Forum Kuchnia Wino
ZMIEŃ

      Bienczyk kontra Gogoloński

    15.01.04, 09:39
    Do napisanie tego postu przyczyniła sie lektura ostatniego numeru MW i
    polemiki w/w panów. Bieńczyk słusznie zwraca w nim uwagę na sprawy ,które
    były i tutaj równiez omawiane- epokę macdonaldyzacji wina, o zatracaniu
    tozsamości wina vide producentów.Dość takim samym winom nieważne z jakiego
    regionu. Jakoś argumentacja Gogolinskiego "jego rybki i akwarium" srednio do
    mnie trafia. Ciekawe co by pisał gdyby Mondavi wziął sie za produkcję naszych
    oscypków. Pewnie bym słyszał iz najlepsze to i tak sa w małej apelacji
    Bukowina, robione starymi recepturami :)
    Co do p.Depardieu , no cóz to tylko francuska ikona, tylko tyle. Moze kiedys
    nasz aktor Marek K. tez cos kupi i pewnie bedzie o tym głośno
    resume 1:0 dla Bienczyka
    pozdr
      • Gość: Danio Re: Bienczyk kontra Gogoloński IP: 217.8.161.* 21.01.04, 14:07
        MW - Magazyn Wyborczej, czy jakiś inny periodyk?
        Jakiś link może? chętnie bym przeczytał.

        Pozdrawiam,
        Danio
        • Gość: docg MW = Magazyn Wino IP: 212.160.147.* 21.01.04, 14:10
          niestety dostępny tylko na papierze i tylko w prenumeracie lub wybranych
          punktach sprzedaży (sklepy z winem)
          • panowca a propos 21.01.04, 15:17
            będzi erównież sprzedawan w kolejnym punkcie we Wrocłąwiu w Vinotece na ulicy
            rzeźnickiej, który to punkt mam zaszczyt ;) reprezentować
      • Gość: cienkusz Re: Bienczyk kontra Gogoloński IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 23.01.04, 14:23
        Problem w tym sporze polega bardziej na starciu między praktyką a ideologią.
        Bardzo lubię Marka Bieńczyka, ale jego podejście do wina, przepraszam, Wina,
        jest tak zideologizowane, uduchowione i egzaltowane, że całowicie rozmija się z
        praktyką człowieka, który KUPUJE wino za własne pieniądze. Nie sądzę, żeby
        Gogoliński był ślepym zwolennikiem wielkich koncernów, o czym świadczą i jego
        teksty, i to, co do tej pory w dyrektorowanym przez niego Magazynie Wino
        zamieszczano. Chodzi o prostą zależność: jeżeli na coś wydajesz pieniądze, to
        pijąc to nie możesz czuć się najnormalniej w świecie nabity w butelkę. Ja wiem,
        że kiedy nie mam czasu ani ochoty na eksperymenty, a mogę sobie pozwolić tylko
        na umiarkowane wydatki na wina, wolę kupić sprawdzonego przyzwoitego, lecz
        masowego australijczyka albo na przykłąd coś od Torresa, niż w tej samej cenie
        nieznanego francuza z dobrą (lub raczej znaną) apelacją, który zwykle jest dość
        ohydnym cienkuszem.
        To bardzo rozległy temat, jednak generalnie przyznaję rację Gogolińskiemu: wino
        robi się NA SPRZEDAŻ, i nie ma innego wyjścia dla żadnego przyzwoitego
        niezlewaczonego producenta, jak zmierzyć się z innymi na wolnym rynku. I nie
        chodzi o to, że jednego stać na reklamę w Decanterze albo obnoszenie się z
        recenzją punktową Parkera, a innego nie. Do wina o dobrej relacji jakości do
        ceny wraca się zawsze prędzej czy później. Trzeba też zmierzyć się z
        koniecznością budowania opinii o swoim winie, marce czy apelacji – nie przez
        przeceniane w efektywności środki publicity, lecz przez dobrą jakość i
        przyzwoitą cenę. Nie czarujmy się, gdy Bieńczyk pisze o markach i o swojej do
        nich niechęci, zapomina, że istnieją marki (nawet ostatnio biją się o literę B
        w kampaniach reklamowych) Bordeaux albo Bourgogne, pod którymi chowają się
        rożnego rodzaju winiarze drobni i świetni oraz drobni i do dupy. Są to tak samo
        dobre albo i lepsze marki-znaki rynkowe niż Mondavi, Hardy albo Torres. Tylko
        że dla kogoś kto pije wino, Bordeaux przestało znaczyć cokolwiek w sensie
        informacji o jakości produktu - owszem, powyżej nieosiągalnej dla mnie i
        większości ludzi na świecie bariery cenowej jest coś stałego i pewnego. Poniżej
        jest loteria. Jeżeli chcę kupić wino do obiadu lub dla gości, pewne, bez
        wpadek, wiem, że marka Mondavi jest znacznie bardziej godna zaufania. I o to w
        tym wszystkim chodzi.
        Muszę powiedzieć, że ilekroć wydaję jakieś pieniądze na wino, a potem znajduję
        w butelce lurę, czuję się po prostu oszukany. I muszę powiedzieć, że w wypadku
        win francuskich między 20 a 40 złotych zdarza się to często, a w wypadku win
        australijskich wielkich koncernów w tej samej cenie (wprawdzie to wina bez
        ambicji odkrywczości albo podniebnych wzlotów czy też reprezentowania
        siedliska) - rzadko. W świecie wina najważniejszy jestem ja - konsument
        końcowy, end user. Z pewnością więcej szacunku ma dla mnie ten, kto się stara
        zawrzeć dobre wino w każdej z dwudziestu milionów swoich butelek za 3 dychy,
        lecz lekceważy terroir, niż ten, który obnosi się z tym jakże modnym pojęciem,
        a do butelki za 3 dychy wlewa popłuczyny i jeszcze ma pretensje do świata, że
        tego nikt nie pije. Francuzi akurat (a Bieńczyk jest najwyraźniej frankofilem)
        w tym celują.
        A co do oscypków: jeżeli Mondavi w apelacji oscypkowej zrobi fabrykę i będzie
        produkował 2 miliardy oscypków "pod klienta", na przykład mniej słonych albo
        śmierdzących, za 3 złote, a jakiś góral białczański wyprodukuje fenomenalny
        oscypek dla znawców za 30 złotych, to są to zupełnie różne segmenty rynku. Z
        Mondavim musi konkurować ten baca, który robi oscypki za 2,50-3,50, i musi je
        robić lepsze, docierać do sklepów i sprzedawców, żeby je sprzedać. Jeżeli
        Mondavi robi astronomiczną liczbę butelek po 60 euro, to musi się zmierzyć nie
        z drobnym producentem z Langwedocji, tylko z tuzami z górnej półki. Dlatego
        strzał Bieńczyka jest zupełnie chybiony.
        Przepraszam, że to może chaotyczne, ale piszę, a najdroższy w Europie rachunek
        za internet stuka, więc trochę się spieszę.
        pzdr
        • Gość: docg jeszcze jedno IP: 212.160.147.* 26.01.04, 08:54
          wydaje mi się, że w całej sprawie zbyt mało uwagi poświęca się argumentom
          najbardziej zainteresowanych, czyli mieszkańców okolic, w których inwestycja
          Mondaviego miałaby powstać. Gogoliński uważa ich za ciemniaków, którzy nie chcą
          rozwoju, postępu i bogactwa, i którzy wolą cały dzień spędzać na grze w bule
          popijajac to, co im sie akurat udało wyprodukować. Z taką argumentacją zgodzić
          się nie można. Nie chcą postępu - ich sprawa, są u siebie. Maja swoją tradycję
          i swoje zwyczaje. Ja ich rozumiem i wcale nie uważam, że powinni z entuzjazmem
          sprzedawać się jankesowi za garść dolarów. Tym bardziej że dochodzi czynnik
          ambicjonalny - gdyby Mondavi robił u nich wino i sprzedawał je po 60$ za
          butelkę, to wyszliby na idiotów, którzy mieli doskonałe teroir, na którym da
          się zrobić świetne wino, a nie potrafili tego wykorzystać. Im dłużej o tym
          myślę, tym bardziej ich rozumiem. Brawo, Aniane!
          pozdrawiam
          p.s. do TPB - doceniam pasję badawczą, która skłoniła Komisję Degustacyjną
          Magazynu Wino do badania najpopularniejszych wyrobów gazowanych winopodobnych w
          naszym kraju i dziękuję za zamieszczenie ocen, żałuję tylko, że nie było
          chociaż krótkiego opisu wrażeń organoleptycznych :-))
          Deo
          • panowca Re: jeszcze jedno 26.01.04, 11:26

