Dodaj do ulubionych

Plan Husnera

01.03.04, 22:38
Rzucę dziś tylko jeden nowy temat, chociaż tyle sie dzieje, ale mam zapalenie
spojówek i nie moge długo siedzieć przed monitorem (tj. 10 godzin w pracy to
max). Mam nadzieje, ze mnie godnie w najbliższych dniach zastąpicie.

Napiszcie, co myslicie o całej tej awanturze zwanej szumnie Planem Hausnera,
który urósł wręcz to rangi mitu, chociaż tak naprawde jest zlepkiem
przypadkowych inicjatyw, przy tym, jak słusznie zauważa PO, w wiekszości
zwiększających fiskalizm. Ja chcę nowych wyborów. Juz, teraz.

2004.03.01 11:07
Na kogo może liczyć plan Hausnera?

Platforma Obywatelska nie poprze planu oszczędnościowego wicepremiera
Jerzego Hausnera. PiS i Samoobrona odmówiły swojego poparcia rządowi już
wcześniej. Koalicja SLD-UP liczy na tzw. "plankton parlamentarny"

W porannym programie radiowej Trójki poseł PO Janusz Lewandowski mowił, że
jego ugrupowanie nie powie "nie" planowi.

"Sądzę, że damy pozytywny sygnał dla rynków" - powiedział Lewandowski.

Poseł PO powiedział jednak, że Platforma ma zastrzeżenia dla części planu,
między innymi dla podwyżek ZUS dla przedsiębiorców, natomiast popiera cięcia
w administracji.

Od stanowiska Platformy Obywatelskiej dotyczącego racjonalizacji i
ograniczania wydatków państwa zależała w dużej mierze możliwość płynnego
wdrażania rozwiązań z pakietu oraz dalszy rozwój sytuacji na rynkach
finansowych.

Zyta Gilowska, główny ekspert gospodarczy Platformy Obywatelskiej, zarzuciła
planowi Hausnera zbyt dużą ogólnikowość. Dodatkowo według Gilowskiej
propozycje zawarte w ostatecznym projekcie planu Hausnera, przyniosą nie
przyniosą wcześniej zapowiadanych oszczędności, a jedynie kolejny wzrost
obciążeń podatkowych i parapodatkowych.

Na kogo więc może liczyć rząd? Na pewno nie na PiS, który w sobotę podjął
ostateczną decyzję, że klub parlamentarny partii będzie głosował przeciwko
projektom ustaw zgłoszonych w ramach planu. Również Samoobrona wypowiedziała
się negatywnie o możliwości poparcia ustaw składających się na plan Hausnera,
rozważając jedynie wsparcie działań rządu w zakresie reformy KRUS. W związku
z tym jedynym pewnym prawie na 100 proc. sojusznikiem rządu wydają się
posłowie zgrupowani w Federacyjnym Klubie Parlamentarnym Romana
Jagielińskiego. Posłowie FDP, to w większości byli parlamentarzyści SLD-UP
oraz Samoobrony, którzy zostali ze swych macierzystych klubów usunięci z
powodu afer w jakie byli zamieszani (np. Mariusz Łapiński, Andrzej Jagiełło)
lub nie poddawali się dyscyplinie klubowej (np. Krzysztof Rutkowski). Rząd
Leszka Millera może również liczyć na tzw. „plankton parlamentarny”, czyli
grupy posłów, którzy opuścili swoje kluby z podobnych powodów jak członkowie
FDP.

Czy to wystarczy do przepchnięcia w Sejmie ustaw składających się na plan
Hausnera? Arytmetyka pokazuje, że raczej tak. Koalicja SLD-UP wraz z FDP i
pozostałymi może zmobilizować niecałe 230 głosów, czyli mniej więcej tyle ile
wynosi większość ( 231 głosów). Należy jednak pamiętać, że tworzona poniekąd
naprędce koalicja na rzecz planu racjonalizacji wydatków publicznych będzie
potrzebna do serii głosowań, a nie tylko jednorazowo. Może to spowodować
próby rozmiękczania (i tak poluzowanego w stosunku do wersji podstawowej)
planu, lub też próby szantażu politycznego – poprzemy to i owo w zamian za
np. kilka stanowisk.

Najbliższe dni dadzą nam odpowiedź co dalej z planem Hausnera. Już pierwsze
głosowania pokażą czy rząd może liczyć na poparcie swoich zamierzeń w
zakresie reformy finansów publicznych. Pożyjemy zobaczymy. / PAP /

AD
Obserwuj wątek
    • przycinek.usa Tak jest NOWE WYBORY i JOW!! 01.03.04, 22:48
      "Polacy chcą jednomandatowych okregów wyborczych"
      http://www.jow.pl/003/pisu.html

      Jerzy Przystawa
      Jednomandatowe zwody PiSu

      Polacy chcą jednomandatowych okregów wyborczych Marszałek Sejmu Marek Borowski,
      udzielając 4 lipca wywiadu dziennikowi „Rzeczpospolita” stwierdził,
      że „większość społeczeństwa polskiego chce wybierać posłów w jednomandatowych
      okręgach wyborczych”. Jaka jest ta większość Marszałek nie powiedział, ale z
      różnych, publikowanych w ostatnich czasach badań opinii publicznej w Polsce,
      wiemy, że nie jest to byle jaka większość, bo wszystkie te sondaże wykazują
      poparcie dla takiego sposobu wyłaniania posłów w granicach 70%. Polacy po
      prostu dostają wysypki na słowo „partia”, nie chcą głosować na partie
      polityczne. Dowiodły tego najlepiej jesienne wybory wójtów, burmistrzów i
      prezydentów miast: na kandydatów wskazanych przez partie polityczne nie
      zagłosowało nawet 25% tych, którzy pofatygowali się pójściem do urny. Kandydaci
      wskazani przez partie najlepszym wynikiem mogą się poszczycić w największych
      miastach, w tzw. miastach wojewódzkich, gdzie aż 6-ciu prezydentów, na 18,
      pochodzi z mianowania partyjnego. Wszędzie poza tym klęska partyjniactwa była
      sromotna.

      Czy ten fakt zobowiązuje do czegoś posłów i elity polityczne?

      Art. 104 Konstytucji RP głosi, ze „posłowie są przedstawicielami Narodu” i
      stosownie do tego składają odpowiednie ślubowanie. Co, w takiej sytuacji,
      powinni uczynić posłowie Rzeczypospolitej? Czy głośno artykułowane żądanie tak
      znacznej większości winno ich do czegoś zobowiązywać?

      Oczywiście, jest to pytanie retoryczne. Historia wszystkich sejmów od roku 1989
      pokazuje dobitnie, że coś takiego jak wola Narodu nie obliguje naszych posłów
      do niczego i nie inspiruje do pracy na rzecz tego narodu. Ale też Naród to
      dostrzega i dlatego Sejm i zasiadający w nim posłowie nieodmiennie plasują się
      na samym dole społecznego zaufania. Frekwencja wyborcza obniża się z wyborów na
      wybory, doszło nawet do tego, że w ostatnich wyborach uzupełniających do
      Senatu, jakie odbyły się parę miesięcy temu w województwie (byłym województwie)
      wałbrzyskim, frekwencja wyniosła zaledwie 3% (słownie: trzy procent!). Już
      bardziej dobitnie swego stosunku do rozwijającej się w Polsce demokracji
      wałbrzyszanie wyrazić nie mogli.

      W tej sytuacji cała sztuka utrzymania się na powierzchni
      naszych „przedstawicieli Narodu” sprowadza się do manipulacji i oszustwa: jak
      przekonać, jak wmówić Polakom, że to z czym mają do czynienia w Polsce to jest
      prawdziwa demokracja, a wybory to nie jest tylko rytuał głosowania, ale że cos
      tam wybierają?

      Temu celowi służą kolejne modyfikacje prawa wyborczego i wymyślane nieustannie
      nowe ordynacje wyborcze. Mamy obecnie Sejm IV Kadencji i w zastosowaniu były
      cztery różne ordynacje wyborcze. Prawie na pewno przewidzieć można, ze i obecny
      Sejm uchwali nam piątą ordynację. Jest to swoisty rekord świata, zasługujący na
      wpis do Księgi Rekordów Guinessa. Jest to rekord kompromitujący zarówno
      polityków, jak i stanowiących ich zaplecze intelektualne dyżurnych profesorów
      konstytucjonalistów i wszelkiej maści doradców.

      Chytry zabieg „Prawa i Sprawiedliwości”.

      Podczas gdy tzw. postkomuniści łamią sobie głowy jak wykołować społeczeństwo
      domagające się JOW, z pomocą, jak zawsze, przychodzi nieoceniona
      polska „prawica” i zgłasza nowy projekt ordynacji wyborczej do Sejmu,
      który :”wychodzi naprzeciw społecznym oczekiwaniom i wprowadza jadnomandatowe
      okręgi wyborcze”. Politycy PiS-u , podobnie jak i cała reszta
      parlamentarnej „prawicy” maja szczególne powody, żeby się bać JOW jak ognia,
      gdyż to ich partie poniosły straszliwą porażkę w wyborach wójtów, burmistrzów i
      prezydentów miast: na 2481 mandatów, kandydaci PiS-u zdobyli zaledwie 2 (dwa!),
      LPR-u - 3 a kandydaci Platformy Obywatelskiej – 4. Była to więc w całym tego
      słowa znaczeniu rzeź, wykazała ona, że te partie żadnych liczących się struktur
      w terenie nie mają. Popatrzmy więc z uwagą, jak z gilotyną JOW mają zamiar
      poradzić sobie pisowcy.

      JOW, jakie proponuje Ruch na rzecz JOW, mają być takie jak w Wielkiej Brytanii
      czy Kanadzie:

      Kraj podzielony na 460 JOW, każdy okręg ok. 60 tysięcy wyborców. Kandydować
      może każdy dorosły i nie karany obywatel, którego kandydaturę zgłosi kilkunastu
      wyborców z okręgu. Każda partia może zgłosić tylko jednego kandydata w jednym
      okręgu. Kandydat płaci kaucję, która jest mu zwracana, jeśli uzyska w wyborach,
      powiedzmy, 3% głosów poparcia. Mandat uzyskuje ten, kto zdobędzie najwięcej
      głosów, w wypadku równej ilości głosów rozstrzyga losowanie.

      A jak w projekcie PiS-u?

      1.Kraj ma być podzielony na 230 JOW w ramach 16 wojewódzkich okręgów
      wyborczych. Na każde województwo przypada dwa razy tyle mandatów ile jest JOW.
      A więc np. jeśli województwo zostało podzielone na 15 JOW, to do obsadzenia
      będzie 30 mandatów.
      2.Każda partia i każdy komitet wyborczy może wystawić tylko jednego kandydat w
      jednym okręgu JOW. Kandydatura musi poparta 500 podpisami wyborców. Jeśli
      jednak partia zarejestruje kandydatów w połowie JOW, to pozostałych kandydatów
      nie potrzebuje popierać podpisami.
      3.Jeśli partia zarejestruje kandydatów w co najmniej połowie JOW w danym
      województwie, to ma prawo wystawić listę wojewódzką. Ta lista musi zawierać co
      najmniej tyle nazwisk ile jest mandatów przypadających na to województwo.
      4.Mandaty poselskie mogą uzyskać tylko kandydaci tych partii, których listy
      wojewódzkie uzyskały co najmniej 5% głosów poparcia w skali całego kraju! Nie
      mają więc jakichkolwiek szans żadni „samotni strzelcy”, ani żadne ugrupowania
      lokalne, bez względu na skalę ich poparcia. Można zdobyć nawet wszystkie głosy
      w swoim JOW a i tak nic z tego!
      5.Ile mandatów przypadnie danej partii, która przekroczyła próg wyborczy, o tym
      rozstrzyga metoda Sainte-Lague. Ilość wygranych wyborów w JOW nie ma tu
      znaczenia. Jeśli jakaś partia nawet wygra we wszystkich JOW w danym
      województwie, to jeśli z metody Sainte-Lague wyniknie mniej mandatów, to
      dostanie mniej. Jeśli więcej, to więcej. W pierwszym przypadku zwycięzcom ich
      zwycięstwo się zabierze, w drugim doda.

      Upartyjnienie wyborów doprowadzone do absurdu.

