Witajcie.
Musze z kims sie podzielic moimi watpliwosciami - moze przesadzam...
Od kilku lat chodzilam do swojej nowej ginekolog - kiedy bylam u niej
pierwszy raz, powiedzialam, ze od 2 lat staramy sie bezskutecznie o ciaze -
ona bez pytania o droznosc, o hormony, o cokolwiek zaproponowala in vitro
(?!).
Ale nadal do niej chodzilam.
Po jakims czasie, u poleconego przez nia profesora urologa maz zrobil
badania - maz chorowal duzo w dziecinstwie - spodziewalismy sie katastrofy -
a tu wyniki duzo wiecej niz idealne. Pozytywny szok - zabralismy sie do
pracy

Ale nadal sie nie udawalo. Przeszlam operacje usuniecia miesniaka -
to kolejna historia, ale nie chce przedluzac. I potem nadal nie udawalo sie
nic.
Od mojej lekarki nie moglam uzyskac zadnej porady, kierunku dzialania - taki
bierny bezwlad - zmienilam lekarza - na poleconego przez znajoma.
Ten spojrzal na wyniki meza i stwierdzil, ze te wyniki sa po prostu
nierealne - tak, jakby ktos je wypisal z kapelusza - duzo za dobre.
Zrobilismy je jeszcze raz - a tu szok - tym razem negatywny: wszystkie wyniki
fatalne. A w miedzy czasie nie bylo zadnych chorob, ktore moglyby te wyniki
tak pogorszyc. Czulismy sie oszukani o kilka lat.
Mialam laparo - wszystko ok z jajowodami, itp.
Teraz mialam IUI, ale...
moj nowy lekarz nigdy nie badal moich hormonow - kiedy go o to zapytalam -
powiedzial, ze jego zdaniem ze mna wszystko jest ok.
Po IUI nikt nie wspomnial o np. duphastonie, tylko od razu umawiali sie na
kolejne cykle i kolejne IUI. Wczesniej nie zaproponowal zadnych lekow,
witamin mojemu mezowi.
Nie wiem, ale wydaje mi sie, ze przy takich parach, juz nie najmlodszych,
trzeba dzialac na calej lini. Czuje sie troche oszukana.
Myslicie, ze przesadzam?
I sorka, za przydlugi tekst....