myszabrum
15.09.06, 20:03
Ostatnio świadomie zmierzyłam się z zasadniczą chyba rzeczą, do której służył
mi alkohol. Mianowicie - z problemem resetowania rzeczywistości.
Czary mary, hokus pokus.
Już jako dziecko czułam się ze sobą źle. Możecie mi w to nie uwierzyć, ale po
raz pierwszy zapragnęłam umrzeć, mając lat 6. Miałam też wtedy nerwicę, która
polegała na tym, że cały czas coś musiałam trzymać w rękach, inaczej nie
mogłam się uspokoić. Wymyślałam sobie, że jestem lalką, manekinem, albo że
moje życie to film, i tylko w nim gram. A ponieważ tak często coś mi się w
sobie nie podobało, codziennie robiłam "stopklatkę" i zaczynałam wszystko od
nowa.
Kiedy odkryłam alkohol (pod koniec podstawówki), to alkohol zaczął za mnie
resetować swiat. Wypiłam, i czułam się efektywna, kompetentna, pełna sił do
mierzenia sie z rzeczywistością. Od jutra. Od poniedziałku. Od Świąt. Tyle,
że pijąc zarazem ładowałam się w kłopoty, które skutecznie tę moją obiektywną
rzeczywistość rozwalały. Błędne koło.
Teraz, gdy przestałam pić, właśnie tego mi najbardziej brakuje. Tego, by
móc "zacząć od nowa". Poczuć się oczyszczoną ze wszystkich win i błędów - bo
to poczucie dawał mi alkohol. Zresetować się.
Nie powiem, że chcę się zabić, ale gdybym miała nagle przestać istnieć, to
nie mam nic przeciwko temu.