konrad-0601
12.06.13, 21:15
„Przeszłam terapię, to wiem, co mówię.” – powiedziała mi dzisiaj żona (trzeźwiejąca alkoholiczka- nie pije od czterech lat.) Słowa te padły z jej ust w trakcie dyskusji n/t mojego brata alkoholika, któremu staram się jakoś pomóc. Brat jest alkoholikiem, też przeszedł terapię ale niestety wrócił do nałogu i ma cykliczne ciągi. Zdaniem mojej żony, jeżeli chcę mu pomóc, to powinienem ponownie go wysłać na terapię (nawet wykorzystując przymus prawny.) A teraz do rzeczy. Moja żona była i jest w sytuacji - moim zdaniem - komfortowej. Zawsze miała i ma z mojej strony wsparcie. (Nie tylko emocjonalne, ale także materialne. Nie pracuje, koszty wszystkich potrzeb życiowych pokrywam ja. Nasze dzieci są już dorosłe i samodzielne. Koszty ich kształcenia również pokryłem ja. Żona, pomimo że ma atrakcyjny zawód (architekt) nie pracuje od 1998 r. (Zresztą przez alkoholizm wypadła z obiegu zawodowego.)
Natomiast sytuacja mojego brata jest diametralnie odmienna. Ma rodzinę (niepracującą żonę i dwoje dzieci w wieku szkolnym). Poza tym od 5 miesięcy jest bezrobotny (na szczęście jeszcze z prawem do zasiłku). Pomimo choroby alkoholowej i braku stałej pracy stara się jakoś utrzymać rodzinę.
Moja żona twierdzi, że w tej chwili powinien on udać się ponownie na terapię zamkniętą. Nie docierają do niej moje argumenty, że to jest w jego sytuacji skazanie własnej rodziny na zupełną wegetację.
I teraz pytanie do Państwa: Czy moja żona przeszła terapię i wie, co mówi? I następne pytania: Co to znaczy przejść terapię? Czy przejść terapię oznacza tylko przestać sięgać po alkohol, czy też także nauczyć się samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby życiowe?
Pozdrawiam
Konrad