10.11.06, 09:50
pl.wikipedia.org/wiki/Gruzja
www.penetrator.waw.pl/gruzja/gruzja.html
Obserwuj wątek
    • turdoradca Zapomniany grób Poniatowskich 10.11.06, 09:56
      www.polskieradio.pl/spoleczenstwo/daleko.aspx
      Patrycja Prześlakiewicz
      Etnograf, ekspert od Kaukazu, autorka pracy magisterskiej o Polakach w Gruzji.

      – Stalin i mój dziadek bawili się razem. Matka Stalina piekła dla Poniatowskich
      chleb. W czasie wojny Stalin nie pozwalał wysyłać Poniatowskich na front.

      ***
      Jest pochmurny i chłodny, październikowy dzień. Achalciche, małe miasteczko w
      południowej Gruzji, tuż przy granicy z Armenią. Ponad połowę mieszkańców
      stanowią Gruzini. Reszta pstra i wielobarwna. Ormianie, Rosjanie (w tym
      sekciarze: mołokanie, starowierzy i duchoborzy), Ukraińcy, Grecy, Żydzi,
      Cyganie, Niemcy, Kurdowie i kilka innych grup etnicznych, w tym Polacy. Wśród
      nich nie byle kto: rodzina Poniatowskich.

      Zasypują mnie opowieściami o swojej rodzienie. – Król Stanisław usynowił
      bratanka i my idziemy z tej linii. – tłumaczy mi mieszanką rosyjskiego i
      gruzińskiego Tamara Poniatowska – Mój ojciec uważał się za następcę. Na pieczęci
      było to napisane. W czasie wojny Stalin nie pozwalał wysyłać Poniatowskich na
      front, bo się bał, że mogliby tam zostać i objąć tron. Król Stanisław August był
      bardzo bogaty. Po Petersburgu jeździł złotą karetą. Ale nie mógł wypłacać
      pieniędzy na swoje nazwisko i wypisywał czeki na znajomych. Mówili, że w bankach
      Szwajcarii jest spadek dla Poniatowskich.
      – A co ty opowiadasz! – przerywa jej Lala Poniatowska – Nasi przodkowie zabili
      króla i uciekli. Tak przyjechali tutaj.
      Irakli Poniatowski nie daje za wygraną: – Jesteśmy wielką rodziną. Stalin i mój
      dziadek bawili się razem. Sąsiadami byli. Matka Stalina piekła dla Poniatowskich
      chleb. Obiad im robiła. Takie czasy były.


      Odkrycie

      Na jednym ze wzgórz okalających Achalciche miejscowi katolicy zbudowali w końcu
      XIX w. kościół, do którego zaczęli uczęszczać też napływowi Polacy. Przy
      kościele stanął cmentarz katolicki. Dziś z kościoła pozostały ruiny, a z
      cmentarza – zarośnięte nagrobki, których już nikt nie odwiedza i nie pielęgnuje.
      Zapomniane przez Boga i ludzi kamienne tablice. Dokoła metalowe płotki. Niegdyś
      ozdobne, dziś w większości zardzewiałe.

      Tego właśnie jesiennego dnia poszukiwałam na cmentarzu w Achalciche śladów
      polskości i stała się rzecz niezwykła. Razem z rodziną Poniatowskich odkryliśmy
      grób Aleksandra Kajetanowicza Poniatowskiego. Odczytać można było tylko imię i
      nazwisko oraz datę urodzin – 1822 rok i śmierci – 1907 r. Wszystko po gruzińsku.
      W rodzinie Poniatowskich nie zachowały się żadne przekazy, które wspominałyby
      coś o rzeczonym Aleksandrze. Nikt z rodziny mieszkającej w Achalciche nie miał
      nawet najmniejszego pojęcia o istnieniu tego grobu. To był prawdziwy cud: – Bóg
      pomógł w odnalezieniu! – Irakli Poniatowski ze wzruszenia nie mógł przez dłuższy
      czas wypowiedzieć ani jednego słowa. Nie poznawałam go. Na codzień rozmowa z nim
      przypominała, bowiem, zazwyczaj jedno wielkie, nigdy nie kończące się exposé.
      Pełen szacunku dla przodków Irakli przyklęknął i starał się oczyścić porośniętą
      mchami płytę nagrobną, najpierw gołymi rękami, a potem szczoteczką do
      czyszczenia ubrania.