            > p.s. do TPB - doceniam pasję badawczą, która skłoniła Komisję Degustacyjną
            > Magazynu Wino do badania najpopularniejszych wyrobów gazowanych winopodobnych
            w
            >
            > naszym kraju i dziękuję za zamieszczenie ocen, żałuję tylko, że nie było
            > chociaż krótkiego opisu wrażeń organoleptycznych :-))

            tu przydałaby się jeszcze nota o spodziewanych pertubacjach zdrowotnych - z
            trunkami tego rodzaju spotykam się czest na rodzinnych imprezach typu u cioci
            na imieninach - kazorazowe spróbowanie tych wynalazków skutkowało u mnie
            dotkliwym bólem brzucha nastepnego dnia

            no ale komisja oceniająca pewnie bez żalu wypluwała
          • Gość: cienkusz Re: jeszcze jedno IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 01.02.04, 18:39
            Można rzeczywiście rozumieć mieszkańców Aniane, tak jak można też rozumieć tych
            co będą głosowali na Leppera. Uważam, że lepsze jest coś niż nic. Miłośnikowi
            win powinno zależeć na tym, żeby robiono jak najwięcej jak najlepszych trunków.
            A jeżeli stwierdzamy z niejasnych dla mnie przyczyn, że lepiej żeby resztki
            winnic w Aniane dostarczały zlewek do jakichś podłych lur, niż żeby Mondavi
            (dlatego że jest Mondavim) robił tam coś (zważywszy na jego dotychczasowe
            przedsięwzięcia nie najgorszego sortu) - to się sprzeniewierzamy własnym
            zasadom. A że to będzie sprzedawał w milionach butelek za kosmiczne ceny - jego
            sprawa. Jak mu się nie uda, to straci on. Teraz tracą wszyscy.
            Tak czy owak aniananie wyszli na idiotów, tylko że nic z tego nie mają ani oni,
            ani nikt inny na świecie. I Gogoliński słusznie uważa ich za ciemniaków.

            To zadziwiające, że jakichś małorolnych partaczy, tylko dlatego że są
            małorolni, uważacie od razu za posiadających rację w sporze z masowym
            producentem, tylko dlatego, że to masowy producent (na dodatek z Ameryki). To
            jakieś lewactwo-polactwo.

            pzdr

            PS A czy dbałość o to, żeby wina "wyrażały lokalność" ma polegać na
            niezwracaniu uwagi na ich jakość czy dostępność? Nie ma na to mojej zgody.
            Szczerze mówiąc "merdre" mnie obchodzi, czy jakieś wino skądś robi gigant czy
            kurdupel. Ja chcę, żeby było dobre. I tanie.
            • ducale Re: jeszcze jedno i nie tyllko 01.02.04, 19:39
              Gość portalu: cienkusz napisał(a):

              > Można rzeczywiście rozumieć mieszkańców Aniane, tak jak można też rozumieć
              tych
              >
              > co będą głosowali na Leppera.
              wybacz ale ja ich nie rozumiem .......


              > (dlatego że jest Mondavim) robił tam coś (zważywszy na jego dotychczasowe
              > przedsięwzięcia nie najgorszego sortu) - to się sprzeniewierzamy własnym
              > zasadom. A że to będzie sprzedawał w milionach butelek za kosmiczne ceny -
              jego
              >
              > sprawa.
              ok, zaraz zobaczymy co piszesz dalej

              > PS A czy dbałość o to, żeby wina "wyrażały lokalność" ma polegać na
              > niezwracaniu uwagi na ich jakość czy dostępność? Nie ma na to mojej zgody.
              > Szczerze mówiąc "merdre" mnie obchodzi, czy jakieś wino skądś robi gigant
              czy
              > kurdupel. Ja chcę, żeby było dobre. I tanie.
              " dobre i tanie" za kosmiczne ceny ?,fanie Mondaviego sam sobie przeczysz,nic
              mnie moze nie obchodzi kontrakt Bumaru,Wall Street etc, ale nie wszystko co
              amerykanskie to zloto,szukam prawdziwosci ,lokalności w erze globalizmu
              pozdr
              • Gość: cienkusz Re: jeszcze jedno i nie tyllko IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 04.02.04, 01:25
                ducale napisał:
                > " dobre i tanie" za kosmiczne ceny ?,fanie Mondaviego sam sobie przeczysz,nic
                > mnie moze nie obchodzi kontrakt Bumaru,Wall Street etc, ale nie wszystko co
                > amerykanskie to zloto,szukam prawdziwosci ,lokalności w erze globalizmu
                > pozdr

                Nie jestem fanem Mondaviego. Nie kupię sobie tego wina Mondaviego, bo a) nie
                mam tyle pieniędzy na zbyciu, b) - i tu jest pies pogrzebany - tego wina nie
                będzie, i w ten sposób nie będzie można nigdy stwierdzić "kolego Mondavi, to
                wino jest do dupy". Szukam prawdziwości i lokalności w erze globalizmu jak i ty
                (w ramach moich możliwości fynansowych i ubogiego polskiego rynku). Tylko nie
                mogę zrozumieć, jak i Gogoliński, dlaczego, gdy marnuje się kawał dobrej ziemi
                w fajnym miejscu, mam się zachwycać tą sytuacją? Dlaczego Marek Bieńczyk
                stwierdził, że lepiej jest, gdy tam NIC nie rośnie, niż gdy rośnie coś?
                Dlaczego Marek Bieńczyk, w trochę maniackim strachu przed Demonem Marki, woli
                przyznać rację jakimś wypisz wymaluj LePerowcom francuskim niż zdrowemu
                rozsądkowi?
                pozdrawiam
            • Gość: docg jeszcze jedno i jeszcze raz IP: 212.160.147.* 02.02.04, 07:53
              ja pisałem o tym, że "Anianianie" mają prawo wybrać, co jest lepsze dla nich.
              Chyba przyznasz im prawo do decydowania samym o sobie? A co jest lepsze dla
              Ciebie, dla mnie, dla Bieńczyka, Gogolińskiego i Mondaviego, to ich zapewme
              g... (czyli merde) obchodzi. I o to mi chodziło.
              pozdrawiam
              • Gość: cienkusz merdre IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 04.02.04, 01:27
                Słowa "merdre" użyłem w znaczeniu "grówno" - patrz "Ubu król".

                pozdrawiam
            • winoman Re: jeszcze jedno 03.02.04, 01:46
              > To zadziwiające, że jakichś małorolnych partaczy, tylko dlatego że są
              > małorolni, uważacie od razu za posiadających rację w sporze z masowym
              > producentem, tylko dlatego, że to masowy producent (na dodatek z Ameryki). To
              > jakieś lewactwo-polactwo.

              Ależ Twój argument można odwrócić, przecież to Mondavi, tylko dlatego,
              że jest Mondavim uznał, że będzie robił najlepsze wino w Langwedocji.
              Może by i robił, kto wie, ale ... Na pewno nie robi najlepszych wi w Toskanii,
              ani w Chile (ostatnio odsprzedał udziały w Caliterrze).

              A do "małorolnych partaczy" jednak odnosiłbym się z większym szacunkiem.
              W Chorwacji miałem okazję spróbowania wina robionego przez właściciela
              winnicy, która miała może ćwierć hektara. Sprzedawał je w prowadzonej
              przez siebie gospodzie. Było rewelacyjne. Jestem pewien, że w Langwedocji,
              jak i w wielu innych regionach, takich ludzi i takich win można znaleźć
              naprawdę wiele.

              > PS A czy dbałość o to, żeby wina "wyrażały lokalność" ma polegać na
              > niezwracaniu uwagi na ich jakość czy dostępność? Nie ma na to mojej zgody.
              > Szczerze mówiąc "merdre" mnie obchodzi, czy jakieś wino skądś robi gigant czy
              > kurdupel. Ja chcę, żeby było dobre. I tanie.

              No to od razu możesz zapomnieć o Mondavim, przecież on miał zamiar robić
              NAJDROŻSZE wino w Langwedocji. Poza tym weź pod uwagę fakt, że płacąc
              gigantowi za jego wino płacisz też za olbrzymie koszty promocji tego wina.
              Ja osobiście wolę, owszem, kosztem sporego ryzyka, pogrzebać wśród win
              tych "kurdupli", bo wiem, że właśnie tam mam szansę znaleźć prawdziwe perełki.

              Pozdrawiam!
              • Gość: cienkusz Re: jeszcze jedno IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 04.02.04, 02:08
                winoman napisał:
                > Ależ Twój argument można odwrócić, przecież to Mondavi, tylko dlatego,
                > że jest Mondavim uznał, że będzie robił najlepsze wino w Langwedocji.
                Myślę, że nie chciał niczego udowadniać, tylko zarobić produkując wino. Wszak
                to towar (ujęciu temu zaprzecza Marek Bieńczyk twierdząc, że wina nie robi się
                na sprzedaż, tylko dla idei - haha - zwłaszcza gdy jest się Guibertem i
                sprzedaje się swój produkt pod marką, pardon, oczywiście tylko napisem "Mas
                Daumas Gassac")

                > A do "małorolnych partaczy" jednak odnosiłbym się z większym szacunkiem.
                > W Chorwacji miałem okazję spróbowania wina robionego przez właściciela
                > winnicy, która miała może ćwierć hektara. Sprzedawał je w prowadzonej
                > przez siebie gospodzie. Było rewelacyjne. Jestem pewien, że w Langwedocji,
                > jak i w wielu innych regionach, takich ludzi i takich win można znaleźć
                > naprawdę wiele.
                Odnoszę się z szacunkiem do małorolnych, którzy robią pyszne sery, mleko,
                śmietanę czy też wino. Odnoszę się z szacunkiem do ludzi, którzy najporządniej
                jak umieją wykonują swoją pracę i starają się robić jak najlepsze produkty.
                Chodzi o to, że najwyraźniej w Aniane NIE ROBI SIĘ choćby dobrego wina, a nawet
                się go niemal w ogóle nie robi.
                Zawsze poprę maleńkiego dobrego, uczciwego, dobrego producenta "z charakterem"
                i będę wolał jego wyrób od produktu w folii z nalepką wielkiego koncernu. Pod
                warunkiem wszak, że jakość tego wyrobu będzie przynajmniej uczciwa.
                Co do Chorwacji: na Horecy w Krakowie wynalazłem stoisko czegoś, czego jeszcze
                nie ma, ale będzie ponoć: "Vinoteca Croatica". Były tam przepyszne wina od
                niewielkich jak sądzę producentów, a znalazłem też - to ciekawostka - wielkie
                nazwisko: Grgić mianowicie, który wrócił do domu i znów zajął się robieniem
                wina. Był tam jego plavac. Cóż tu mówić... Mniam. Był też chyba (nie pamiętam
                już) dingac z jagód zrodzynkowanych na krzewach. Drugie mniam. I tak dalej.

