ciupazka 19.12.05, 16:06 Leż to lat trzeba było czekać na ujawnienie prawdy i ukaranie kogo? wiadomosci.onet.pl/1215075,11,item.html Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: rycho Re: ..... GRUDZIEŃ 70 ... IP: *.it-net.pl 19.12.05, 17:38 Zbrodnia dokonana Były dyrektor gdańskiej stoczni Klemens Gniech potwierdził przed sądem, że wicepremier PRL Stanisław Kociołek akceptował zasady użycia broni palnej przez wojsko i milicję w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu. 72-letni Gniech, który w 70. roku był kierownikiem wydziału stoczni i członkiem komitetu strajkowego (dyrektor w latach 1976- 1981) potwierdził, że był świadkiem jak 15 grudnia 1970 r. w Gdańsku wiceszef MON gen. Grzegorz Korczyński złożył Kociołkowi meldunek o ustaleniach, które - jak się wyraził Gniech - "przyszły z centrali". Korczyński mówił, że gdyby stoczniowcy chcieli wyjść na miasto to pierwsza salwa padnie w powietrze, jeśli nie odniesie to skutku - druga padnie pod nogi, a trzecia - na wprost. "Kociołek odpowiedział lakonicznie: »proszę wykonać«" - zaznał świadek. Świadek podkreślał, że następnego ranka usiłował ostrzec stoczniowców, żeby nie wychodzili poza zakład. "Nagle usłyszałem strzały; zorientowałem się, że to w co nie mogłem uwierzyć, stało się" - zeznał Gniech. Dodał, że przemówienie Kociołka wzywające strajkujących do pracy zostało powszechnie odczytane jako prowokacja. "Zaowocowało to nieszczęściem w Gdyni, gdzie strzelano do ludzi, którzy szli do pracy" - powiedział Gniech. Podkreślił, że tych, którzy po 70. roku zniknęli ze sceny politycznej uznano za winnych tragedii. Dodał, że sam Kociołek został wtedy ambasadorem w Belgii. Kociołek zaprzecza, by akceptował zasady użycia broni przez wojsko i milicję w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu. Po zeznaniach Gniecha Kociołek powiedział dziennikarzom, że zaprzecza wersji byłego dyrektora stoczni. Jak dodał Kociołek, ma dowody, że nie było go w miejscu i czasie podanym przez Gniecha. Odpowiedz Link Zgłoś
ciupazka Re: ..... GRUDZIEŃ 70 ... 21.12.05, 11:40 "Jeszcze niedawno większość Polaków uważała Wojciecha Jaruzelskiego za męża stanu i bohatera. Społeczeństwo nie kwestionowało jego zapewnień, że wprowadzając stan wojenny, uchronił Polskę od interwencji sowieckiej i pozytywnie oceniało sam stan wojenny. W III RP Jaruzelski dostąpił zaszczytu bycia pierwszym prezydentem wolnej Polski. Potem starannie pielęgnował swój wizerunek, wypowiadał się w sposób wyważony, bardzo rzadko i tylko w istotnych kwestiach. Razem z Kiszczakiem uchodził za współtwórcę III RP i był wychwalany przez sporą część obozu posierpniowego. Na wizerunku tym, jak dotychczas, nie pozostawiły żadnej plamy procesy o sprawstwo kierownicze masakry robotników na Wybrzeżu w 1970 r. czy w sprawie pacyfikacji kopalń. W latach 80., gdy Jaruzelski z pomocą Kiszczaka rządził Polską jak dyktator, zginęło w tajemniczych okolicznościach około stu opozycjonistów. Ponad 10 tysięcy ludzi internowano, złamano dziesiątki tysięcy karier. Rejestr krzywd jest bardzo długi i jeszcze słabo rozpoznany. IPN prowadzi w tej chwili kilkadziesiąt śledztw związanych z tym okresem. Dochodzenie sprawiedliwości trwa, a życie biegnie swoim torem. Do 1989 r. ofiary z "Wujka" w ogóle nie mogły myśleć o jakimkolwiek zadośćuczynieniu. Renty górnicze załatwiono im dopiero niedawno. Do tego dochodzi niewielka renta specjalna. Spośród 22 rannych tylko sześciu przyznano rentę z tytułu utraty zdrowia, w tym trzem rentę specjalną. Spośród 24 zatrutych gazem kilku ma zwykłe renty inwalidzkie. Pieniądze te nie zawsze starczają na lekarstwa. Janusz M. od dwudziestu lat jest pacjentem poradni zdrowia psychicznego; leczenie nie daje rezultatów: jest nerwowy i nadpobudliwy, sztywnieją mu ręce, czasami ma ataki przypominające padaczkę. Kilku jego kolegów w ogóle nie ma kontaktu z rzeczywistością. Na dodatkowe pieniądze nie mogą liczyć, bo jak mają udowodnić, że chorobę wywołało zatrucie gazem użytym podczas pacyfikacji? - Batalia o zadośćuczynienie to jedno z najgorszych doświadczeń w moim życiu - przyznaje Stanisław Płatek. - Żadna kwota nie zrekompensuje utraty najbliższych i zdrowia, ale nam się każe prosić o jałmużnę. Tylko uznanie zomowców za winnych dałoby rodzinom ofiar i rannym jakąś szansę na godziwe życie. Mogłyby wtedy wystąpić z powództwa cywilnego o odszkodowanie. W publicznych wystąpieniach z ostatnich lat, a także w zeznaniach składanych przed sądami generał Jaruzelski przekonuje, że nie wiedział o wielu niegodziwościach tamtego systemu. Czy mógł nie wiedzieć? Przecież w latach 80. niewiele działo się bez jego przyzwolenia. Górnicy z kopalni "Wujek" i mieszkańcy pobliskiego osiedla, którzy do pojednawczego gestu swych liderów mieli stosunek raczej chłodny, przyznają, że dobrze się stało, że nie doszło do pojednania. - Ktoś ma na ręku krew naszych kolegów i innych ofiar ostatniej dekady PRL-u - zauważa Krzysztof Pluszczyk, przewodniczący Komitetu Pamięci Górników KWK "Wujek". - Może za kilka lat przyszłoby nam się wstydzić tego uścisku dłoni... " Fragment z artykule Bogdana Wasztyla: "Najpierw kara. Pacyfikacja kopalni "Wujek" w 1981" Pojednania między rodzinami ofiar i górnikami z kopalni "Wujek", poszkodowanymi podczas brutalnej pacyfikacji strajku 16 grudnia 1981 r., a generałem Wojciechem Jaruzelskim, przynajmniej na razie, nie będzie. Choć Jerzy Wartak, inicjator apelu o pojednanie, spełnił wszystkie warunki byłego dyktatora, ten nie zgodził się na spotkanie w Katowicach na terenie kopalni. Nie chciałem pyskówki, oskarżeń, pretensji, dlatego w spotkaniu obok mnie i generała miała wziąć udział tylko Agnieszka Gzik - opowiada Wartak. - Generał odmówił jednak przyjazdu, bo telewizja nie chciała się zgodzić na bezpośrednią transmisję. Dziś wydaje mi się, że mało kto był zainteresowany takim historycznym gestem. - I bardzo dobrze się stało - twierdzi Czesław Kłosek. - Być może w końcu doczekamy chwili, że krzywdziciele zostaną sprawiedliwie osądzeni, jeszcze zanim oceni ich historia. Odp... się od generała! " Odpowiedz Link Zgłoś