      Oprócz tego znaleźliśmy jeszcze inne nagrobki z napisami w języku polskim:
      Elżbiety Wiercińskiej: „Zmarła 5 maja, 1885 r. Żyła lat 24”, jeden z napisem
      częściowo już nieczytelnym: „Franuś Zdziechowski, 1893 r.” i ostatni z
      nazwiskiem – Dorotowski. Poza tymi trzema na cmentarzu leży jeszcze wiele innych
      mogił Polaków. Kogo w nich pochowano? To można odczytać już tylko po gruzińsku i
      rosyjsku.


      Gruziński Synaj

      Achalciche to stolica regionu Samcche-Dżawachetia, położonego na terenach
      jednego z dawnych księstw gruzińskich. „Gruziński Synaj” – mówiono o księstwie
      owym z nabożną czcią, mając na myśli ponad 20 miejscowych klasztorów, ważnych i
      promieniujących na cały kraj ośrodków piśmiennictwa gruzińskiego i myśli
      filozoficzno-religijnej. Tutaj powstała też słynna szkoła architektury
      gruzińskiej i malarstwa monumentalnego. Ale w XVII w. księstwo weszło w skład
      Imperium Osmańskiego. Achalciche przeżywało w tym okresie swój rozkwit i stało
      się jednym z ważniejszych centrów kultury muzułmańskiej w okolicy. Buduje się tu
      meczety, medresy, drukarnie. Sporo Gruzinów przechodzi wtedy na islam. W XVIII
      w. docierają tu jednak misje francuskich kapucynów nazwanych tu „Frangami” (do
      dziś mówi się tak w Gruzji o katolikach). Nie działają w próżni. Wśród Gruzinów
      i Ormian można już było spotkać katolików. Kontakty z łacińskim Zachodem sięgały
      na tych terenach XIII w. Kapucyni działali wszakże ostrożnie. Gruzinów-katolików
      zachęcali do przyjmowania obrządku ormiańskiego, jako że Ormian nie spotykały
      jakiekolwiek prześladowania ze strony Turcji. Ba, mało tego! Czasem to oni
      rozrabiali. W 1769 roku np. Ormianie-gregorianie przekupili tutejszego paszę,
      skonfiskowali dobra misji, zamknęli kościół i uprowadzili czterech misjonarzy.
      Dopiera szybka interwencja ambasadora Francji w Konstantynopolu przyczyni się do
      uwolnienia kapucynów i ich powrotu do Achalciche.

      Po przyłączeniu tych ziem do Rosji w 1829 roku sytuacja etniczno-wyznaniowa
      jeszcze bardziej się komplikuje. Carat sprowadza z terenów wschodniej Anatolii
      około 90 tysięcy Ormian, do Turcji wyjeżdżają z kolei gruzińscy muzułmanie. A
      dla Gruzinów-katolików wcale nie przyszły lepsze czasy. Nowe władzy zmuszają ich
      do porzucania obrządku łacińskiego i przechodzenia na ormiański.

      Gruzińskim katolikom, zresztą, w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko
      armenizacja ale i... polonizacja. Jakim cudem? Po pierwsze od XVII w. do lat 20.
      XVIII w. działali na tych terenach polscy jezuici. Owszem, to dopiero przetarcie
      szlaków dla następnych fal Polaków. Po Powstaniu Kościuszkowskim trafi tu grupa
      jego uczestników, także tych niedoszłych, którzy przedzierali się z Ukrainy. Pod
      Paskiewiczem walczą z kolei Polacy w wojnie rosyjsko-tureckiej, a po odbyciu
      służby wojskowej część z nich zostanie i osiedli się na południu Gruzji, w
      nagrodę otrzyma kawałek ziemi, no i pożenią się z Gruzinkami bądź Ormiankami
      wyznania katolickiego. Dzieci będą Polakami… Gruzińskimi, rzecz jasna…

      W latach 40. XIX w. w Gruzji jest około czterech tysięcy Polaków, a pod koniec
      tego stulecia już ponad osiem. Do żołnierzy dołączą urzędnicy, lekarze,
      inżynierowie, akuszerki, nauczyciele, kupcy i rzemieślnicy. – Wszyscy Polacy
      byli wykształceni. I Europa, i cywilizacja była tam. Car Rosji bardzo się ich
      bał, dlatego ich tu zesłał. Oni byli bardzo mądrym narodem. Jak coś tu mądrze
      zbudowane, to na pewno Polacy – mówią z atencją miejscowi Gruzini.


      Na stypie

      Przy każdym, nawet zarośniętym nagrobku, stał drewniany lub metalowy stół z
      daszkiem i ławami po bokach. Te wiaty, stoły biesiadne, spełniają ważną rolę w
      gruzińskich obrzędach pogrzebowych i pominkowych. W Gruzji, bowiem, po pogrzebie
      i pochowaniu zmarłego rodzina wydaje ucztę stypową. Na podwórku przed domem
      ustawia się dwa długie, nie kończące się rzędy stołów. Przy jednym siedzą
      mężczyźni, przy drugim zaś jest miejsce tylko dla kobiet. Stypie towarzyszy
      ściśle określony rytuał podawania kolejnych dań, które muszą koniecznie znaleźć
      się tego dnia na stole. Pierwsze – to potrawa podobna do znanej w Polsce,
      wschodniej „kutii”. Gęsta, słodka polewka z miodu, orzechów, migdałów i morelek,
      przyprawiona cynamonem i goździkami. Po pierwszej „kutii” podaje się dania
      mięsne i warzywne. Uczcie towarzyszą toasty wznoszone najczęściej domowym winem.
      Przy stole mężczyzn ceremonią wygłaszania kolejnych toastów kieruje specjalnie
      wybrany na ten dzień mistrz ceremonii, zwany „tamada”. Toasty przy męskim stole
      wypowiadane są przez kolejnych mówców długo, uroczyście i w pełnej powadze. Po
      każdym kolejnym wszyscy mężczyźni wstają i w
      • turdoradca ciąg dalszy: Zapomniany grób Poniatowskich 10.11.06, 09:57
        www.polskieradio.pl/spoleczenstwo/daleko.aspx
        cd. "Zapomniany grób Poniatowskich"

        Patrycja Prześlakiewicz
        Etnograf, ekspert od Kaukazu, autorka pracy magisterskiej o Polakach w Gruzji.



        Na stypie

        Przy każdym, nawet zarośniętym nagrobku, stał drewniany lub metalowy stół z
        daszkiem i ławami po bokach. Te wiaty, stoły biesiadne, spełniają ważną rolę w
        gruzińskich obrzędach pogrzebowych i pominkowych. W Gruzji, bowiem, po pogrzebie
        i pochowaniu zmarłego rodzina wydaje ucztę stypową. Na podwórku przed domem
        ustawia się dwa długie, nie kończące się rzędy stołów. Przy jednym siedzą
        mężczyźni, przy drugim zaś jest miejsce tylko dla kobiet. Stypie towarzyszy
        ściśle określony rytuał podawania kolejnych dań, które muszą koniecznie znaleźć
        się tego dnia na stole. Pierwsze – to potrawa podobna do znanej w Polsce,
        wschodniej „kutii”. Gęsta, słodka polewka z miodu, orzechów, migdałów i morelek,
        przyprawiona cynamonem i goździkami. Po pierwszej „kutii” podaje się dania
        mięsne i warzywne. Uczcie towarzyszą toasty wznoszone najczęściej domowym winem.
        Przy stole mężczyzn ceremonią wygłaszania kolejnych toastów kieruje specjalnie
        wybrany na ten dzień mistrz ceremonii, zwany „tamada”. Toasty przy męskim stole
        wypowiadane są przez kolejnych mówców długo, uroczyście i w pełnej powadze. Po
        każdym kolejnym wszyscy mężczyźni wstają i wypijają w milczeniu cały puchar do dna.

        Tak było również, kiedy gościłam u jednej z polskich rodzin w Achalciche: – Chcę
        wypić za przeszłych Polaków, za wykształconych Polaków. Za osobę mojego ojca.
        Gdyby to było wcześniej, w przeszłości, kiedy oni żyli można by dowiedzieć się
        dużo więcej. Wiedzieli więcej od nas, ale oni już nie żyją. Wypijmy za nich! Za
        ich pamięć! Za mojego ojca. – przemawiał Irakli Poniatowski.

        Jako gość rodziny musiałam wziąć udział w pogrzebie i stypie w sąsiednim domu.
        Sadzają mnie, rzecz jasna, przy stole kobiet. Tu, w odróżnieniu od śmiertelnej
        powagi stołu męskiego, panuje nastrój trochę swobodniejszy. Kobiety nie muszą
        trzymać się ściśle ustalonych rytuałów i kolejności podawania dań czy wznoszenia
        toastów. Panie czasami wybierają spośród siebie tzw. „kobiecego tamadę”, ta
        również wznosi toasty i wyznacza mówczynie kolejnych. Jednak żadna z nich nie
        wstaje i nie musi wypijać pucharu z winem do dna. Toasty wznoszone przez
        babskiego tamadę mogą być żartobliwe, można się trochę ponaśmiewać ze
        śmiertelnie poważnego mistrza ceremonii przy męskim stole. W przeciwieństwie do
        mężczyzn kobiety mogą też wstawać od stołu, kiedy chcą i skończyć stypę, kiedy
        tylko uznają to za stosowne.

