robisc
20.04.04, 20:55
Kiedyś na forum UE dyskusję na ten temat rozpoczął Michał. Ponieważ w Rzepie
dziś pojawił sie ciekawy artykuł, więc jest okazja do przypomnienia postu
Michała i zacytowania artykułu.
"Michał: Kiedy słyszałem te ciągłe zaklęcia w stylu : na Unii nikt nie
stracił, to mam dosyć. Dawna NRD ma obecnie 18.4% bezrobocia, utraciła DWIE
TRZECIE miejsc pracy w przemyśle, jest utrzymywana przy życiu TYLKO dzięki
kolosalnym dotacjom wyciąganym z kieszeni podatnika w zachodnich landach.
Kilkaset miliardów euro wpompowano w tem kraj i wzrostu gospodarczego nie ma.
Nowe drogi, telefony to fakt, ale z drugiej strony to wszystko jest darowane,
a nie wyprodukowane na miejscu. Dawna NRD to kula u nogi, a sami Niemcy mają
dosyć.Biurokracja niemiecka i unijna przetrawi wszystko.
Skoro totalnie nieruchawa, człapiąca jak żółw Unia nie potrafi ożywić dawną
NRD, to jak uzdrowi gospodarki nowych członków ?
Oczywiście z politycznych względów upadek murou jest wspaniałym sukcesem, ale
trzeba jasno powiedzieć, że gospodarczo jest to fiasko.
A my będziemy mieli to samo, co w NRD, ale bez ogromnych subwencji."
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040420/ekonomia/ekonomia_a_17.html
Niemcy Co zrobić z byłą NRD Pomoc - 1,25 bln euro nie wyrównała różnic w
rozwoju
Zmieniła się głównie infrastruktura
Wybrukowane granitem perony odnowionych dworców, nowe drogi, zrekonstruowane
rynki miasteczek, a także eleganckie publiczne toalety, światłowodowe linie
telefoniczne oraz imponujące centra handlowe - tak wygląda była NRD dzisiaj,
czternaście lat po zjednoczeniu i wpompowaniu 1,25 bln euro w obszar
wielkości jednej trzeciej Polski, zamieszkany przez 17 mln osób. Jest jeszcze
oczywiście mnóstwo odrapanych domów czy fabrycznych ruin z czasów NRD. W oczy
rzuca się jednak to, co nowe i lśniące.
To drażni Niemców z zachodu. Ale jeszcze bardziej drażni niemieckich
ekonomistów. Zwłaszcza że zdecydowaną większość pomocy wydano po zjednoczeniu
na konsumpcję i świadczenia socjalne.
Dotacje, transfery
Ekonomiści ostrzegają przed katastrofą gospodarczą we wschodnich landach.
Bezrobocie sięga 20 proc. Byłoby większe, gdyby wliczyć rzeszę urzędników
państwowych. Jest ich o jedną trzecią więcej niż w porównywalnych służbach
publicznych na zachodzie. Co czwarta firma niemiecka, która w ubiegłym roku
ogłosiła upadłość, miała siedzibę na wschodzie. Wiele filii
zachodnioniemieckich firm przemysłowych działających na wschodzie przynosi
straty. Dotyczy to także filii banków. Ludzie zarabiają to o ponad 20 proc.
mniej, pracują więcej i są niezadowoleni z braku perspektyw. Młodzi
wyjeżdżają masowo na zachód.
- W 2050 r. liczba ludności zmniejszy się o połowę - twierdzi Jochen Ragnitz
z Instytutu Badań Gospodarczych (IWH) w Halle. Już za 15 - 20 lat mieszkańców
będzie o 30 proc. mniej.
Gospodarka na wschodzie rozwija się od lat wolniej niż na zachodzie. Nikt nie
ma wątpliwości, że największy w dziejach eksperyment postawienia na nogi
gospodarki całego obszaru między Odrą a Łabą jest katastrofą. Jak oblicza
monachijski IFO, wschodnie landy żyją w 43 proc. z pomocy zachodu. Koszty
zjednoczenia wynoszą nadal rocznie 4 proc. PKB zachodniej części Niemiec.
Jako że wzrost gospodarczy jest znacznie niższy, rozwój wschodu odbywa się
kosztem zachodu. - Słabość koniunkturalna niemieckiej gospodarki jest w dwu
trzecich bezpośrednią lub pośrednią konsekwencją transferów z zachodu na
wschód - czytamy w raporcie opracowanym przez nieformalną komisję rządową pod
przewodnictwem Klausa von Dohnanyi. Taki stan nie może trwać w nieskończoność.
Strefy specjalne
W niemieckiej prasie roi się od przykładów marnotrawstwa, nietrafionych
inwestycji i zwykłego niechlujstwa we wschodnich landach. Mało kto przypomina
o udanych przedsięwzięciach, np. o Silicon Saxony w okolicach Drezna,
największym europejskim zagłębiu półprzewodników, sukcesie fabryki optycznej
Carl Zeiss w Jenie czy udanych inwestycjach przemysłu samochodowego w Lipsku.
Wzrost gospodarczy sięga tam siedmiu procent. Wzorując się na sukcesie tych
regionów, komisja von Dohnanyi proponuje powielenie go w innych wybranych
regionach przez skoncentrowanie w nich rządowych subwencji. Chodzi więc o
utworzenie specjalnych stref gospodarczych, których rozwój powinien być
motorem całego wschodu. Tam powinna trafić lwia część ze 153 mld euro
rządowych subwencji zagwarantowanych dla wschodu do 2019 r. Firmy inwestujące
w specjalnych strefach mogłyby liczyć na ulgi podatkowe. Takie rozwiązanie
wymagałoby jednak zgody UE, co wydaje się mało prawdopodobne, bo nowych
niemieckich landów nie można porównać do regionów zacofanych. W dodatku
niemiecki rząd krytykuje niskie stawki podatkowe w krajach wstępujących do
UE, widząc w nich przejaw nieuczciwej konkurencji w przyciągnięciu
zagranicznych inwestycji. Niemieccy ekonomiści nie wspierają takiej
propozycji uważając, że cała niemiecka gospodarka powinna zostać wyraźnie
odciążona z podatków.
Małe szanse realizacji ma kolejna propozycja zgłoszona przez ministra
transportu i odbudowy wschodu Manfreda Stolpe, dotycząca obniżenia kosztów
pracy w byłej NRD. Chodzi o subwencjonowanie pensji pracobiorców, co miałoby
zwiększyć atrakcyjność inwestycyjną nowych landów. Projekt spotkał się z
oporem związków zawodowych obawiających się, że może to być pierwszym krokiem
do obniżenia zarobków. Ekonomiści zwracają uwagę, że takim systemem jest już
dzisiaj objętych ponad 17 tys. pracowników w byłej NRD w ramach walki z
bezrobociem. Jak oblicza Jochen Ragnitz z IWH, rozciągnięcie go na wszystkich
pracowników w nowych landach zakończyłoby się finansową katastrofą. Co
pozostaje? Cała gama doraźnych środków, które nie mają charakteru
systemowego. Mówi się o likwidacji przeszkód biurokratycznych, o większym niż
dotychczas uwzględnieniu firm wschodnioniemieckich przy realizacji zamówień
rządowych, a także o wyhamowaniu inwestycji w infrastrukturę. Nie rozwiązuje
to jednak problemu o zasadniczym znaczeniu dla całej niemieckiej gospodarki i
tym samym dla całej Europy.
Piotr Jendroszczyk z Berlina