                > No to od razu możesz zapomnieć o Mondavim, przecież on miał zamiar robić
                > NAJDROŻSZE wino w Langwedocji. Poza tym weź pod uwagę fakt, że płacąc
                > gigantowi za jego wino płacisz też za olbrzymie koszty promocji tego wina.
                > Ja osobiście wolę, owszem, kosztem sporego ryzyka, pogrzebać wśród win
                > tych "kurdupli", bo wiem, że właśnie tam mam szansę znaleźć prawdziwe perełki.
                A i owszem, też lubiłbym, tylko że nie mam gdzie, boć przecie kraj ten, kraj
                barwny, pelargonii i malwy to pustynia winna zwłaszcza dla ludzi z niezasobnym
                portfelem i do tego na prowincji (Kraków to przecież niewielka twierdza na
                krańcach Galicji).
                Chodzi mi cały czas o zasadę: róbże chłopie coś i próbuj to sprzedać, zamiast
                przeszkadzać innym robić i sprzedawać pod sztandarem idei narodowej, ludowej,
                sprawiedliwości społecznej, antyglobalistycznej, czy jakiejkolwiek innej, boć
                to przecie jakieś takie durne. Nieprawdaż?
                Nie interesują mnie w tym przypadku ceny Mondaviowego wina zatem. A niechby się
                nawet przy tym wyłożył. Ale przynajmniej coś by z tego było może, lub nie. Im
                droższe wino by sprzedawał, tym mniej zresztą konkurowałby z drobnymi
                producentami z Langwedocji (Bieńczyk oskarża Gogolińskiego, że popiera
                wyniszczanie drobnych producentów - hihihi). Już widzę, jak biedny Guibert,
                którego Bieńczyk kocha, boć on dla idei robi flachy powyżej 100 euro, nie na
                sprzedaż, jest przez to wyniszczony.

                Chętnie zapłacę gigantowi za promocję pod warunkiem, że wino jest dobre,
                bo "merdre <grówno - przyp. mój> mnie obchodzi czy to robi gigant czy kurdupel,
                byle było dobre i tanie" (ha, ha, sam się cytuję, więc skończę pozdrawiając).
                • winoman Re: jeszcze jedno 04.02.04, 02:45
                  > Odnoszę się z szacunkiem do małorolnych, którzy robią pyszne sery, mleko,
                  > śmietanę czy też wino. Odnoszę się z szacunkiem do ludzi, którzy najporządniej
                  > jak umieją wykonują swoją pracę i starają się robić jak najlepsze produkty.
                  > Chodzi o to, że najwyraźniej w Aniane NIE ROBI SIĘ choćby dobrego wina, a
                  nawet
                  > się go niemal w ogóle nie robi.

                  Tu jednak przesadziłeś, zapewniam Cię, że Guibert robi dobre wina. Nie tylko on
                  zresztą.

                  > Zawsze poprę maleńkiego dobrego, uczciwego, dobrego producenta "z charakterem"
                  > i będę wolał jego wyrób od produktu w folii z nalepką wielkiego koncernu. Pod
                  > warunkiem wszak, że jakość tego wyrobu będzie przynajmniej uczciwa.

                  Ale sprawiasz wrażenie, jakbyś jednoznacznie negatywnie oceniał langwedockie
                  wina
                  na podstawie swoich złych doświadczeń z polskimi importerami. To tak samo jak
                  wygłaszanie negatywnych opinii na temat win węgierskich na podstawie Egri
                  Bikaver
                  za 8 zł.

                  > Co do Chorwacji: na Horecy w Krakowie wynalazłem stoisko czegoś, czego jeszcze
                  > nie ma, ale będzie ponoć: "Vinoteca Croatica". Były tam przepyszne wina od
                  > niewielkich jak sądzę producentów, a znalazłem też - to ciekawostka - wielkie
                  > nazwisko: Grgić mianowicie, który wrócił do domu i znów zajął się robieniem
                  > wina. Był tam jego plavac. Cóż tu mówić... Mniam.

                  U niego w winnicy 135 kun, a więc jakieś 85 zł, w normalnych sklepach
                  chorwackich
                  już niemal 100 zł, jak znam życie, w Polsce duuużo więcej będzie Kosztować. Ale
                  doceniam ewentualnego importera, Miljenko Grgić jest bardzo wybredny i byle komu
                  wina nie sprzedaje. A co do jego powrotu, to nie całkiem prawda, w Chorwacji
                  bywa
                  2-3 tygodnie w roku ... jednak dobre i to. Mi bardzo smakował jego Posip, nie
                  wiem
                  czy nie bardziej niż Plavac.

                  > Był też chyba (nie pamiętam
                  > już) dingac z jagód zrodzynkowanych na krzewach. Drugie mniam. I tak dalej.

                  Ale to już chyba nie Grgić? On ma tylko dwa wina w ofercie.

                  > Chodzi mi cały czas o zasadę: róbże chłopie coś i próbuj to sprzedać, zamiast
                  > przeszkadzać innym robić i sprzedawać pod sztandarem idei narodowej, ludowej,
                  > sprawiedliwości społecznej, antyglobalistycznej, czy jakiejkolwiek innej, boć
                  > to przecie jakieś takie durne. Nieprawdaż?

                  Problem w tym, że dużo łatwiej sprzedać, gdy się ma nazwisko Mondavi, nawet
                  jeśli wino nie jest lepsze niż sąsiada, ale za to dwa razy droższe.

                  > wyniszczanie drobnych producentów - hihihi). Już widzę, jak biedny Guibert,
                  > którego Bieńczyk kocha, boć on dla idei robi flachy powyżej 100 euro, nie na
                  > sprzedaż, jest przez to wyniszczony.

                  Nie wiem, ile kosztuje jego Cuvvee Emile Peynaud, ale wina Guiberta zaczynają
                  się od ok 5 euro, a najważniesze Vin de Pays de l'Herault kosztuje ok 25-30
                  euro
                  (w Polsce trochę ponad 200 zł). Co do stosunku Makra Bieńczyka do Guiberta,
                  polecam ponowną lekturę tekstu z 5 numeru MW, on naprawdę nie jest taki
                  jednostronny!

                  > Chętnie zapłacę gigantowi za promocję pod warunkiem, że wino jest dobre,

                  No i bardzo dobrze, natomiast Markowi Bieńczykowi chodziło po prostu o to,
                  że nie było jeszcze wina, a już było wiadomo, że będzie kosztować 60 euro,
                  co sprowadza się do płacenia za nazwisko, nie za wino. Za dobre nazwisko
                  też chętnie zapłacisz?

                  Pozdrawiam!
                  • Gość: cienkusz Re: jeszcze jedno IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 04.02.04, 03:39
                    winoman napisał:

                    > > Chodzi o to, że najwyraźniej w Aniane NIE ROBI SIĘ choćby dobrego wina, a
                    > nawet się go niemal w ogóle nie robi.
                    >
                    > Tu jednak przesadziłeś, zapewniam Cię, że Guibert robi dobre wina. Nie tylko
                    on zresztą.

                    Chodzi mi o te zaniedbane albo źle wykorzystane winnice, o których - jako
                    licznych - pisała Agnieszka Wyrobek (ona przecież jest też autorką tego tekstu
                    i zdaje się pracuje we Francji jako winorób, nie podejrzewam jej przeto o
                    uprzedzenia; ona też zbierała materiały we Francji - patrz metryczka txtu).
                    Guibert to zupełnie inna para kaloszy.

