliśmy się tułaczami i włóczęgami na własnej ziemi, we własnym kraju,
      rządzonym przez wciąż te same ciemne siły zrodzone w cieniu czerwonej gwiazdy
      lub kielni i cyrkla (może to nowa odmiana sierpa i młota). Polak wciąż nie ma
      prawa do własnej ziemi, do własnego domu, do pracy we własnej Ojczyźnie,
      zależny totalnie od obcych, biurokratycznych i globalistycznych mafii, płacący
      podatek (VAT) za to, że żyje, że jeszcze żyje, choć nie ma za co żyć, a
      organizacja lecznictwa skutecznie zmierza do tego, by ten Naród, naprzykrzający
      się Europie "postępowej", wreszcie znikł z powierzchni ziemi.
      Przyszedł już czas, by wszyscy Polacy zjednoczyli się w nadchodzących wyborach
      w celu przerwania tej ohydnej tradycji rządów postkomunistycznych i wybitnie
      niepolskich, a nawet antypolskich. Czas powiedzieć tym panom: możecie odejść.
      Dziękujemy wam za czasy poniżenia i zniewolenia, eksploatacji ekonomicznej,
      destrukcji moralnej i kulturowej, za poniżanie imienia polskiego wobec świata,
      za redukowanie państwa polskiego do roli wasala Moskwy lub Izraela, za totalną
      wyprzedaż polskiego majątku narodowego, za planową demoralizację prowadzoną na
      wszystkich szczeblach struktury państwa, za niszczenie sumień i profanację
      wszystkiego, co dla Polski święte, za morze kłamstwa i oszczerczej propagandy
      przelewającej się z wszystkich głośników radiowych i telewizyjnych, za
      instrumentalne wykorzystanie dobroci i świętości osoby Jana Pawła II dla
      waszych celów ideologicznych, za oddanie Polski w okupację Unii Europejskiej.
      Dosyć już rządów złodziei, agentów i zdrajców. Niech wreszcie Polacy zaczną
      rządzić własnym krajem, niech się poczują Narodem, niech się zjednoczą w
      Chrystusie, jako Królestwo Maryi, Matki Zbawiciela. Nie ma w innym imieniu
      zbawienia dla Polski. A więc do czynu!
      ks. prof. Jerzy Bajda

    • Gość: abc Re: Aktualny Komentarz IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.08.05, 22:24
      Nasze opinie

      MURZYNEK BAMBO 2005 2005-08-17



      Lesław Maleszka w Agorze mieszka
      Czarne ma serce ten ich koleżka.
      Uczył się pilnie przez całe ranki
      Ze swej ubeckiej pierwszej czytanki.
      I gdy do kumpli z ubecji wracał
      Mącił, donosił - to jego praca.
      Nawet gdy wokół padały strzały,
      Strzały te jego nie przerażały.
      Aż Bronek krzyknął, mam cię łobuzie!
      A Lesław tylko wydyma buzię.
      Bo ma kolegów w kilku redakcjach,
      Szkołach, kościołach, partyjnych frakcjach.
      Chodzić do pracy nawet nie musi
      Agora kasą co miesiąc kusi.
      Byle pan Lesław cichutko siedział,
      Zapomniał wszystko co kiedyś wiedział.
      Ale ten Wildstein! Barbarus istny!
      Potwarca wredny i nienawistny!
      Ujawnił jawne! Tak być nie może!
      Gazetą z klasą jemu przyłożę!
      Patrzcie, jak zła jest prawda! Bronek przebrał miarę
      Musiał wiec nieboraczek srogą ponieść karę.
      Tak się i z wami, dziateczki stać może:
      Od złych teczek strzeż was Boże!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka