Gość: Witold Banasik
IP: *.kety.sdi.tpnet.pl
27.05.03, 20:46
Paul McCartney jest fenomenem na skale śiwtową. Podobnie,jak i
Joghn Lennon tworzyli najlepsza w historii grupe pop-rockową The
Beatles i z pewnościa byli najlepszą społką tworzącą piosenki.
Ale czas leci a Paul Mc Cartney, jak przez całą swą solową
karierę po śmierci Johna Lenona w 1980 roku odcina kupony od
dawnej sławy. Podstarzały nastolatek sentymentalnym łamiącym sie
głosem wyśpiewuje po raz n-ty serię piosenek Beatlesów. Może to
i lepiej, że nie eksponuje swej współczesnej twórczości.
Niewiele godnego uwagi można w niej znaleźć od czasu Tug Of War.
Od 1982 cała jego twórczośc jest wtórna i wypalona. Od rozpadu
Beatlesów 1970 roku Paul żył nadzieją na reaktywację grupy
koncertując i nagrywając świetną muzykę z zespołem Wings. Po
śmierci Lennona wszystko runęło.Teraz po ostatecznym odejściu
kolejnego z Beatlesów Georga Harrisona i żony Paula Lindy cała
kariera Mc Cartneya ogniskuje się na podtrzymaniu i odgrzewaniu
pięknych skądinąd wspomnień. Dobre i to. Inni nawet tego nie
potrafią. Ja jednak jako dawny i (mimo wszystko) obecny fan
Paula zachowam w pamięci Beatlesów przede wszystkim w ich pełnym
składzie. Jednak bravo Paul. Śpiewaj nam jak najdłużej. Skoro
sprawia Ci to przyjemność i tysiącom młodych fanów na całym
świecie. "The Show must go on".