        Nieco luźniejszy charakter mają pominki, które odbywają się, najpierw 40 dni po
        pogrzebie, potem pół roku i ostatnie – w rocznicę pogrzebu. Wtedy rodzina i
        przyjaciele zmarłego przychodzą już na cmentarz, gdzie spełniają zań toasty
        właśnie na owych zadaszonych stołach w pobliżu grobu zmarłego: – Chciałem wypić
        za waszych przodków! Za przodków tutejszych Polaków, którzy zostali tutaj. Ich
        już nie ma teraz. Dzieci wyrosły. Została rodzina. Oni na pewno starali się,
        żeby było lepiej, żeby było dobrze. Oni przeminęli, a teraz żyje jedno
        pokolenie, a potem drugie, trzecie, czwarte aż po setne pokolenie. Za przodków!
        Za przodków! – wykrzykuje Irakli.


        Pamięć o przodkach

        – To moja ziemia. – wyznaje Jura Potocki – Tutaj pochowano moich przodków.
        Jeżeli stanie się tak, że ludzie nie będą się szukać nawzajem i nie będą znać
        nikogo – wszystko stracimy, wszystko zniknie... Nie można wyprzeć się swoich
        przodków dlatego, że oni nie wiedzieli skąd, jak, za co, po co, a teraz wszystko
        się zapomina. W życiu jest dużo problemów. Ludzie za mąż wychodzą, zmieniają
        nazwiska, ale tożsamości nie zmienią. Można aż do 10 pokolenia pamiętać o
        przodkach. Żyjemy teraźniejszością, ale trzeba pamiętać o swojej przeszłości.

        Lala Poniatowska nie wyobraża sobie, by mogła wyjechać do Polski i zostawić w
        Gruzji rodzinę i krewnych, choć najbliższych straciła w tragicznych
        okolicznościach. – Muszę się opiekować grobami i pamiętać o wszystkich, którzy
        odeszli z tego świata. – podkreśla.

        Dbają, by „nie ginęło” imię. By trzymało więź z przodkami. – Pierwszy przyjechał
        Aleksander. I ojciec Irakliego nazywał się też Aleksander... Młodsi synowie
        noszą imiona wujków. Mnie na przykład nazwali Szalwa i syn mojego siostrzeńca
        powinien nosić moje imię. – tłumaczy Szalwa Poniatowski – U nas tak jest
        przyjęte. Tak, żeby nie stracić tego imienia, żeby nie zniknęło. Tak to
        przekazywali… Dzięki temu tutejsi Polacy noszą czasem polskie imiona. W rodzinie
        Poniatowskich powtarzają się na przemian Feliks i Aleksander. Koperscy wśród
        swoich krewnych wymieniają: Stanisława, Mikołaja, Bronisława i Paulinę. Podobnie
        rzecz przedstawia się u Maronów, jest: Stanisław, Władysław, Józef i Rozalia.
        Zresztą w czasie przyjęcia lub prawdziwej biesiady zawsze jednym z pierwszych
        toastów jest toast za przodków, rodziców i przyszłe dzieci. I jak w takich
        warunkach można nie pamiętać o swoich polskich korzeniach?

        Były problemy. Polaków wiele razy zmuszano do zmiany nazwiska. Żeby brzmiało
        rosyjsko lub gruzińsko. Awtandil Maron: – Maron to jest bardzo dobre nazwisko.
        Chcieli, żeby zmieniać, ale po co? Maładiec Maron!... Jeśli zmienię nazwisko, to
        stanę się kimś innym. Zmienię swoją narodowość. Zgubię swoich... Kiedy
        przyjechałem z wojska, to chcieli, żebym zmienił nazwisko. Ja przecież jeden
        byłem i moje siostry. Byłem najmłodszym bratem. Teraz mam trzech synów to
        znaczy, że jest trzech Maronów. Potem oni będą mieli dzieci i klan Maronów się
        powiększy. Dlaczego mamy zmieniać nazwisko?
        Wtrąca się syn Witalij: – I Maronów będzie dużo.
        5-letni wnuczek Awtandila, na pytanie kim jest, odpowiada bez wahania: – Ja – Maron.
        – A twoja młodsza siostra?
        – Ja, tata i siostra jesteśmy Maron.

        – No i co nam pozostało? Bronić swojej rodziny i nazwiska. – przekonuje Larysa
        Poniatowska.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka