asiunia555
17.10.06, 13:47
ale tyle ze mną przeżyłyście...ale jeśli jesteście smutne to proszę nie
czytajcie dziś tej historii....ja jestem aktualnie na dużych dawkach
relanium....raz płaczę raz się na chwilę uspokajam....
KONIEC mojego szczęścia i cudu!!! ale nie taki zwykły....56at, Agnieszka.Krak
miałyście rację...słabo rosnąca beta to od początku zły znak i ja to gdzieć w
głębi duszy wiedziałam...ale nic nie szło zrobić przecież....
na tym forum trzeba się wspierać a ja mam teraz Wasm zasmucać...nie wiem czy
powinnam to pisać...i z góry przepraszam że to będzie bardzo długa
historia.........
pamiętacie pewnie że moje bycie na forum skończyło się tym że poszłam do tego
patologa ciążowego był pęcherzyk 5 mm w macicy i miałam przyjść za 2 tygodnie
(czyli w 7 t.c.) żeby zobaczyć zarodek i serduszko....ale nie doczekałam tego
dnia - zabrakło 3 dni....a całe te prawie 2 tygodnie czułam się świetnie.....
- niedziela 8.10 - wieczorem panika, pojawiła się krew, tel. do gina i pędem
do szpitala na izbę przyjęć....no i się dowiedziałam że pęcherzyk urósł tylko
2 mm czyli do 7 mm zamiast do 20 mm, brak echa zarodka...beta
koszmar...dostałam środki uspokajające i kazali jechać do domu warunkowo i
czekać na poronienie tj. na silne krwawienie....
- poniedziałek 9.10 - krwawienie się nie nasila, ja w głowie układam sobie że
to martwe puste jajo płodowe że koniec, mąż ze mną w domu został, mama dzwoni
i pociesza że lepiej że to się dzieje teraz niż jakbym już widziała
dzidziusia itd....serce mi pękało....wieczorem zaczęły się dziwne objawy
parcia na stolec...znów tel do gina znów kazał pędzić do szpitala i zwrócić
uwagę na to parcie bardziej niż na to lekkie krwawienie...strach....ale
myślałam że wrócę już wyczyszczona...po wszystkim...szpital - usg pęcherzyk
nadal jest, krwawienie ...no to jeszcze nie poronienie, beta urosła trochę od
poprzedniej nocy do 2890, no i dalej diagnoza że nadchodzi
poronienie...pomimo że odrobinę beta urosła...ale mało więc pomimo że jajo
martwe to jakieś tam tkanki jeszcze żyją i niby dlatego beta mogła trochę
urosnąć...znów powrót do domu z przykazem że jakby się coś działo to wracać i
czekać na poronienie.....jakie to okrutne....jak bardzo wolałabym żeby to
poronienie stało się znienacka...a nie tak leżeć krwawić trochę i czekać...to
był już drugi dzień koszmaru....
- wtorek 10.10 - nadal poronienie nie przychodziło. przy każdej większej
plamce wołałam męża czy to już czy już po....ale to ciągle nie było
to....mama kazała mi chodzić żeby to ruszyło ale ja jakoś leżałam i ryczałam
i nie mogłam wstać miałam jakieś złe przeczucie...żeby leżeć....wieczorem na
20stą mieliśmy umówioną wizytę u tego patologa (tą na której miałam zobaczyć
zarodek i serduszko) postanowiliśmy pojechać pomimo już znanej diagnozy...
wizyta zakończyła się tym że gin dzwonił do szpitala i już telefonicznie
kazał mnie izbie przyjęć przyjmować natychmiast na oddział....wyrok: to nie
poronienie, najprawdopodobniej żywa ciąża pozamaciczna w przestrzeni między
lewym jajnikiem a lewym jajowodem....natychmiast trzeba ja usuwać, trzeba
ratować pani życie....jak to możliwe pytam skoro mam martwą ciążę wewnątrz
macicy. mam przecież ten pęcherzyk....okazuje się że w pozamacicznej istnieje
tzw. pseudopale tyle ze mną przeżyłyście...ale jeśli jesteście smutne to
proszę nie czytajcie dziś tej historii....ja jestem na dużych dawkach
relanium....raz płaczę raz się na chwilę uspokajam....
KONIEC mojego szczęścia i cudu!!! ale nie taki zwykły....56at, Agnieszka.Krak
miałyście rację...słabo rosnąca beta to od początku zły znak i ja to gdzieć w
głębi duszy wiedziałam...ale nic nie szło zrobić przecież....
na tym forum trzeba się wspierać a ja mam teraz Wasm zasmucać...nie wiem czy
pisać...i z góry przepraszam że to będzie bardzo długa historia.........
pamiętacie pewnie że moje bycie na forum skończyło się tym że poszłam do tego
patologa ciążowego był pęcherzyk 5 mm w macicy i miałam przyjść za 2 tygodnie
(czyli w 7 t.c.) żeby zobaczyć zarodek i serduszko....ale nie doczekałam tego
dnia - zabrakło 3 dni....a całe te prawie 2 tygodnie czułam się świetnie.....
