Witam. Piszę tutaj pierwszy raz. O pierwsze dziecko staraliśmy się z mężem 2 lata. Udało się ale niestety tylko na 11 tygodni. Trzy miesiące temu miałam zabieg łyżeczkowania i obecnie staram się ponownie o kolejną ciążę. Mój problem polega na tym, że przez te "starania" stałam się oziębła. Kiedy staraliśmy się o pierwszą ciążę początki były normalne, spontaniczny seks itd., natomiast z biegiem czasu, kiedy kolejny cykl kończył się @ zaczęłam wnikliwe wyliczanie dni płodnych i niepłodnych, łącznie z mierzeniem temperatury itd. To wszystko spowodowało, że panicznie pilnowałam "tych dni" i kochaliśmy się aby tylko trafić (myślę, że wiele z Was mnie tutaj rozumie). Doszło do tego, że w inne dni seks mnie w ogóle nie interesował, a po owulacji to już nie było o tym mowy. Nie wiem dlaczego mój popęd po prostu "zniknął", czy powodem było nastawienie się wyłącznie na "prokreację"? Myślałam, że może coś z hormonami mam nie tak, bo przecież myśli o tym, że mogłoby się żyć bez seksu nie są czymś normalnym. Kiedy wreszcie udało się zajść w ciążę to miałam zakaz od lekarza, więc odetchnęłam z ulgą, że po pierwsze nie musimy się już "starać", a po drugie mam wytłumaczenie na swoja ogólną niechęć do seksu. Stało się jak się stało i miałam nadzieję, że po mimo tak krótko trwającej ciąży jednak coś się zmieni. Wiadomo hormony się trochę poprzestawiały i łyknęłam trochę nadziei, że jednak jestem płodna. No i znowu zaczynamy starania, a ja już liczę ile dni trzeba będzie "pracować"
Dziewczyny czy to jest normalne??? Nie wiem co robić