                    Nie oceniam jednoznacznie negatywnie langwedockich win (do Langwedocji czuję
                    zresztą większą sympatię niż do innych regionów Francji poza Wandeą), nigdzie
                    tego nie napisałem, czytałem wręcz w tym samym numerze Wina wiele pochlebnych
                    txtów, w tym połowę co najmniej Gogolińskiego, na temat Langwedocczyków i ich
                    win. Tym bardziej mnie zadziwiają zarzuty Bieńczyka do Gogolińskiego.

                    Co do Chorwacji - nie pytałem o ceny, niestety... Dingac był czyjś inny, nie
                    Grgića.

                    Magia nazwiska Mondaviego nie jest chyba aż tak wielka. Czytałem chyba w jakimś
                    starym Fine Wine & Spirits, że konsument zwraca uwagę zwłaszcza na miejsce i
                    odmianę. Tak czy owak, uważam że nie kwestia nie jest w tym, czy to Mondavi,
                    czy kto inny, tylko w samym podejściu do sprawy. Jeżeliby tam przyjechał ktoś
                    zupełnie nieznany z np. Australii i chciał zainwestować 50 mln dol., to
                    sytuacja byłaby podobna; i gdyby chciał sprzedawać wino po 60 euro - czy
                    spotkałby się z identyczną reakcją Marka Bieńczyka i większości tu dyskutantów?

                    Co do cen Guiberta - biję się w piersi, nie sprawdziłem, odszczekuję pod stołem.

                    Tekst o Guibercie przyznaję dość uczciwy, chodziło mi o wyraźne
                    przeciwstawienie Mondaviego i Guiberta na zasadzie "Mondavi zły"-"Guibert
                    dobry" w polemice z Gogolińskim, i implikację, że Mondavi to wstrętna marka, a
                    Mas Daumas Gassac - w ogóle nie marka. Toż to coś nie tak.

                    Za dobre nazwisko nie zapłacę (choć mam brzydkie). Jeżeli Mondavi chce
                    sprzedawać masowe wino za 60 euro - jego sprawa. Jak kto głupi, niech kupi.
                    Wolę kupować portugalczyki po 30 złotych. No i skąd wiadomo właściwie, że to
                    wino nie byłoby warte 60 euro? Nigdy nie będzie wiadomo. Niechby Mondavi dostał
                    po zadku produkując to wino - pal go sześć. Jego sprawa. Ale stawanie murem za
                    jakimiś cymbałami, bo właściwie bez racjonalnego powodu nie dali produkować
                    wina jakiemuś (dowolnemu) gościowi i sami na dodatek go nie produkują za
                    bardzo, bo może wolą żyć z dopłat UE do nieprodukcji, nie bardzo mieści mi się
                    w głowie. Nawet w ogóle nie.

                    pozdrawiam
                • Gość: star Re: jeszcze jedno IP: *.fsmw.math.uni.wroc.pl / *.fsmw.math.uni.wroc.pl 05.02.04, 11:17
                  Witam!

                  >Gość portalu: cienkusz napisał(a):
                  > Chodzi o to, że najwyraźniej w Aniane NIE ROBI SIĘ choćby dobrego wina,

                  W Aniane oprocz Guiberta jest i Vaille, jest jeszcze Ch. Capion:
                  www.capdagde.net/vin/languedoc-roussillon/coteaux-languedoc/capion.html
                  i w koncu cos blizszego cialu czyli St. Dominique, skad wina sa dostepne u nas:
                  czyt. Lodz, Wroclaw,? i ktorego La Chapelle kupilem juz 3 butelki (1 czeka
                  jeszcze) zreszta od duzego producenta z Bordeaux L. Vialarda, ktoremu udalo
                  sie zainwestowac w Aniane:
                  www.vialard.com/stdominique.htm
                  www.leeswineclubshop.com/products.cfm?PID=411
                  a tu Merlot i CS
                  www.vinavisen.dk/vinavisen/website.nsf/pages/Nyheder_2003-11
                  a tu Syrah+Carignan (poprawna wersja:-)

                  Dodam jeszcze watek o Langwedockich winach ogolnie ktory kiedys napisalem:
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=18&w=6893152&a=8688985
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=18&w=6781770&a=6781770
                  Argumenty o zatrudnieniu dla lokalnej ludnosci (Eldorado;-) brzmia dobrze
                  dopoki nie przeczyta sie ze wg projektu, ktoremu Andre Ruiz (byly mer)
                  przyklasnal: zatrudnienie mialo znalezc 8! osob.

                  Podatek z ew. inwestycji z pewnoscia zasilil by kase lokalna
                  ale czy wydany by zostal na restrukturyzacje kooperatywy tego nie wiem.

                  Co do inwestycji Mondaviego to w Chile chyba Sena to jednak dobre wino (tak
                  mowia), choc mnie np wdzieczaca sie Caliterra za jedyne! 60zl w sklepiku ...
                  (tak tak Pani Baworowska PSS Spolem (choc nie bialystok)) jakos
                  nie kusi...

                  W Langwedocji ponoc marke Vichon Mediterrane, Mondavi firmuje -
                  ale na sukces w Stanach chyba sie nie zanosi - a u nas tez ani slychu ani widu
                  (tak wiec jedna wiecej i to za 60E to raczej dla nas rozwazania natury
                  teoretycznej).

                  W Australii Mondavi tez wsparl lokalna spolecznosc poprzez jv z Sothcorp.

                  Kilka wiadomosci z powyzszej wypowiedzi wzialem z artykulu, ktory cytowalem
                  wczesniej a w ktorym autor orocz tego, ze ukul swoja teorie spiskowa dziejow,
                  to podal w miare obiektywnie sporo informacji lub opinii.

                  Wspomina on tez o tym, ze mieszkancy wygrali sobie (swiety) spokoj (nie kazdy
                  lubi jak mu sie obok domu cyrk lub wesole miasteczko instaluje), turysci oraz
                  mysliwi mozliwosc realizacji sowjego hobby, ekolodzy srodowisko naturalne,
                  rodzina Guiberta status-quo (czyt. niezagrozona pozycje), no i w koncu
                  nowy mer Ruiz zrobil na tym kariere polityczna...

                  Autor dodaje ze stracila kooperatywa no i Mondavi, i Langwedocja jako marka...

                  Najbardziej zadowoleni z inwestycji byli podobno szef kooperatywy oraz agent
                  Skalli (od Fortant de France) bo on pewno by duzo wiecej zyskal niz mali
                  producenci majacy swoje winnice opodal Mondavine...

