Gość: Renata
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
17.12.06, 16:27
Właśnie zastanawiam się gdzie wyruszyć na następne wakacje, przeglądam
powakacyjne wrażenia w necie i postanowiłam coś dorzucić od siebie.
W ostatnie wakacje wybrałam się z Triadą na 7+7 do Turcji. Mimo niezbyt
pochlebnych opinii na forum o tym biurze, postanowiłam sprawdzić na sobie jak
jest naprawdę i stwierdzam, że ilu ludzi tyle zdań- ja jestem bardzo
zadowolona z mojego wyjazdu. Jeden element zawiódł -pogoda - no ale to nie
wina biura Triada
Najpierw była objazdówka, tak jak chciałam i jak informowano mnie w biurze,
chociaż do końca nie byłam tego pewna, bo to różnie bywa. Samolot z Poznania
do Dalamanu przeleciał bezproblemowo, po zakupieniu wizy i załadowaniu się do
autokaru, do hotelu dojechaliśmy głęboko w nocy. Po błyskawicznym śnie (około
2 godzin) najpierw obudził nas śpiew muezina a potem już trzeba było wstawać
na nogi i przed świtem już siedzieliśmy w autokarze, gdzie powitał nas
przewodnik Wojtek Jaszczak, turecki pilot i kierowca (prawdziwy Schumacher
czy Kubica tureckich dróg).
I tak zaczynamy naszą podróż po kraju dwóch kontynentów, gdzie kultura
starożytna i orientalna splata się z europejską i śródziemnomorską.
Wspinamy się naszym autokarem na wzgórze, prawie całkowicie zniszczone przez
pożar i wizytujemy Meryemana, miejsce oficjalnie uznane za dom, w którym
ostatnie chwile spędziła Matka Boża. Jest to mała kapliczka, niestety w
środku nie można robić zdjęć. Następnie odwiedzamy Efez, chyba najlepiej
zachowane starożytne miasto. Słońce grzeje i czuje się wakacyjny klimat.
Dalej wjeżdżamy na wzgórze z Pergamonem i oglądamy go w zachodzącym słońcu.
Następny dzień to Troja. W porannym słońcu pstrykamy fotki przy
zrekonstruowanym słynnym koniu trojańskim i zaczynamy oglądanie miejsca,
które odkrył niemiecki archeolog- amator Henryk Schliemann, dla którego już w
dzieciństwie Troja stała się romantyczna pasją. Przechadzamy się słuchając
opowieści o trojańskim królu Priamie, pięknej Helenie patrząc na odsłonięte
przez wykopaliska warstwy, z których każda reprezentuje nową Troję, zbudowaną
na ruinach poprzedniej. I lecimy dalej, nasze autobusowe koła toczą się po
tureckich drogach (o wiele lepszych niż nasze polskie!), przewodnik Wojtek
karmi nas wielogodzinnymi opowieściami i mam wrażenie, że przyjeżdżając tutaj
trzeba było postudiować trochę historię czy przypomnieć sobie Iliadę. Tyle
informacji w kilka godzin a potem dni to ogromna wiedza. Przepływamy cieśninę
Dardanele i popołudniową porą wjeżdżamy do Stambułu. Miasto robi wrażenie -
kilkanaście milionów mieszkańców, straszliwy ruch, ludzie przechodzący przez
ulice gdzie mają ochotę i kolorowe budynki, oprócz starych zabytkowych
budowli nowoczesne biurowce czy hotele. Wizytujemy kryty Wielki Bazar- dla
poznaniaków kilka bazarów przy Bema złożonych w jednym miejscu. Może kiedyś w
czasach kryzysu mnogość towaru robiła wrażenie ale mnie osobiście nie zwalił
z nóg. Na pewno podobać się może główna uliczka, przy której umieścili się
jubilerzy, wrażenie robią stare, wąskie uliczki ze sprzedawcami szkła i
ceramiki, świetnie wyglądające ściany czy sufity i tureccy sprzedawcy
zachęcający do zakupów szklaneczką pysznej herbaty jabłkowej. Pokazanie tego
miejsca to świetna próbka "tutejszości".
