szklanapulapka2
10.05.07, 12:13
Dziewczyny klochane, proszę, pomóżcie! Zabieram sie już trzeci raz do
napisania o swoich dylematach. Boże, nigdy w życiu nie przypuszczałam, że
będę takowe miała, kiedy już zacznę całą procedurę. Przecież ja od listopada
niczym innym nie żyłam, jak tylko tym, kiedy wreszcie będę mogła zacząć
przygotowania. A teraz... kiedy mogę... kiedy w łaściwie... zaczęłam... boję
sie. Mam takie straszne moralne dylematy. Moja historia w max. skrócie: mam
33 lata, od 8 lat jesteśmy małżeństwem ( przeciętnym, w miarę szczęśliwynm, a
apogeum szczęścia osiągnęliśmy 18 czerwca 2004r., kiedy to na świat przyszedł
nasz wymarzony, wymodlony synek - Adaś). Od pierwszych sekund po ślubie
rozpoczęliśmy batalię o dziecko. Najpierw naturalnie, kiedy sie nie udawało,
to tranzytem przez całą Polskę, u wszystkich lekarzy. Diagnoza: pochwica
iniepłodność idiopatyczna. 4 inseminacje w Gamecie, 6 kolejnych u dr Niwalda.
6 - ta z kolei iui powiodła się. Dzięki niej jest Adaś. Jakoś nigdy nie
miałąm dylematów, gdy staraliśmy się za pomocą inseminacji. Wg. mnie to było
takie półnaturalne zapłodnienie. Niestety w listopadzie br. okazało sie, zę
jedyną dla nas szansą jest in vitro. Szalałam ze szczęścia, kiedy mój kochany
mąż, bez większych problemów zgodził sie na ten zabieg. odliczałąm dni,
miesiace i godziny do pierwszej wizyty 9ztresztą któż lepiej o tym wie, niż
Wy?). Napisałąm podanie o pożyczkę i wreszcie w tym miesiącu możemy zaczynać.
Pojechaliśmy na wizytę. Badanie nasienia rewelacyjne. Dr bardzo miły,
grzeczny, kompetentny. Zlecił masę badań i wyszlismy... I tu coś pękło,
najpierw w mężu, potem we mnie. Całą drogę z Łodzi mąż mi tłumaczył, a ja
słuchałam. Mówił, ze nie musimy tego rozić, że mamy dziecko, wspaniałe,
mądre, kochane. Ono JEST i nim sie trzeba zająć. Tłumaczył, że rozumiałby,
gdyby chodziło o pierwsze, ale nie może pojąć mojego oślego uporu jeśli
chodzi o drugie dziciątko. Powiedział, ze jest to niezgodne z jego wiarą,
moralnością i sytuacją fibnansową (mamy kasy tak na styk, ale starczy). Za te
pieniądze, które może sie przecież zdarzyć, ze stracimy, można dla Adańka
zainwestować w przyszłość. Najpierw byłam na niego zła, ale powoli, powoli i
ja zaczęłam mieć dylematy. Ja moze troszjkę inne, bo nie mogę napisać, że nie
jest to zgodne z moją wiarą ( w Piśmie Świętym nie ma słowa o tym, że to
grzech, a klechów słuchać nie zamierzam). Ja bardzo się martwie, czy nie
odbędzie się to kosztem zdrowia mojego, czasu poświęconego Adasiowi,czy dam
radę żyć ze świadomością, ze być może gdzieś w jakiejś zimnej lodówce są moje
dzieci i czekają. Na co?... no właśnie. My nie możemy pozwolić sobie na
więcej niż dwoje dzieci (w porywach troje - jesli trafią sie bliźnięta).
Więc, co z nimi będzie? Oddać je? Sprzedać?? a moze zostawić w lodówie w
charaklterze białych myszek przeznaczonych do badań laboratoryjnych??? Ja mam
ogromne żylaki, jeden z nich muszę zoperować jeszcze przed transferem.