      Propozycja PiS, którą autorzy sami nazywają „spersonalizowanym systemem
      proporcjonalnym” nie ma wiele wspólnego z postulatem JOW, zgłaszanym przez Ruch
      na rzecz JOW. Upartyjnienie wyborów idzie tutaj nawet dalej, niż ma to miejsce
      obecnie. W rzeczywistości ten projekt (poza metodą Sainte-Lague, która w
      obecnej ordynacji zastąpiona została tzw. zmodyfikowaną metoda Sainte-Lague)
      zmienia tylko nieco sposób podziału mandatów wewnątrz list partyjnych: obecnie
      o podziale mandatów na liście decydują wyborcy w tym sensie, ze wchodzą
      kandydaci, którzy, kolejno, uzyskali najwięcej głosów. Jeśli projekt PiS
      przejdzie, to tak już nie będzie: o podziale mandatów w większym stopniu niż
      dotychczas decydować będą liderzy partyjni. Oznacza to większą
      władzę „partyjnych baronów”, dalszy, umocniony rozwój znienawidzonego przez
      Polaków partyjniactwa. Tak swoją misję pojmują „przedstawiciele Narodu”
      zorganizowani w partię o nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”.

      Na koniec, last but not least, powiedzieć wypada, że projekt PiS-u nie usuwa
      konstytucyjnych wad dotychczasowych ordynacji: (1)podobnie jak wszystkie inne
      gwałci nasze bierne prawo wyborcze, uniemożliwiając zdobycie mandatu obywatelom
      nie zrzeszonym w duże partie polityczne; (2)nadając przywileje partiom gwałci
      zasadę równości; gwałci zasadę proporcjonalności, gdyż tą metodą nie da się
      proporcjonalnie rozdzielić mandatów; (3) komplikując dodatkowo procedurę
      rozdziału mandatów będzie pogłębiać frustrację i niechęćwyborców do udziału w
      tych procedurach
      • przycinek.usa dokonczenie. 01.03.04, 22:49
        (3) komplikując dodatkowo procedurę rozdziału mandatów będzie pogłębiać
        frustrację i niechęćwyborców do udziału w tych procedurach. Zapisana w
        Konstytucji zasada powszechności wyborów do Sejmu zostaje sprowadzona do fikcji.

        „Prawo i Sprawiedliwość”. To ładnie brzmi.
    • robisc kupczenie - dobre słowo 02.03.04, 18:09
      Łapiński i spółka górą. Dziś to Miller liże mu stopy. Ohydne. trzeba przerwać
      ten cyrk jak najszybciej, bo kazdy dzień tego rzadu u władzy przybliża nas do
      katastrofy.

      Rządowe kupczenie z Jagielińskim trwa
      Wtorek, 2 marca 2004
      Mniejszościowemu rządowi bardzo trudno będzie przepchnąć plan Hausnera w
      Sejmie. Potrzebuje głosów. Najprawdopodobniej „kupi” sobie jednak poparcie
      drużyny Jagielińskiego. Wszak gabinet Millera wyspecjalizował się w
      kompromisach z politycznymi odrzutami.


      Polityczne kompromisy nie są bezinteresownie, dlatego też nie dziwi, że i
      Jagieliński podbija cenę. Jednak o szczegółach transakcji obie strony mówią
      bardzo niechętnie. Z nieoficjalnych informacji wynika, że mogłoby chodzić o
      powrót do koalicji parlamentarnej, ale i zawiązanie rządowej. Bez koalicji
      parlamentarnej nie ma koalicji rządowej. Zobaczymy - mówi Krzysztof Janik.

      Zawiązanie koalicji rządowej oznacza ministerialne stołki dla klubu
      Jagielińskiego – być może w resorcie rolnictwa. Wówczas minister Wojciech
      Olejniczak miałby zostać – uwaga – szefem partii. Ten scenariusz – jak wynika z
      informacji reporterki RMF – ma jednak tylko 30 proc. szans na powodzenie.


      Jagieliński plan Hausnera poprze, ale tylko w części (6 lutego 2004)

      SLD jest raczej skłonne wciągnąć na swoje listy przed następnymi wyborami ludzi
      Jagielińskiego, a więc i wygnańców z Sojuszu – np. Łapińskiego. Każdy ma prawo
      szansy, pokuty - tłumaczy niezwykle wyrozumiały poseł SLD Piotr Gadzinowski
    • robisc Eurostat mówi stop kreatywnej księgowości 02.03.04, 18:15
      A dla budżetu oznacza to kolejne problemy

      www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/20040302/59217/
    • robisc Jankowiak krytycznie 02.03.04, 19:19
      I ma całkowitą racje. Nie chcę planu Hausnera, nie chcę tez wyższych podatków.
      SLD won!