Kolejny dzień w Stambule to już prawdziwa uczta!!! Najpierw hippodrom,
zwiedzanie pełnego przepychu pałacu sułtanów Topkapi, Błękitnego Meczetu –
jedyny meczet o sześciu minaretach. Kolejny punkt to Hagia Sophia –
początkowo największy kościół i bazylika świata, przekształcony później w
meczet, obecnie muzeum. Tego dnia jeszcze Cysterny Jerebatan i rejs po
Bosforze (fakultet). Wątpiącym gorąco polecam, trzeba zobaczyć panoramę
zarówno europejskiego jak i azjatyckiego wybrzeża. Niezapomniane wrażenia,
niestety pogoda nie była najlepsza, zachmurzone niebo nie dawało w pełni
możliwości zrobienia fajnych zdjęć. No i wychodzenie na pokład w celu
uwiecznienia przepięknych budowli na brzegu skończyło się dla mnie zapaleniem
zatok. (Walczyłam z tym do niestety do końca pobytu)
W kolejnym dniu jedziemy do Ankary, po drodze mijamy miasteczka i wioski
tureckie, zaskakujące swoim wyglądem. Miasto Ankara jako stolica nie robi
zbyt dużego wrażenia i jedynym punktem programu jest Muzeum Cywilizacji
Anatolijskiej. Przejeżdżamy przez ulice Ankary i przez okna autokaru oglądamy
budynki stolicy i przedmieścia. Wojtek wie co się znajduje w każdym budynku i
z szybkością karabinu maszynowego przekazuje nam te informacje. Wyruszamy
dalej i po południu dojeżdżamy do podziemnego miasta Kaymakli. Pogoda nie
poprawiła się, deszcz popaduje i co niektórzy są już przeziębieni. Nikt nie
spodziewał się takiej pochmurnej aury. Wieczorem dla zainteresowanych noc
kapadocka, (namiastka tańca derwiszów robi wrażenie!) warto się wybrać i
aktywnie uczestniczyć.
Jesteśmy w Kapadocji – księżycowym krajobrazie z bajkowymi kominami. W
porannym słońcu ale przeciętnej temperaturze zwiedzamy Göreme, największe
tutaj skupisko wykutych w skałach kaplic i klasztorów. W wielu kościołach
zachowały się piękne bizantyjskie freski o tematyce zaczerpniętej ze Starego
i Nowego Testamentu, przedstawiające głównie sceny z życia Chrystusa i
świętych. Następnie jeździmy po miejscach widokowych, aby zabrać ze sobą
część tej wspaniałej krainy. Jak powiedział Wojtek każdy tutaj jest
profesjonalnym fotografem!
W domu kupieckim przewodnik opowiada nam znaczenie tańca Derwiszów, palimy
fajkę wodną. Następnie odwiedzamy zakład obróbki onyksu, sklep jubilerski,
wytwórnię skór, rozlewnię win. Odwiedzamy również wizytówkę Kapadocji – Trzy
Piękności. W sumie wszystkie grzyby kapadockie są piękne i nie wiadomo na co
zwrócić uwagę robiąc zdjęcia.
Zabieramy ze sobą widoki przepięknej Kapadocji i jedziemy następnego dnia do
Konii, Muzeum Mevlany, założyciela zakonu tańczących derwiszy.
I ruszamy do Pammukale, mamy nadzieję na zobaczenie przed wieczorem
wapiennych tarasów ale deszcz tak leje i nachodzi mgła, że o oglądaniu nie ma
mowy.
W ostatni dzień w pochmurnej pogodzie zwiedzamy Hierapolis z zachowanym
teatrem i nekropolią i Pammukale. Pogoda chcąc wynagrodzić nasze
całotygodniowe trudy poprawia się, mgła opada pokazując nam słynne wapienne
tarasy wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. W basenie
Kleopatry kąpią się tylko Rosjanie i najwięksi twardziele z naszej grupy. Za
zimno żeby korzystać z odmładzających kąpieli.
I na tym kończymy nasz objazd. Jest co oglądać w Turcji. Ważne, aby mieć przy
tym oglądaniu takiego przewodnika, jakim jest Wojtek Jaszczak. Dziękujemy
jeszcze raz za pokazanie tego kraju i świetne opowieści.
Żegnam się z wycieczkowiczami, niektórzy wracają do Polski, inni zostają na
następny tydzień żeby trochę jeszcze odpocząć i poleżeć nad morzem.
Przestroga dla ludzi wybierających się na objazdówkę – żeby zobaczyć aż tyle
miejsc w tydzień trzeba przejechać tysiące kilometrów i wiąże się to z
wczesnym wstawaniem (nie jest to szósta ale czwarta czy piąta). Trzeba być
twardym! Ale wrażenia wynagradzają te trudy!
Hotel, który wybrałam na pobyt to Harman w Fethyie. Trzy gwiazdki oddają jego
standard, czysto ładne pokoje, jedzenie znośne. Klimatyzacji nie trzeba było
włączać zbyt często, bo temperatury nie były za wysokie. Niektórych zdziwił
zakaz wnoszenia żywności i wody z zewnątrz. Ale czy w jakimkolwiek hotelu w
Polsce można to robić? Tak poza tym dziwi mnie podejście Polaków, którzy
jadąc do kraju o innej kulturze wymagają żeby wszystko było tak jak w Polsce
a najlepiej na obiad schabowy z ziemniakami. Oczywiście wszystko co najlepsze
za małe pieniądze. Ludzie! Zejdźcie na ziemię! Jedyne, co mogę zarzucić to
ilość jedzenia. Ponieważ był to koniec sezonu to kuchnia hotelowa nie dawała
już za dużo posiłków ale nikt głodny nie chodził. Obsługa hotelowa jest wręcz
niewiarygodnie miła, szczególnie M