                  Aha i jeszcze pocztkowo Mondavi (1996) chcial wejsc w spolke z Guibertem (jak
                  z Frescobaldimi), ale jakos im nie wyszlo...

                  Pozdrawiam
                  star

                  ps. Co do bezstronnosci opinii to chyba p. M. Bienczyk wiecej czasu
                  spedzil z Guibertem, a p. W. Gogolinski lub p. A. Wyrobek z Pearsonem...
                  i tak dalej czyli winoman z ..., a ciekusz z ..., itd.: star z ...
                  Dla mnie artykuly M. Bienczyka mimo, ze nie kryjace sympatii
                  byly duzo bardziej stonowane.


        • Gość: sebulba Re: Bienczyk kontra Gogoloński IP: 213.134.152.* 26.01.04, 10:36
          A ja myślę, że problem polega na ogólnej komercjalizacji. Podsuwa się
          konsumentom to czego chcą. Wytwarza się dla nich (dla nas?) produkty, które są
          w stanie łatwo przyswoić. Spójrzmy na telewizję (krwisty TVN), radio (nawet
          Trójka zmieniła styl na Zetkowo RMF-owy) czy prasę (Fakt). Wszystko staje się
          beznadziejnie marną papką. Macdonaldyzacja postępuje w tempie zastraszającym.
          Przyznaję, że ta świadomość męczy mnie nie od dziś.
          Ale jak się bronić? Producenci koniaku starali się zachować jego prestiż i
          status napoju luksusowego. W tym samym czasie wytwórcy szampana lansowali modę
          na picie babelków w drinkach. Skutek? "Szampanowcy" zarabiają coraz
          więcej, "koniakowcy" obudzili się z ręką w nocniku i naprędce konstruują
          kampanię skierowaną do młodych konsumentów pod hasłem "koniak do wszystkiego".
          Smutne, ale prawdziwe.
          Chablis w PET-ach?
          Obym nie doczekał ;-(
          • ducale Re: Bienczyk kontra Gogoloński 26.01.04, 11:05
            Gość portalu: sebulba napisał(a):

            > > . W tym samym czasie wytwórcy szampana lansowali modę
            > na picie babelków w drinkach.
            tak to jakas farsa jak dla mnie ,lansowanie mody na picie champagne przez
            slomke,niestety widze tych reklam coraz wiecej w znanych periodykach
            > Chablis w PET-ach?
            heheh " zgrzewke tego premier cru Pan da, tą w promocji z colą :)"
            > Obym nie doczekał ;-(
            ja tez
        • winoman Re: Bienczyk kontra Gogoloński 03.02.04, 02:37
          Gość portalu: cienkusz napisał(a):

          > Problem w tym sporze polega bardziej na starciu między praktyką a ideologią.
          > Bardzo lubię Marka Bieńczyka, ale jego podejście do wina, przepraszam, Wina,
          > jest tak zideologizowane, uduchowione i egzaltowane, że całowicie rozmija się
          z
          > praktyką człowieka, który KUPUJE wino za własne pieniądze.

          Mogę Cię zapewnić, że Marek Bieńczyk też kupuje wino za własne pieniądze.

          > Chodzi o prostą zależność: jeżeli na coś wydajesz pieniądze, to
          > pijąc to nie możesz czuć się najnormalniej w świecie nabity w butelkę. Ja
          wiem,
          > że kiedy nie mam czasu ani ochoty na eksperymenty, a mogę sobie pozwolić tylko
          > na umiarkowane wydatki na wina, wolę kupić sprawdzonego przyzwoitego, lecz
          > masowego australijczyka albo na przykłąd coś od Torresa, niż w tej samej cenie
          > nieznanego francuza z dobrą (lub raczej znaną) apelacją, który zwykle jest
          dość
          > ohydnym cienkuszem.

          Pretensje powinieneś kierować w stronę importera, który takie coś sprowadza.
          Zauważ, że większość australijczyków trafia do Polski poprzez Europę Zachodnią,
          tamtejsi importerzy na ogół trochę lepiej znają się na winach od większości
          naszych.

          > Do wina o dobrej relacji jakości do
          > ceny wraca się zawsze prędzej czy później.

          Żeby wrócić, trzeba choć raz trafić. Dużo łatwiej trafić na technologiczny,
          przyzwoity produkt giganta, niż na dobre wino małego producenta.

          > przyzwoitą cenę. Nie czarujmy się, gdy Bieńczyk pisze o markach i o swojej do
          > nich niechęci, zapomina, że istnieją marki (nawet ostatnio biją się o literę B
          > w kampaniach reklamowych) Bordeaux albo Bourgogne, pod którymi chowają się
          > rożnego rodzaju winiarze drobni i świetni oraz drobni i do dupy. Są to tak
          samo
          > dobre albo i lepsze marki-znaki rynkowe niż Mondavi, Hardy albo Torres.

          Porównujesz markę Mondavi z marką Bordeaux. Powinieneś raczej porównać
          markę Bordeaux z marką Kalifornia, albo markę Mondavi z marką Rotschild.

          > końcowy, end user. Z pewnością więcej szacunku ma dla mnie ten, kto się stara
          > zawrzeć dobre wino w każdej z dwudziestu milionów swoich butelek za 3 dychy,
          > lecz lekceważy terroir, niż ten, który obnosi się z tym jakże modnym
          pojęciem,
          > a do butelki za 3 dychy wlewa popłuczyny i jeszcze ma pretensje do świata, że
          > tego nikt nie pije. Francuzi akurat (a Bieńczyk jest najwyraźniej frankofilem)
          > w tym celują.

          Znów uogólnienie, oraz nie ten cel. Tobie wino sprzedaje importer któremu
          najwidoczniej nie chciało się, albo nie umiał, znaleźć naprawdę dobrych win.
          Na szczęście są tacy, którym się chce. Zawsze będę chwalił Petera Pulawskiego
          z Grand Cru i Cecile Bergasse z Vinariusa, właśnie za to, że wynajdują dobre
          wina od małych producentów!

          > A co do oscypków: jeżeli Mondavi w apelacji oscypkowej zrobi fabrykę i będzie
          > produkował 2 miliardy oscypków "pod klienta", na przykład mniej słonych albo
          > śmierdzących, za 3 złote, a jakiś góral białczański wyprodukuje fenomenalny
          > oscypek dla znawców za 30 złotych,

          Problem w tym, że Mondavi jeszcze przed narodzinami pierwszej owcy
          zadeklarowałby, że będzie robił oscypek za 50 zł.

          Przeczytaj uważnie tekst Marka Bieńczyka. Przecież tak jak Tobie, jemu
          chodzi o WINO! Dużo piszesz o konsumencie. Niestety większość konsumentów
          kupuje "po nazwisku". Jest Rotschild, musi być świetne (i kupują Mouton Cadet,
          albo jeszcze gorzej), jest Mondavi, kupują. Kto wie, ile jest lepszych od
          Mouton
          Cadet win z Bordeaux, które nie mają żadnej szansy na rynku.

