Gość: Kasia
IP: *.kul.lublin.pl
03.07.01, 11:07
Przejrzałam listy dot. adopcji i powiedziałam sobie: a napiszę...
W wieku 4 lat trafiłam do Domu Dziecka - gdy miałam 7(!) zostałam zaadoptowana
przez samotną osobę - Mamę. Nie chcę się rozpisywać o buncie nastoletnim, tych
okrzykach: nie jesteś moją Matką... My mamy (ja i Mama) to za sobą. Wspomnienia
niedobrych chwil minęły, pozostała miłość, a to chyba najważniejsze.
Tak macie rację: adopcja to trudny problem. I napewno wymaga dużo mądrości,
miłości i cierpliwości z obu stron. Macie również rację: wśród rodzin
adopcyjnych jest dużo tragedii, które dotyczą zarówno dzieci jak i adopcyjnych
rodziców. Każdy ma prawo do lęków i uprzedzeń. Adopcji można a nawet należy się
bać - nie po to by zrezygnować z niej, tylko po to by była to adopcja mądra,
wypływająca z ważnych pragnień i potrzeb.
Ja dziś mam 30 lat, cudownego męża, wspaniałą Mamę, rodzinę i przyjaciół. Mam
ciekawą pracę - dzięki wierze mojej Mamy i rodzinie w moje zdolności zdobyłam
wszechstronne wykształcenie. W najśmielszych marzeniach nie oczekiwałam tylu
cudownych rzeczy.
Lecz o dziwny losie.. pojawił się w moim zyciu problem niepłodności.
Na początku bunt do Pana Boga (myślę, że znacie go dobrze): nie dość, że
zabrano mi już na początku życia tyle.. to jeszcze i teraz... odebrano...
Bunt powoli mija - pragnienie pozostaje. Ja wierzę w to, że kiedyś mocno
przytulę do siebie dziecko. W ł a s n e dziecko - n i e to, które urodzę -
tylko takie, które na mnie gdzieś czeka (9 miesięcy to nic z
kilkumiesięcznym/może kilkuletnim oczekiwaniem na dziecko).. po prostu
dziecko... Małą istotkę, którą pragnę kochać, wychowywać i pokazać jej, że
świat może być dobry.
Kasia