      Plan Hausnera, czyli za dużo zbieramy, za mało tniemy


      Plan Hausnera: wersja przedostateczna

      JANUSZ JANKOWIAK

      Mówiąc o oszczędnościach, mamy zazwyczaj na myśli zmniejszenie wydatków i
      przeznaczenie uzyskanej w ten sposób kwoty na coś innego niż do tej pory. Taka
      intuicyjna definicja przyświecała przez większość czasu rozważaniom na temat
      cięć w wydatkach publicznych. Jak się okazuje, zupełnie niesłusznie. Powody,
      dla których wicepremier Hausner z takim naciskiem wielokrotnie mówił o
      racjonalizacji wydatków, a nie o ich cięciu, stają się w miarę przedstawiania
      szczegółów planu coraz bardziej zrozumiałe.

      Rząd najwyraźniej definiuje oszczędności jako zmniejszenie udziału budżetu
      państwa w niezmienionych wydatkach szerokiego sektora publicznego. Znaczy to
      tyle, że ktoś musi te rządowe oszczędności pokryć. Tym kimś są podatnicy.

      Takie podejście do sanacji finansów publicznych jest szczególnie uderzające w
      tej części programu, która obejmuje wydatki administracyjne. Dwie trzecie
      skumulowanego efektu definiowanego jako zmniejszenie potrzeb pożyczkowych
      państwa w latach 2004 - 2007 pochodzić ma ze zwiększenia wpływów podatkowych.
      Ledwie 5,7 mld to oszczędności na wydatkach. A i te są problematyczne, skoro aż
      4,6 mld ma pochodzić ze zmniejszenia wydatków na obronność w wyniku przyjęcia
      za bazę do ich naliczania rzeczywistego, a nie prognozowanego PKB. Klasyczne
      oszczędności na wydatkach administracyjnych po dodaniu tych, których uzyskanie
      nie wymaga zmian legislacyjnych, w najbliższych czterech latach ledwie
      przekraczają 2 mld zł. Niezbyt to imponujące. Stanowisko Platformy
      Obywatelskiej wobec administracyjnej części programu nie powinno w tej sytuacji
      specjalnie dziwić. Nie zaskoczyło w każdym razie rynków finansowych.

      Naturalnie, trudno z jednakową ostrością traktować wszystkie propozycje rządu
      dotyczące poszerzenia bazy podatkowej. Część z nich (np. objęcie obowiązkiem
      podatkowych dochodów rolniczych) jest uzasadniona. Inne, polegające na
      eliminacji ulg bez obniżenia stawek, to zwykle zwiększenie fiskalizmu,
      przeprowadzane pod hasłem uproszczenia i ujednolicenia systemu podatkowego.
      Jeszcze inne, choć uzasadnione w świetle kryzysu finansów publicznych, budzą
      wątpliwości z powodu swych "skutków ubocznych" (tak jest na przykład z
      propozycją podniesienia minimalnych składek ubezpieczeniowych dla
      przedsiębiorców, co oprócz poprawy dochodów FUS oznacza przecież także
      podniesienie pozapłacowych kosztów pracy).

      Jednak najpoważniejsza wątpliwość co do proponowanego systemu bilansowania
      finansów publicznych - dotycząca tym razem całego programu, czyli zarówno
      części socjalnej, jak i administracyjnej - związana jest z przyjęciem przez
      rząd założenia, że wszystkie dodatkowe wpływy podatkowe (oszczędności w
      rozumieniu rządu) i wszystkie klasyczne oszczędności zostaną skierowane na
      zmniejszenie potrzeb pożyczkowych.

