toulaa
06.01.05, 20:50
Zawsze wraca wtedy, gdy stracę już wszelką nadzieję na jego powrót. I wtedy,
kiedy jestem na to kompletnie nieprzygotowana fizycznie i mentalnie. I wtedy,
kiedy stwierdzę wreszcie, że jest przecież wolnym (i męskości niepozbawionym,
bo mi go głupio "żal" było ongiś), dorosłym kotem, któremu lepiej widocznie
bez domu. I kiedy dotrze do mnie, że dorosłe kobiety nie powinny uzależniać
swego dobrego samopoczucia i zadowolenia życiowego od tak chimerycznej
sprawy, jak kocie uczucie.
I kiedy już osiągnę tę stabilizację, wtedy wraca. Mniej więcej co 2-3
miesiące, by po 2-3 dniach lub tygodniach odejść znowu, najedzony do
nieprzytomności, z błyszczącą sierścią i...zagłaskany na śmierć.
Gdy wrócił teraz, jak zwykle w panice rzucam się do zamrażalnika, by
szybciutko wyjmować i chuchać na jego ukochaną wątróbkę, by się szybciej
rozmroziła. I biegom wyciągać schowane (no, przecież już nie wróci) legowisko
(posłanie?). I przeganiać z kąta w kąt psa, który jest zawsze, i który nigdy
nie spuszcza ze mnie wiernego psiego wzroku, a teraz nie rozumie, dlaczego
cała moja uwaga jest skupiona na rudym potworze.
Ale poczekaj, Kocie. Tym razem będzie inaczej. Tym razem nawet palcem cię nie
dotknę, chocbyś nie wiem jak mruczał, choćbyś ocierał się o nogi i mrużył
ponaglająco złoto-zielone ślepia. Teraz jestem silna, i wykształcona,
przeczytałam przecież "Kobiety, które kochają za bardzo"(swoje koty)"
oraz "Toksyczna miłość(do kota), i jak się z niej wyzwolić". Teraz będzie
inaczej!
Wątróbka już gotowa. Miseczka pełna. Wygłaskany.