tenjaras
20.11.06, 09:59
paradoksem mojego życia jest to, że aby przetrwać omal się nie zabiłem,
alkohol wydawał się dobrym sposobem na uwolnienie od niewygodnych uczuć i
emocji, przyszedł jednak dzień, w którym przestał mnie uwalniać i zaczął
zniewalać, ale wtedy już było za późno i wydawało się, że nie ma odwrotu, a
jedyne co mi pomagało to błogi stan nieświadomości
pech jednak chciał, że dowiedziałem się o tym, że moje życie może się
całkowicie zmienić, wyglądało na to, że to nie stan nieświadomości, a właśnie
świadomości może mi pomóc i znaleźli się tacy, którzy pokazali mi jak to
osiągnąć i pomogli wytrwać
uwalnianie się od uraz prowadzi mnie przez drogę rozpoznania ich w sobie,
nazwania i ukonkretnienia zalegających we mnie pokładów złości i nienawiści,
nie jest to więc takie łatwe jakby się chciało, zawsze to z siebie wypierałem
i uświadomienie sobie tego to męka, a całe życie zachowywałem się jak tchórz,
choć uważałem, że robię najlepszą robotę na świecie, bo nie złoszczę się na
nikogo - tak naprawdę unikałem urazy, a myślałem, że jestem wolny
teraz, aby utrzymać trzeźwość, muszę rozliczyć się z przeszłością, nie tylko
słowem i kwiatem, ale całą postawą, żebym nie musiał czegoś znów przemilczać...