      Jest to założenie bardzo mocne. Tym mocniejsze, im większy udział
      w "oszczędnościach" mają podwyżki podatków. A w przedłożeniu rządowym ważą one
      sporo, bo ponad 21 mld z ogólnej kwoty spadku potrzeb pożyczkowych, szacowanej
      na 54 mld zł. Tymczasem z doświadczenia wynika, że nie ma takich dodatkowych
      dochodów, które nie zostałyby wydane przez polityków z wielką łatwością.
      Zmniejszanie deficytu sektora publicznego przez cięcia wydatków byłoby nie
      tylko pewniejsze, ale poprawiłoby fatalną dziś strukturę wydatkowej strony
      budżetu. Skala takich klasycznych oszczędności w programie rządowym nieznacznie
      przekracza 26 mld zł, czyli ok. 3 proc. PKB, rozłożone na 4 lata. Proporcje
      między wzrostem dochodów i spadkiem wydatków są więc zdecydowanie niewłaściwe. -


      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040302/ekonomia/ekonomia_a_17.html
    • robisc Widzieliście ten post? 02.03.04, 20:24
      Oby ten facet nie okazał sie złym prorokiem.

      Rozruchy w Polsce po wejsciu Planu Hausnera
      Autor: Gość: CGN IP: *.sprintserwis.pl
      Data: 29.02.2004 11:09 + dodaj do ulubionych wątków

      + odpowiedz na list

      + odpowiedz cytując

      --------------------------------------------------------------------------------
      Jak nas informuje nasz korespondent z Warszawy, w szeregu polskich
      miejscowosci doszlo do rabunku sklepow spozywczych, hurtowni i centrow
      handlowych w zwiazku z wejsciem w zycie tzw. Planu Hausnera, ktory aby
      zadowolic Miedzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Swiatowy znacznie obnizyl
      wysokosc rent, emerytur i zasilkow, a miliony Polakow pozbawil jakichkolwiek
      srodkow do zycia. Rzad kanclerza Polski Herr Millera wezwal na pomoc wojska
      NATO, glownie z Niemiec, po tym, jak spora czesc polskiej policji i wojska
      odmowila strzelania do demonstratow i ochrony supermarketow nalezacych w
      Polsce praktycznie w 100% do zachodniego, w tym niemieckiego kapitalu. Wojska
      niemieckie zajely juz Szczecin, Wroclaw i Poznan, i posuwaja sie kolumnami
      pancernymi w strone Lodzi i Krakowa. Wysadzono tez desanty, ktore opanowaly,
      jak na razie, lotnisko na Okeciu w Warszawie i centrum Katowic. Rzad
      niemiecki zapewnia, ze po zaprowadzeniu porzadku w Polsce natychmiast wycofa
      swe sily zbrojne na granice Wielkich Niemiec z roku 1938, i ze nie ma zamiaru
      okupowac ziem etnicznie polskich.


    • robisc Czasami jednak lubię czytac Michalkiewicza 02.03.04, 21:21
      "Jak pieniądze zarobić, i wianuszka nie stracić oto podstawowy dylemat
      polityczny w dniach dzisiejszych dla Platformy Unijno-Obywatelskiej" -
      komentuje najnowsze wydarzenia z politykierskich scen kabaretowych Stanisław
      Michalkiewcz. Toczą się one przy okazji nagłośnionego tzw. Planu Hausnera,
      który ma być odpowiedzią na żądania lichwiarzy zagranicznych, u których
      zadłużyli się rządzący w tej chwili towarzysze z byłej kolaboranckiej w
      stosunku do Sowietów PZPR-erii, a którzy zaczęli domagać się spłat długów. SLD
      sięgnął więc po "szczura politycznego", wypuszczonego na żer w stronę PO. W tym
      momencie do zabawy włączyło się ugrupowanie Populizm i Socjalizm Jarosława
      Kaczyńskiego, który to znany "prawicowy" charyzmatyk słynie z tego, że ma "taką
      właściwość", że nie toleruje działań politycznych, którymi nie może kierować.
      Pierwszym warunkiem Jarosława Kaczyńskiego było żądanie, że Platforma ma "dać
      sobie na przeczyszczenie", czyli pozbyć się osobników pokroju Pawełka
      Piskorskiego, niestety kiedyś aż prezydencika miasta stołecznego Warszawy oraz
      <b>DOKTORA</b> Andrzeja Olechowskiego, znanego współpracownika PRL-owskich SS
      pod kryptonimem operacyjnym - "MUST"...
      Ale jednocześnie Stanisław Michalkiewicz wskazuje na niedocenienie tow. Leszka
      Muellera (pisownia europejska nazwiska) z obecnego rządu post(?)
      komunistycznego, który z boku obserwuje mocowania się Platformy oraz PiS-u...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka