Dodaj do ulubionych

dylematy z mrozaczkami

20.04.09, 08:46
Przygotowuję się do in vitro i mam taki dylemat.
Czy jak są mrozanczki to myslicie o nich jak o swoich nienarodzonych
dzieciach?
Myslałam duzo i wiem, że nie byłabym w stanie oddać do adopcji moich
mrozaczków, bo bym sie zastanawiała co się stało z moimi dziećmi.
Czy jakaś mama je urodziła, co się z nimi dzieje.
A druga sprawa powiedzmy, że in vitro udaje się ma 2 dzieći i
jeszcze mrozacznki. Na posiadanie wiekszej liczby dzieci bym się nie
zdecydowła głównie ze względów finansowych, ale boję się, że
myslałabym o mrozaczkach właśnei jak o dzieciach, które nie
sporowadzam na ten świat.
Moja psychika została nadwyrężona przez starania, teraz chcę się
oporać z problemem mrozaczków przez zabiegiem. Czy macie tez takie
mysli?
Obserwuj wątek
    • dagmara-k Re: dylematy z mrozaczkami 20.04.09, 10:50
      tak. nie traktuje ich jak swoje dzieci, ale jak swoj material genetyczny wspolny
      z mezem i nie wyobrazam sobie oddania ich. jestem tuz przed programem. boje sie
      ze bede miala ich duzo, ze bede miala ich malo. mam ogromna nadzieje ze bedzie
      ich tyle, zebym mogla podejsc do kilku transferow, miec kilkoro dzieci i nie
      myslec o tych, ktore oddam na wieczne mrozenie. ale tez trzeba liczyc sie z tym,
      ze moze byc roznie ze stymulacja. obysmy mialy choc 1,2 z ktorych beda dzieci. z
      kilku, kilkunastu mrozakow moze byc jedno, albo zero dzieci.
      • zosia9 Re: dylematy z mrozaczkami 20.04.09, 20:36
        Mam 5 mrozaków i nie są to żadne moje dzieci!!!Nie potrzebnie
        wybuchła burza katolicko-medialna mącąc w głowach. Mnie podano dwa
        zarodki ale tylko jeden się zagnieździł. Ten drugi nie jest dla mnie
        dzieckiem więc nie traktuję tego jak poronienia we wczesnej fazie.
        Cieszyłam się z ciąży a nie rozpaczałam nad utratą ewentualnego
        drugiego dziecka.
        • dagmara-k Re: dylematy z mrozaczkami 20.04.09, 20:48
          moje poglady nie maja nic wspolnego z katolicyzmemsmile
        • joanna29 Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 07:05
          Ja się boję, że jak bedę miała kilka mrozaczków i juz urodzę po in
          vitro to czy nie będę chciała wykorzystać tych mrozaczków, bo
          przecież mogą z nich urodzić się dzieci. Nie stać mnie na rodzine
          wielo, wielo dzietną. Jednak zastanawiam sięczy w przyszłości nei
          bedę żałowała, że jednak tych mrozaczków nie wykorzytsłam.
          Nie chodzi mi o problem moralno-katolicki, bo wtedy bym do in vitro
          nie podchodziła. Chodzi mi tylko o moją psychikę, tyle lat walki o
          dziecko, a ileś potencjalnych dzieci w postaci mrozaczków.
          Nie mam żadnych uwag co do procedury in vitro, strony medycznej ale
          martwie się o swoją psychikę.
          Jestem ciekawa czy Wy tez macie takie dylematy.
          • lusiasia Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 10:25
            nie, nie traktuje zarodkow jako swoich dzieci

            jesli w klinice chca podac 3 zarodki w jednym transferze, to nazywane jest to
            szansa na ciaze i trzeba przyznac raczej pojedyncza, ryzyko ciazy mnogiej
            wzrasta minimalnie,
            w tym rzecz, szanse rosna, ryzyko jest minimalne ( ale jest)
            to wtedy mozna sie zastanowic czy to szansa czy moze jednoczesnie przyzwoleniem
            na to zeby los decydowal, czyli zeby bez mojej decyzji i "winy" wyeliminowal
            1-2 zarodki
            moze potencjalna matka na to nie liczy ( bo marzy o dzieciach), ale uwazam ze
            lekarz patrzy na to bardziej realnie i zdaje sobie sprawe z zagrozen bardziej
            niz pragnaca dziecka kobieta

            transfer pojedynczo moze przynioslby 3 ciaze, ktoz to moze wiedziec co by bylo,
            gdyby?

    • aiko73 Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 10:08
      po raz kolejny czytam podobny wątek. nie chcę nikogo obrażać, ale drażni mnie
      chciejskie podejście "moje, nie oddam!"

      nie rozumiem, dlaczego z takim trudem przychodzi Wam myślenie o tym, żeby oddać
      je do adopcji. jeśli mogą z nich wyrosnąć ludzie, oddajecie je wtedy na
      wychowanie dwojgu innych ludzi i to ludzi, którzy pragną mieć dziecko i na pewno
      chcą przychylić mu nieba.

      zarodków nie rzuca się w tłum i na kogo wypadnie na tego bęc. adoptują je ludzie
      świadomi chęci rodzicielstwa. tak, czy nie?

      oddanie zarodka do adopcji nie jest tym samym co oddanie do adopcji urodzonego
      dziecka. 'mrozaczkowi' daje się szansę na nowe życie, na życie w ogóle. to dla
      mnie piękny, nieegoistyczny gest - mam, mogę się podzielić. podzielić życiem.

      • kolebeczka Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 10:42
        Aiko- pamietam podobny burzliwy watek i przylaczam sie calym sercem
        do Ciebie. Tez nie pojmuje podejscia "moje, nie oddam!, niech juz
        lepiej zginie".
        Czym innym jest oddac mrozaczki na eksperymenty, czym innym do
        adopcji. I nawet jesli tylko jeden z calej zamrozonej ekipy sie
        uratuje- to jest to AŻ jedno dodatkowe zycie, nad ktorym ktos nie
        bedzie debatowal: "nie moge sobie pozwolic, bo wzgledy materialne
        albo ze sie kiedys dzieci w sobie zakochaja".
        Jesli macie prawna mozliwosc uratowania ich- to zrobcie to!
        Ktore dylematy sa wieksze:
        1.skazanie na wyrok jeszcze przed daniem szansy narodzin (przez
        kogo? przez tzw.rodzicow- coz to za starotestamentowi rodzice,
        pytam?)
        czy tez
        2."moje czy nie moje dzieci"?

        Ja donosze wlasnie ciaze blizniacza. W lodowce 10 mrozaczkow.
        Nie moge oddac ich do adopcji (bo prawo mi nie pozwala), a wiecej
        dzieci nie chce, chyba ze noz widelec "wpadne".
        Marze o tym, aby prawo sie w Austrii zmienilo i aby nasze zarodki
        nosila pod swoim sercem kobieta, ktora adopcje chce przezyc juz w
        ciazy!
      • lusiasia Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 11:04
        z ta adopcja to sie akurat nie zgadzam, patrze na to ze strony osoby
        potencjalnie zainteresowanej adopcja (sama czekam na komorke dawczyni)

        w Polsce nie ma narazie zadnych regulacji o adopcji zarodkow( ani nawet o
        adopcji komorek jajowych i nasienia)
        jesli takie potencjalne dziecko sie urodzi nie ma mozliwosci odnalezienia swoich
        biologicznych rodzicow gdyby tego kiedys zachcialo

        a druga sprawa nie wiem czy jest duzo takich par ktore chca adoptowac zarodki, w
        wieksze zainteresowanie jest adopcja komorek jajowych i plemniczkow

        to oddanie zarodkow do adopcji, to znalezienie sposobu co zrobic zeby zarodkow
        nie niszczyc, ale nie wiem na ile on bedzie dzialal w przyszlosci
        lepiej by bylo tak stymulowac zeby nie bylo po 20 zarodkow u zdrowej i mlodej
        kobiety, ktora ma szanse na ciaze po pierwszym transferze
        a jak jest duza odpowiedz na stymulacje, moze latwiej jest oddac komorke jajowa
        do adopcji niz zarodek
        • dagmara-k Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 12:27