Wszystko sprzysięga sie przeciwko mnie. Nie ma nikogo z moich bliskich, któy
stałby po tej samej stronie barykady. Mąż... jemu wszystko jedno, jak
zdecyduję, tak będzie (tylko mam mieć świadomość, ze godzi sie wyłącznie ze
względu na mnie i to ja będę smażyć sie w piekle, jeśli pozwolę na śmierć
kilku zarodków). Rodzice są przeciwni. Mama twierdzi, ze mnie rozumie, bo
kiedyś ona stałą przed podobnym dylematem (tzn. mogła mieć dzieci, tylko
lekarz nie radził decydować sie na drugie ze względu na konflikt
serologiczny), ale nie zdecydowałąby sie w życiu na in vitro, choćby po to,
żeby móc poświęcić sie mnie i nie unieszczęśliwiac mnie odmawianiem
czegokolwiek. Przyjaciółka stwierdził: "wiesz, dziwię Ci się, ze chcesz przez
to przejść. Tata wciąż powtarza, że nie można być zachłannym, że trzeba
cieszyć sie z tego, co już jest i pożyć dla dziecka, które juz istnieje.
Wczoraj wybrałam się na badanie krwi. Wróciłam, bo wzięłam za mało pieniędzy.
Po pół godzinnie piojechaliśmy raz jeszcze z mężem. Okazało sie, ze nie można
mi pobrać krwi, bo... wygląda tak, jakbym miała puste żyły. Kłuła mnie 4 razy
i nie poleciała nawet kropla (pierwszy raz w życiu taka sytuacja mi sie
przytrafiła). W koncu wezwałą pomoc z oddziału dziecięcego i dopiero pobrali
mi krew z dłoni (bolało, jak nie wiem, ale to szczegół). W czasie
wypisaywania rachunku 9notabene 350zł.) pielęgniarjki mówiła do mnie: " now
ie pani, ja to podziwiam tego pani męża, ze on sie na to godzi. Ja na jego
miejscu to bym powiedziała hola, kochana, mamy jedno dziecko i starczy".
nawet nie wiedziałą biedna, jak mnie tym zraniła, móiąc to w chwili, gdy
targają mną takie dylematy. Następnie okazało sie, ze musze oblecieć
okoliczne sklepy, bo pani pielęgniarka nie miała mi wydać pieniążków. Po
powrocie do domu kupiłam tabl. antykonc. yasmin. Połknęłam jedną, a potem w
ulotce wyczytałam, ze nie można ich brać, jeśli ma sie chorobę ukł. krążenia,
szczególnie w kończynach dolnych, bo może to powodować chorobę zakrzepową i
zator prowadzący w konsekwencji do śmierci. Wzięłam tę tabletke, bo musialam
zrobic to wczoraj. Czułam się dobrze, a dziś od rana usiłuję dodzwonic sie do
mojego chirurga naczyniowego, który mnie prowadzi i tylko czekam jak mi
powie, że nie mogę tego brać.
Boję sie, bo mąż mówi, że jeśli urodzę chore dziecko, to do końca życia sobie
nie wydaruję mojego uporu i tego, ze zrobiłam to kosztem wszystkiego i mimo
wszystko. Mówi, że tak moze sie zdarzyć, bo to moze być kara, że nie
powinniśmy podchodzić do zabiegu. Twierdzi, że ludzie, którzy nie mogą mieć
dzieci, oddaliby życie, zeby mieć jedno. Nas to szczęście spotkało, więc może
już na tym poprzestać.
Boże... nie jem, nie spię, nie potrafię funkcjonowac w domu i pracy. Co
robić???????? Czy ivf faktycznie zwiększa ryzyko urodzenia dziecka chorego?
poronienia? Jestem przerażona, jak chyba nigdy wcześniej. Co mi radzicie,
dziewczyny? Dodam, że nie wchodzi w grę odłozenie zabiegu na później, bo
rozejdą sie pieniążki i nie będzie nas stać. Zresztąś... te dylematy przecież
zwasze wrócą...Więc... albo teraz albo nigdy. Czy Wy też miałyście takie
dylematy? Przepraszam, że tak długo, ale nie umiem, nie potrafię sobie pomóc
i podjąć właściwej decyzji... Pomóżcie! Agnieszka.