myszabrum
02.02.08, 06:34
Są tacy, którzy to potrafią.
Dwie kostki czekolady.
Kieliszek wina na wieczór.
Średnio letnia miłość.
Ja zjadałam tabliczkę, wypijałam pół litra i kochałam się... hm :)
Umiarkowany grzech nigdy mnie nie cieszył.
I teraz nawet, kiedy już nie piję, widzę to po sobie. Nie mam ŻADNEJ przyjemności z "rozsądnego" dawkowania. Muszę żyć na krawędzi.
A jednocześnie tęsknię za byciem "normalnym" człowiekiem - takim, co to je dla smaku, pije dla lekkiego rauszu i kupuje tańszy serek, sweterek, rowerek (a nie taki, który chce i "musi" mieć).
Nie lubię tanich serków i sweterków (chyba że przez kaprys). Wolę nie kupić wcale. Łyk wina tylko mnie drażnił. Jak seks bez kulminacji, po którym muszę to zrobić sama. Jak substytut czekolady.
Nie stosują się do mnie mądre rady o "złotym środku". Zadziwiająco wiele rad się do mnie nie stosuje: "postaraj się", "spróbuj", "ograniczaj". Zwykle znam tylko albo-albo.
I muszę to zaakceptować - NAJLEPSZY program nie ma sensu, o ile w moim przypadku nie działa. Co również sugerowałabym innym: jeśli działa - nie psuj. Jeśli nie działa - nie szukaj winy w sobie. Szukaj innej ścieżki.