          a mnie drazni ze nie przyjmujecie ze ktos moze byc swiadomy swoich uczuc co do
          zarodkow i ze jesli nie oddam, to znaczy ze zabije. jesli mowimy o "wiecznym
          mrozeniu" to jest to nie dawanie szansy zycia - jakbysmy mowily o dzieciach.
          jesli o oddawaniu to tylko material, ktory dzieckiem bedzie dla oczekujacej na
          adopcje zarodka pary.
          ja nie mowie "moje, nie oddam". ja mowie "nie wyobrazam sobie ze moje dziecko
          wychowuje inna para niz my". zarodek w termosie to jedno, a czlowiek ktory z
          niego wyrosnie to drugie. ja widze roznice.
          aiko - kazy ma prawo decydowac o swoich zarodkach. chce wykorzystac wszystkie i
          mam nadzieje ze bede miala taka mozliwosc. sposob w jaki to oceniasz jest
          conajmniej podly. czy jesli ktos nie podpisuje deklaracjki o dawstwie narzadow
          tez jest dla ciebie egoista? podpisalas juz zgode na dawstwo?
        • joanna29 Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 12:54
          Komórka jajowa, jak i mrozaczek mają moje geny, więc oddając je do
          adopcji bedę się zastanawiała czy się komus udalo i czy urodzilo się
          dziecko. Patrząc na ulicy na dzieci podobne do moich będę się
          zastanawiała, czy to może z mojego jajeczka. Tak mam skonstruowaną
          psychikę.
          • lusiasia Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 15:18
            ja osobiscie gdybym miala duzo niewykorzystanych zarodkow, nie oddalabym ich do
            adopcji
            ani sama nie jestem zainteresowana skorzystaniem z takiej formy
            leczenia mojej nieplodnosci (zreszta sa bardzo male szanse ze zaszlabym w ciaze
            z obcym zarodkiem, jesli nie moglabym zajsc w ciaze z wlasnym zarodkiem badz z
            komorka dawczyni)

            jesli chodzi o komorke, nadal nie jestem przekonana czy skorzystam, jestem w
            kolejce ale mam narazie nadzieje ze nigdy sie nie znajdzie taka komorka,
            niestety sama bym tez nie oddala, nie ze wzgledu na to ze wyobrazalabym sobie ze
            spotkane na ulicy dziecko to moze moje dziecko, tylko ze wzgledu na to ze nie
            podeszlabym do in vitro
            oddanie nasienia a oddanie komorek jest jednak nie porownywalne jesli chodzi o
            inwazje na organizm

            ja uwazam ze podchodzac do in vitro, trzeba sobie zdawac sprawe ze zarodki sa
            niszczone w ten czy inny sposob
            robi sie wszystko zeby zwiekszyc szanse, i do momentu jak sie zwieksza szanse,
            wszystko jest ok
            a pozniej juz tak bardzo nie jest ok
            gdyby nie zalezalo nam na zwiekszaniu szans zrobiono by in vitro na jednej
            komorce, wtedy bylby tylko jeden zarodek (jesli oczywiscie bylby)
            • lusiasia Re: dylematy z mrozaczkami 21.04.09, 15:43
              nie tylko w Austrii adopcja zarodka nie jest dozwolona,
              u mnie najbardziej adopcja zarodka zainteresowane sa samotne kobiety grubo po 40
              czy nie mogace miec dziecka z wlasnej komorki
              korzystaja z klinik min. w polsce
    • ko_ma1 Re: dylematy z mrozaczkami 22.04.09, 12:48
      Joanna ja rozumiem Twoje dylematy. Nie tak dawno zakladalam podobny watek
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=191&w=87096425&v=2&s=0
      W tej chwili jestem szczesliwa mamą dziewczynki po IVF. Mierzenie sie z
      dylematami zostawiamy na mniej wiecej za rok, jak prawdopodobnie wrocimy po
      mrozaki (mamy 6)
      Coreczka naprawde mnie uszczesliwila, ale... Mam poczucie, ze gdyby sie nam
      udala "naturalnie" to raczej nie chcialabym wiecej dzieci. Jednak czuje sie
      odpowiedzialna za przyszlosc mrozakow, wiec po nie wrocimy.


