forty
04.04.03, 11:43
Ponieważ jesteś swój z obozu wroga, proszę powiedz jak daleko mogę się
posunąć w swojej "perfidii" (bo inaczej nie mogę tego nazwać) wobec męża, aby
pomóc SOBIE, a przy okazji i jemu ???
Od 20 lat jestem żoną alkoholika,córka lat 19. Mieszkamy razem (2 pokoje) i
nie mam się dokąd wyprowadzić - to byłaby opcja optymalna.
Na początku usprawiedliwiałam, szukałam winy w sobie, łaziłam "po kolegach",
aby zaprowadzić "swoje szczęście do domu". Widocznie jesteś zerem, skoro mąż
woli kolegów od ciebie - myślałam. Potem powoli odkryłam prawdę: mąż zawsze
znajdzie powód, aby popić.Przestaliśmy chodzić do innych - bo tam
alkohol,inni przestali przychodzić do nas; reasumując - nie mam przyjaciół.
Przez pierwsze lata picia przeżywałam horror; mąż po pijanemu rozbijał
sprzęty w mieszkaniu; wielokrotnie z małą córką uciekałam do mamy - do głowy
mi jednak nie przyszło, żeby oświadczyć matce - zostaję (może nie chciałam
być ciężarem) teraz nie mogę zrozumieć swojej głupoty.
Wreszcie złożyłam pozew o rozwód - po mimo nalegań męża, nie chciałam go
wycofać - efektem była próba samobójcza. W szpitalu, widząc męża w strasznym
stanie obiecałam, że wycofam pozew i dotrzymałam słowa. Dostałyśmy
kilkanaście miesięcy spokoju.
Teraz mąż "tylko" pije; co dwa, trzy miesiące po 7 dni lub nieco dłużej.
Oczywiście w tym czasie zawala wszystko co miał zrobić > pracę zawodową.
Nie sądzę, żebym go kochała, raczej nienawidzę, nie mam do niego zaufania,
jego wyskoki już nie sprawiają bólu tylko złość na niego, na siebie, na życie.
Krótko mówiąc: przestał się liczyć jako mąż, człowiek i ojciec.
Pomimo mojego maksymalnie olewającego stosunku do jego picia, jestem zmuszona
znosić związane z tym "niewygody" i nie mam na myśli braku pieniędzy (co jest
stanem chronicznym), ale smród alkoholu wydobywający się z każdego pora skóry
zachlanego, nie umytego faceta, strach - wróci czy nie wróci dziś do domu,
nocne pobudki, bo nie może znaleźć łazienki itp..
Chyba to znasz z autopsji?!
Zależało mi na leczeniu męża, robiłam wszystko, aby mu pomóc, był odtruwany,
miał wszywany esperal- za jego zgodą oczywiście. Nigdy nie chciał się leczyć
i nie chce dalej; mówi, że nie ma czasu i tak dalej.
Muszę wreszcie zacząć walczyć o siebie i swoje prawa, dość mam pokornego
znoszenia jego ciągów, smrodu, brudu. Powiedziałam mu, że jak ma zamiar pić
to niech nie przychodzi do domu, aż nie będzie trzeźwy. Mąż kiedyś urządził w
piwnicy pokoik- ciemnię fotogrficzną (wykładzina dywanowa, umywalka, biurko)
- często tam właśnie oddaje się wraz z kolegami misterium nałogu.
Co mogę zrobic, aby wytrzymać w domu? Czy kiedy jest pijany mogę wezwać
policję, choć nie robi awantur?
Po prostu zawsze byłam za miękka, grałam fair wg mnie, a nie zasad życia,
wszelkie radykalne metody(których zwolennikiem jest moja córka) uważam za
zbyt "niehumanitarne".
Co wg Ciebie jest dopuszczalne, co jest konieczne, muszę sobie pomóc, bo
zaczynam się staczać; nie mam na myśli alkoholu, choć coraz częściej wypijam
1 dziennie i nerwy się uspokajają, ale o wypalenie się i brak poczucia sensu
czegokolwiek, brak motywacji do wkraczania w kolejny dzień.
Moje samobójstwo nie wchodzi w grę - mam dziecko, a ona ma tylko mnie i nie
mogę jej całkiem zgnoić życia. Od dawna jestem jedyną dorosłą i
odpowiedzialną osobą w tym związku i ten ciężar staje się zbyt duży.
Wiem, że powinnam była odejść dawno temu, ale tego nie zrobiłam... i to był
błąd ta sprawa nie podlega dyskusji.
Nie pisz, że mnie podziwiasz, bo uważam się za skończoną masochistkę i
idiotkę, widocznie lubiłam jak się mnie zeszmaca; teraz już jestem pewna, że
nie lubię.