przycinek.usa
30.08.04, 23:07
Zapomniany rozbiór
Rafał A. Ziemkiewicz ziemkiew@hub.wp-sa.pl
Pierwszego maja 1757 r. w Paryżu zawarty został pakt, zwany przez historyków
drugim traktatem wersalskim. Podpisujące go mocarstwa ustaliły między sobą
rozbiór Prus: Austrii przyznano Śląsk i ziemię Kłodzką, Rosji Prusy Wschodnie
oraz - co niezwykle ciekawe - Kurlandię, choć formalnie należała ona wówczas
do nieuczestniczącej w sporze i bynajmniej nie sprzymierzonej z Prusami
Polski; Szwecja brała Pomorze Szczecińskie, Francja pas ziem nad Renem. O
nabytkach terytorialnych przewidzianych dla Bawarii i Saksonii, z uwagi na
ich niewielkie rozmiary, stosowne do siły tych państw, możemy nie wspominać.
Tak czy owak, Prusy znalazły się w sytuacji beznadziejnej.
Sama tylko Francja obiecała sojusznikom wystawienie 130 tysięcy żołnierzy,
czyli niewiele mniej niż liczyła cała ich armia. Jeszcze więcej stawiała pod
broń Austria. Rosja zadeklarowała tylko 80 tysięcy, ale uzupełniła je flotą
kilkudziesięciu okrętów wojennych, z dwudziestoma liniowcami na czele.
Dodawszy do tego kontyngenty mniejszych państw, Prusacy mieli pełne prawo
powiedzieć sobie słowami znanej piosenki Młynarskiego "widoki nasze marne są
i dola przesądzona" i zamówić mszę żałobną - zwłaszcza że Anglia, która jako
jedyna gotowa się była za nimi ująć, zaoferowała wysłanie wszystkiego
dziesięciu tysięcy chłopa, i to tylko do obrony przed Francuzami okolic
Hanoweru.
Prusacy zachowali się jednak, z naszego punktu widzenia, dziwnie. Nikt nie
łkał nad nieuchronną zgubą ojczyzny, nie tarzał się po ziemi, rwąc koszulę na
piersiach, ani nie śpiewał "Te deum", a Stary Fryc nie przyłączał się do
rozbiorców i nie pożyczał im kałamarza, by mieli czym podpisać swoje pakty.
Zamiast tego, nie dając przeciwnikom czasu na przygotowanie wspólnej
kampanii, zebrał wojsko, pomaszerował szybko na południe i nagłym atakiem
spuścił bęcki Austriakom. Co prawda, w następnej bitwie stracił, co uzyskał w
poprzedniej, ale nie załamując się z tego powodu skierował się z kolei ku
następnemu wrogowi, i tak, wojując ze zmiennym szczęściem na różnych
kierunkach przez siedem lat, stopniowo wyperswadował adwersarzom, że Prusom
nie należy niczego zabierać, bo to boli tego, który zabiera. Nie minęło
dalszych osiem lat, a król Prus zaoferował niedawnym przeciwnikom podzielenie
się terytoriami Rzeczpospolitej Obojga Narodów, która to propozycja, jak
wiemy, została przyjęta i zrealizowana.
Właśnie w czasie wojny siedmioletniej został przesądzony rozbiór Polski. W
wojnie tej Rzeczpospolita zachowywała się bowiem, delikatnie rzecz ujmując,
dziwnie. De facto w niej uczestniczyła, bo jej król był zarazem elektorem
Saksonii, aktywnej po stronie antypruskiej koalicji, i korzystał z prawa do
używania w walkach nielicznych wojsk Rzeczypospolitej - a poza tym sama
geografia sprawiała, że duża część działań wojennych toczyła się właśnie na
naszym terytorium. De iure jednak pozostawaliśmy neutralni, albowiem żadna z
władz Rzeczypospolitej decyzji o przystąpieniu do wojny - jak zresztą żadnej
w ogóle - podjąć nie była w stanie. Obce wojska łaziły więc po Polsce i
Litwie jak po rozgrodzonym pastwisku, wybierały kontrybucje, porywały rekruta
i robiły, co chciały, a Polacy ograniczali się do formalnych protestów, albo
nawet i tego nie. Do legendy przeszedł ówczesny wielki hetman litewski
Mikołaj Radziwiłł, zwany "Rybeńką" - dziwak i głupek jeszcze większy niż
sławny Karol "Panie Kochanku" - który, gdy na jego jurysdykcję weszła, paląc
i rabując, armia rosyjska, wysłał do jej wodza pismo z oficjalnym zapytaniem,
czy przybywa jako przyjaciel, czy jako wróg. Tamten odpisał, że jako
przyjaciel, po czym palił i rabował dalej, nie doznając żadnych przykrości ze
strony zadowolonego z tej odpowiedzi hetmana.
Państwo się pewnie zdziwią, czemu właściwie zamęczam ich tymi starociami -
czy to jakaś rocznica, czy co? Nie, po prostu lapidarny opis rozbiorów, na
jaki pozwoliłem sobie w swej ostatniej książce, okazał się budzić
zastrzeżenia miłych czytelników. Cóż, historykiem faktycznie nie jestem,
a "Polactwo" nie traktuje o historii, tylko o sprawach współczesnych. Ale co
zrobić, że ta współczesność nie tylko wciąż pozostaje w cieniu historii - ale
wręcz wydaje się ją powtarzać? Nasza historia jest wyjątkowa, powtarzamy
sobie, wyjątkowa przez to, jak wrednie się z nami zawsze wszyscy obchodzili,
jak złych zawsze mieliśmy sojuszników i tak dalej. Cóż, jeśli się dokładniej
wczytać w dzieje, to wyjątkowe wydaje się u nas tylko jedno - brak
jakiejkolwiek troski o własne państwo i chęci bodaj kiwnięcia palcem dla jego
dobra.