promocja1000
25.12.06, 23:21
Tak jak zapowiadałam na forum, w tym roku postanowiłam zaprosic na pierszy
dzień świąt do nas, znajomego żula z Saskiej Kępy, 55-letniego degenerata i
epileptyka, niejakiego pana A. Skąd go znamy? Ze starych czasów
nieokiełznanego pijaństwa, kiedy to nasz znajomy ostro balangował i tam
przewinął się pan A. robiąc na mnie niesamowite wrażenie.
Człowiek niezwykłej wręcz inteligencji i błyskotliwości umysłu stępionej
przez alkohol, ale wypełzającej z każdego wypowiadanego zdania. Osoba, która
potrafiła zapali jonta w każdym towarzystwie i zawsze czuła się konfortowo.
Onegdaj bardzo zamożmy człowiek żyjący na wysokim poziomie społecznym - dziś
żul mieszkający pokątem u drugiego alkoholika, bez prądu, bez gazu, bez sensu.
Kiedy postanowiłam zaprosic go na święta mój facet wkurzył się na mnie.
Powiedział, że jestem zwykłą hipokrytką i chcę sobie podnieśc morale kosztem
pana A. Nie była to prawda, ja autentycznie lubię i cenię pana A. mimo tego,
że pije i mimo tego że dla większości ludzi stanowi dno dna i sztandarowy
wręcz przykład upadku. Ale ja lubię posłucha tego co ma do powiedzenia i
podyskutowac, bo mimo tego, że może nie wnosi nic bardzo ważnego to pokazuje
mi, że człowiek człowiekiem może by w każdych okolicznościach - jeśli tylko
mu na tym zależy i jeśli tylko dostanie taką szansę.
Przyszedł z pieskiem (jego najlepszy przyjaciel) i zaczął od podziękowań że
wyciągnęłam go z tej nory (z miejsca w którym mieszka). Nie chciał barszczu
ani bigosu, był trochę spłoszony. Zapytała mojego faceta czy jest co zapalic
i bardzo się ucieszył, że jest. Brałam pod uwagę taką ewentualnośc więc nie
zdenerwowałąm się (mój facet miał sporą przerwę i musi mi to wystarczyc). Po
kilku buchach pan A. nieco wyluzował się i dał sobie otworzyc piwo (kupiliśmy
kilka bo wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej będzie chciał, a ja chciałam
żeby poczuł się ugoszczonony) i zaczął je sączyc bardzo pomału. Ja piłam colę
i nalałam sobie kieliszek likieru żeby "nie odstawa od towarzystwa" i
sączyłam go cały wieczór. Blantów nie paliłam.
Kiedy poczuł się już u siebie - zaczął się rozglądac, a że to choinka łądna,
a żarcie to takie że on od lat takich frykasów nie widział i czy moglibyśmy
pooglądac TV. Więc oglądaliśmy. Dopiero po dwóch godzinach zabrała się do
jedzenia i pałaszował jak królik (wpływ maryśki która wzmaga jedzenie),
rozmawialiśmy, sypaliśmy dowcipami, było na prawdę bardzo miło.
Poczuł się u nas tak miło, że usłyszawszy że jutro spotykamy się u nas ze
znajomymi - niemalże wprosił się wraz z synem na obiad. Powiedziałam, że
buchów nie będzie i piwa też nie obiecuję, ale powiedział że to nieważne.
I tak to. Chciałabym mu pomóc, ale on tej pomocy nie chce.
Jedyne co mogę zrobic to dawac mu świadomośc że dla mnie jest kimś nie czymś
i że przy moim świątecznym stole - traktowany będzie z szacunkiem.
Zaryzykowałam, bo mogło się to skończy lataniem po alkohol (mój facet też
lubi poświętowac, a jak), ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. I
to by było na tyle.