- niedziela 8.10 - wieczorem panika, pojawiła się krew, tel. do gina i pędem
do szpitala na izbę przyjęć....no i się dowiedziałam że pęcherzyk urósł tylko
2 mm czyli do 7 mm zamiast do 20 mm, brak echa zarodka...beta
koszmar...dostałam środki uspokajające i kazali jechać do domu warunkowo i
czekać na poronienie tj. na silne krwawienie....
- poniedziałek 9.10 - krwawienie się nie nasila, ja w głowie układam sobie że
to martwe puste jajo płodowe że koniec, mąż ze mną w domu został, mama dzwoni
i pociesza że lepiej że to się dzieje teraz niż jakbym już widziała
dzidziusia itd....serce mi pękało....wieczorem zaczęły się dziwne objawy
parcia na stolec...znów tel do gina znów kazał pędzić do szpitala i zwrócić
uwagę na to parcie bardziej niż na to lekkie krwawienie...strach....ale
myślałam że wrócę już wyczyszczona...po wszystkim...szpital - usg pęcherzyk
nadal jest, krwawienie ...no to jeszcze nie poronienie, beta urosła trochę od
poprzedniej nocy do 2890, no i dalej diagnoza że nadchodzi
poronienie...pomimo że odrobinę beta urosła...ale mało więc pomimo że jajo
martwe to jakieś tam tkanki jeszcze żyją i niby dlatego beta mogła trochę
urosnąć...znów powrót do domu z przykazem że jakby się coś działo to wracać i
czekać na poronienie.....jakie to okrutne....jak bardzo wolałabym żeby to
poronienie stało się znienacka...a nie tak leżeć krwawić trochę i czekać...to
był już drugi dzień koszmaru....
- wtorek 10.10 - nadal poronienie nie przychodziło. przy każdej większej
plamce wołałam męża czy to już czy już po....ale to ciągle nie było
to....mama kazała mi chodzić żeby to ruszyło ale ja jakoś leżałam i ryczałam
i nie mogłam wstać miałam jakieś złe przeczucie...żeby leżeć....wieczorem na
20stą mieliśmy umówioną wizytę u tego patologa (tą na której miałam zobaczyć
zarodek i serduszko) postanowiliśmy pojechać pomimo już znanej diagnozy...
wizyta zakończyła się tym że gin dzwonił do szpitala i już telefonicznie
kazał mnie izbie przyjęć przyjmować natychmiast na oddział....wyrok: to nie
poronienie, najprawdopodobniej żywa ciąża pozamaciczna w przestrzeni między
lewym jajnikiem a lewym jajowodem....natychmiast trzeba ja usuwać, trzeba
ratować pani życie....jak to możliwe pytam skoro mam martwą ciążę wewnątrz
macicy. mam przecież ten pęcherzyk....okazuje się że w pozamacicznej istnieje
tzw.pseudopęcherzyk który jest ściemą i jak się pojawia to lekarz sądzi że to
normalna ciąża wewnątrzmaciczna i czeka się na pojawienie się tam zarodka...a
zarodek tymczasem rozwija się gdzie indziej...w jajowodzie, lub brzuchu lub
jajniku lub w szyjce macicy....a ten pieprzony pęcherzyk przecież czeka każda
kobieta aby go zobaczyć.... widząc pęcherzyk nie można się jeszcze cieszyć bo
to może być ten cholerny pseudo....owszem pewnie w 99 procentach jak on się
pojawia w macicy to będzie normalna ciąża ale czasem niestety.....jest
inaczej.
mąż gnał do szpitala jak szaleniec ...ja ryczałam i trzęsłam się, on
płakał...o Boże to był koszmar....dwa dni uświadamiałam sobie że moja ciąża
jest martwa a teraz nagle słyszę że zarodek żyje i ja muszę go usunąć...Jezu
co się działo wtedy w mojej głowie....plątanina myśli przerażenie, odwrócenie
sytuacji o 180 stopni.....było martwe teraz żyje....co się dzieje......
w szpitalu już na mnie czekali...badało konsultowało mnie trzech
lekarzy...beta znów wzrosła (zobaczcie jak trzeba to beta może być w kilka
minut a nie czekanie cały dzień na wynik) badania krwi, stwierdzenie afektu
3,7 cm (afekt to żywy zarodek poza macicą) przerażenie, moi rodzice gnali do
poznania w tą noc....mąż ryczał przed swoją teśiową ponoć jak dziecko...
a ja zostałam sama....pilnowali mnie jak nie wiem co...tysiąc usg tysiąc
badań krwi....modliłam się całą noc. ostatnie badania miały