          Na końcu odpowiedzi Gogolińskiego jest fragment, na który chciałbym zwrócić
          uwagę.
          Pisze Gogoliński, że w Kalifornii, gdyby tylko Aime Guibert zjawił się z
          furmanką
          pieniędzy, mógłby robić co chce. Jest to nieprawda, społeczności lokalne mają
          tam
          duży wpływ na to, komu pozwala się inwestować i jaki charakter ma inwestycja.
          Sam
          byłem świadkiem jak grupa mieszkańców przedmieścia skutecznie zablokowała dużą
          inwestycję deweloperską na terenach całkiem prywatnych. A i o nagonkach
          antyfrancuskich można było ostatnio poczytać.

          Życzę powodzenia w poszukiwaniu dobrych i niedrogich win z Francji, mając przed
          sobą w kieliszku ostatni łyk wina australijskiego giganta. Lindemans Bin 50,
          rocznik
          2001 :-))

          Pozdrawiam!
          • Gość: cienkusz Re: Bienczyk kontra Gogoloński IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 04.02.04, 02:52
            winoman napisał:

            > Porównujesz markę Mondavi z marką Bordeaux. Powinieneś raczej porównać
            > markę Bordeaux z marką Kalifornia, albo markę Mondavi z marką Rotschild.

            Chodzi bardziej o znaczenie - jak napisałem - jako znaku rynkowego, a nie o
            umiejscowienie w tej samej kategorii odniesienia. W niedawno ogłoszonych
            zamiarach promocyjnych zarówno Burgundia jak i Bordeaux traktują swoje nazwy
            jako "markę" ("brand"). Większość ludzi na świecie nie ma pojęcia, co
            to "Mondavi", a kojarzy, co to "bordo" czy "burgund". W tym sensie siła rynkowa
            tego znaku-marki jest znacznie większa niż Mondavi, Hardy's czy Torres.

            > Znów uogólnienie, oraz nie ten cel. Tobie wino sprzedaje importer któremu
            > najwidoczniej nie chciało się, albo nie umiał, znaleźć naprawdę dobrych win.
            > Na szczęście są tacy, którym się chce. Zawsze będę chwalił Petera Pulawskiego
            > z Grand Cru i Cecile Bergasse z Vinariusa, właśnie za to, że wynajdują dobre
            > wina od małych producentów!
            Wydaje mi się, że dość szeroko narzeka się na średnią przeciętną jakości
            francuskich win, a i sami co przytomniejsi producenci z Francji łapią się za
            głowy i dumają, jak ratować nadszarpniętą reputację francuskiego wina. Stąd
            zresztą wzięły się te ogromne kampanie promocyjne, o których powyżej napisałem
            (jedna to B - for Bordeaux, druga B - for Bourgogne. Chyba wezmą sobie po
            jednym brzuszku z tego B).
            Strasznie byłoby poza wszystkim fajnie mieć langwedockie wina od Cecile
            Bergasse czy tez inne fajne francuzy od Pulawskiego, tylko że w mojej wsi ich
            nie ma. No ale dlaczego tak trzeba strasznie wnikliwie szukać, gdzie też te
            tanie i dobre wina od małych francuskich producentów są? Może bardziej powinni
            się postarać? Może też bardziej powinni się postarać dziennikarze winiarscy,
            tacy, jak Marek Bieńczyk, i pisać więcej o tych małych, a nie międlić latourów
            i margauxów czy innych im podobnych, bo wina się trzeba nauczyć, a ja na
            latourze uczyć się nie mogę, bo to płatna szkółka dla elity finansowej.
            No i właśnie: ludzie na czymś muszą się uczyć. Chyba lepiej niech zaczną od
            jakichś masowych przyzwoitych nowoświatowców i potem szukają dalej, niż żeby
            spróbowali nieprzyzwoitego (loteria!) bordeaux (bo to, panie, bordo!) i wrócili
            do piwska.
            Niechby więc Marek Bieńczyk porzucał raz na jakiś czas sławne miejsca w cote
            rotie i napisał np.: pan Leblanc robi w Prowansji fajne wina po 5 euro za
            flachę, pan Lerouge w (niech będzie) Bordeaux miłe po 6 euro, warto kupić za tę
            cenę, bo dobre! Tem bardziej, że od maja można sobie będzie przywozić z
            wakacji, a wtedy polscy importerzy-leniuchy pójdą do piachu. I dobrze.
            Jak on tak będzie mnie informował, to uratuje kilku drobnych a dobrych
            producentów z Langwedocji. Jak on będzie pisał tylko, że Mondavi jest wstrętny
            i rozdzierał szaty nad losem małorolnych partaczy z Aniane, a jednocześnie
            opisywał seryjnie swoje wrażenia na temat win po 100 euro, to nikogo nie
            uratuje, a jego oburzenie nad - horrendum! - 60-eurowymi (nieistniejącymi)
            flaszkami Mondaviego jest "merdre" warte, tem mianowicie bardziej, im bardziej
            one nie istnieją (może byłyby tyle warte?) i im bardziej Marek Bieńczyk
            rozpisuje się na temat czegoś, na co przeciętnie zarabiający miłośnik wina
            nigdy nawet nie podniesie oczu, bo za wysoka to półka.

            pozdrawiam, mam nadzieję, że Bin 50 dobry, choć to przecie w nim Demon Marki
            siedzi!
            • winoman Re: Bienczyk kontra Gogoloński 04.02.04, 03:38
              > Strasznie byłoby poza wszystkim fajnie mieć langwedockie wina od Cecile
              > Bergasse czy tez inne fajne francuzy od Pulawskiego, tylko że w mojej wsi ich
              > nie ma.

              Nie piszesz z Krakowa? Vinarius ma tam siedzibę. Peter Pulawski też by
              pewnie chętnie sprzedawał w Krakowie, gdyby ktoś z Krakowa się zgłosił.
              Zresztą sprzedaje też wysyłkowo

              > No ale dlaczego tak trzeba strasznie wnikliwie szukać, gdzie też te
              > tanie i dobre wina od małych francuskich producentów są? Może bardziej powinni
              > się postarać? Może też bardziej powinni się postarać dziennikarze winiarscy,
              > tacy, jak Marek Bieńczyk, i pisać więcej o tych małych, a nie międlić latourów
              > i margauxów czy innych im podobnych, bo wina się trzeba nauczyć, a ja na
              > latourze uczyć się nie mogę, bo to płatna szkółka dla elity finansowej.

              W "Winach Europy" Langwedocja zajmuje kilkanaście stron, jest tam wielu
              producentów niedrogich win. O tym, że we Francji, czy we Włoszech można
              znaleźć mnóstwo win tańszych i lepszych niż te importowane do Polski Marek
              Bieńczyk i inni wielokrotnie pisali. Zresztą przeceniasz chyba możliwości
              dziennikarzy winiarskich, zwłaszcza w sytuacji, gdy niemal wszystko można
              podciągnąć pod niedozwoloną w tym kraju reklamę wina.

              > Niechby więc Marek Bieńczyk porzucał raz na jakiś czas sławne miejsca w cote
              > rotie i napisał np.: pan Leblanc robi w Prowansji fajne wina po 5 euro za
              > flachę, pan Lerouge w (niech będzie) Bordeaux miłe po 6 euro, warto kupić za

              > cenę, bo dobre!

              No cóż, powiem tyle: czasem pisuje, w MW i nie tylko tam, a czy może więcej
              pisać
              to zależy nie tylko od niego. Żeby to trafiło pod strzechy, to w każdym
              szanującym
              się dzienniku powinien być dobry dziennikarz winiarski, niestety nie tylko w
              Polsce
              nie jest to realne, nawet w Anglii znakomitości w rodzaju Jefforda tracą swoje
              rubryki
              w pismach codziennych.

              > Jak on tak będzie mnie informował, to uratuje kilku drobnych a dobrych
              > producentów z Langwedocji. Jak on będzie pisał tylko, że Mondavi jest wstrętny
              > i rozdzierał szaty nad losem małorolnych partaczy z Aniane, a jednocześnie
              > opisywał seryjnie swoje wrażenia na temat win po 100 euro,

              Wybacz, ale tu już podejrzewam Cię albo o ślepotę, albo o złośliwość.
              Niestety nie mam na to czasu, ale jestem pewien, że gdyby tak dokładnie
              przejrzeć jego teksty w MW i w Przekroju, win po 100 euro byłoby tam
              znikomo mało. Przeglądam 6 numer MW i co widzę: arytkuł na temat
              warszawskiej degustacji win z Roussillon (co prawda bez cen, ale
              skądinąd wiem, że niskich lub przyzwoitych) zakończony retorycznym
              pytaniem do importerów, rozmowa z Leonardo Frescobaldim (był w
              Warszawie, trudno, żeby poważne pismo jego pobyt przemilczało),
              teksty o szampanach (no trudno, choć ich polskie ceny to nie jego wina),
              tekst o Peterze Pulawskim, felieton o enzymach (no tak, wspomina się tam
              Chateau d'Yquem i Vosnee-Romanee), polemiczny artykuł który
              zapoczątkował tę dyskusję, wreszcie oceny (pozytywne) win dostępnych
              w Polsce, te sygnowane przez MB w cenach 64, 33, 33, 25, 33, 33, 50,
              27, 50, 21, 40, 35, 55, 40, 46, 40. Nie jest więc tak, jak sugerujesz.

              > pozdrawiam, mam nadzieję, że Bin 50 dobry, choć to przecie w nim Demon Marki
              > siedzi!

              Przyzwoity, ale z większą przyjemnością piłem dziś tańsze sangiovese :-))

              Pozdrawiam!
              • Gość: cienkusz Re: Bienczyk kontra Gogoloński IP: *.krakow.dialup.inetia.pl 04.02.04, 03:59
                winoman napisał:

                > Wybacz, ale tu już podejrzewam Cię albo o ślepotę, albo o złośliwość.
                > Niestety nie mam na to czasu, ale jestem pewien, że gdyby tak dokładnie
                > przejrzeć jego teksty w MW i w Przekroju, win po 100 euro byłoby tam
                > znikomo mało.

                Byłem złośliwy, to prawda. Okoliczność łagodząca dla mnie jest taka, że NIE
                ROZUMIEM kompletnie, o co Markowi Bieńczykowi chodzi w polemice z Gogolińskim i
                Wyrobek, a to, co zrozumiałemm, wydaje mi się merytorycznie nieuzasadnione i
                oparte raczej na uprzedzeniach niż przemyśleniach.
                A w ogóle to bardzo Marka Bieńczyka lubię, bo to wariat winiarski, a któż ci o
                czemś ładniej opowie niż wariat? I jego teksty też lubię. Nie rozumiem tylko
                ZASAD, za którymi optuje w swojej polemice. ZASADY za to przeciwko którym się
                wypowiada rozumiem i popieram.
                Te 100 euro wzięło mi się chyba stąd, że kupuję sobie magazyn Wino, czytam od
                deski do deski, i na większość z opisywanych win mnie kurcze nie stać.
                Vinariusa poszukam, dziękuję za informację.
                Sangiovese kupiłem w święta do kaczuszki, bo jakoś mi się nie widziało żadne
                białe, i z duuuużą satysfakcją wyczytałem ostatnio w Hugh Johnsonie, że tak
                było dobrze. Ajaj, jak to miło, jak człowiek sam sobie coś dobrze wymyśli!

                pozdrawiam i zabieram się do pracy, bo sobię koresponduję, a na rano pracę
                skonczyć trza.
                • holita Re: Bienczyk kontra Gogoloński 04.02.04, 19:54
                  Zajrzyj do Vinoteki na Slawkowska. Pare win z Vinariusz juz tam jest (w duzej
                  mierze dzieki rekomendacji uczestnikow tego Forum).
                  Pozdr.
              • amsti Re: Bienczyk kontra Gogoloński 04.02.04, 11:21
                a.
                >
                > Nie piszesz z Krakowa? Vinarius ma tam siedzibę. Peter Pulawski też by
                > pewnie chętnie sprzedawał w Krakowie, gdyby ktoś z Krakowa się zgłosił.
                > Zresztą sprzedaje też wysyłkowo
                >
                No i jest jeszcze Nicolas --> zawsze można trafić na coś naprawdę niezłego od żabojadów za dobrą cenę.


      • Gość: star Re: Bienczyk kontra Gogoloński IP: *.fsmw.math.uni.wroc.pl 02.02.04, 00:23
        Jeszcze jeden glos (i to jaki!) w tej sprawie :

        www.oliviertorres.net/travaux/pdf/otmondavi.pdf
        mozna by te tematyke studentom na prace magisterska zadac
        i to na niejednym kierunku ;-)

        Co do Derpardieu to chyba on zakupil ok. 2ha (zamiast 50ha w przypadku
        Mondaviego) i to w nieco innej lokalizacji, ktora bodajze Mondavi
        zainteresowany nie byl...

        Pozdrawiam
        star

        PS. Calym sercem i nawet odrobina umyslu ;-) opowiadam sie
        w tym sporze za Bienczykiem!





    Inne wątki na temat:
    Pełna wersja