      • nat-kor Re: dylematy z mrozaczkami 23.04.09, 11:35
        przeczytała ten wątek i też mam rożne myśli... uważam, że nie można
        ganić żadnej z nas za sowje uczucie w tej kwestii, jestesmy bardzo
        wrażliwe z racji długich starań i każda podchodzi do tego temtu
        inaczej, po swojemu, wg swojej wrazliwości... ja osobiście czuje,
        że ciękzo by mi było ze śiwadomością, że gdzie tam chodzą moje
        wyrośnięte i odchowane mrożaczki... z drugiej strony, wiem że mogą
        kogoś uszczęśliwić, kogoś kto tak desperacko pragnie dzicka jak
        ja....cięzki temat, nie ma co dyskutować...
    • juliza Re: dylematy z mrozaczkami 23.04.09, 12:10
      Temat trudny i każdy ma inne odczucia. Sama mam bliźnięta i trzy zamrożone
      zarodki. Co do jednego jestem jednak pewna - nie martwiłabym się na zapas.
      • kolebeczka Re: dylematy z mrozaczkami 24.04.09, 08:58
        hmm- tu nie chodzi o martwienie sie na zapas, julizo.
        Mnie po prostu zastanawia fakt, ze w tych samych ludziach sa poklady
        troskliwego rodzicielstwa ("martwilabym sie, co z nimi, u kogo"
        itp.), z drugiej zas lekka reka w skazaniu na wyrok przez kogo?-
        przez tzw.najblizsze osoby.
        To nie jest wcale teoretyczny dylemat.
        Wiadomo, co statystyki wroza mrozaczkom. Ktos, kto ma w kriobanku 3
        powie: "ee tam i tak moze jeden przezyje, albo i zaden."
        Czy mowimy to z ulga, ze reszta sama padnie czy z nadzieja, ze
        wszystkie przezyja?
        Majac 10 rowniez nie wiadomo, czy jakikolwiek przezyje a moze
        wszystkie. Statystyka jest nauka niezyciowa.
        Poza tym- przezycie zarodka to jeszcze nie ciaza.
        Nie wydaje mi sie, aby nalezalo ten problem ignorowac i liczyc na
        zewnetrzne okolicznosci, ktore za nas ten problem rozwiaza... Wydaje
        mi sie fair-play podejsciem powrocenie po mrozaczki lub tez oddanie
        ich do adopcji. Reszta rozwiazan- jakkolwiek niemilo to brzmi- jest
        po prostu obludna. Nie mozna czuc sie z czyms zwiazanym lub za cos
        odpowiedzialnym i nie dac mu jednoczesnie prawa podstawowego- do
        zycia chyba?, ot bo prawo naszej wlasnosci wyszlo z ram? Czy to
        poczete zycie jest wogole nasza wlasnoscia? Takie pytanie
        dodatkowe...
        Ale to tylko moja skromna opinia.
        • dagmara-k kolebeczka 24.04.09, 09:11
          zadajac pytanie o wlasnosc musielibysmy pojsc krok dalej i glebiej w filozofie
          tego pojeciasmile wtedy chyba nikt z nas nie robilby inv. nie staral sie w ogole
          bardziej i inaczej niz ci co beztrosko ida do lozka z usmiechem "bedziemy mieli
          dziecko". a moze i to juz jest wlasnosciowe podejscie? takie swiadome starania?

          dlaczego twoja opinia jest skromna? smile

          moje dylematy doprowadzaja mnie do momentu w ktorym rozmawiam z mezem o
          ewentualnych rozwiazaniach. mialam nawet pomysl ograniczenia ilosci zarodkow,
          moj dr sie zgadza i jesli wystarczy mi odwagi to zrobie to. jednak moja
          egoistyczna wg niektorych potrzeba bycia matka jest tak silna, ze byc moze nie
          odwaze sie zmnijeszyc swoich szans zapladniajac tylko 3-4 komorki. mam ogromne
          nadzieje ze bede miala ich tyle, zeby ani nie oddawac, ani nie mrozic latami.
          kolebeczko - mrozic przez x lat to dla ciebie znaczy skazywac na wyrok? smierci
          w domysle?
          • kolebeczka Re: kolebeczka 24.04.09, 10:30
            Dagmaro- oczywiscie, ze mrozenie to nie skazywanie na smierc
            - zreszta nigdzie tego nie napisalam!
            Chodzi tylko o to, co ma sie stac po ustawowym terminie, np.10-u
            latach mrozenia i jakie argumenty my (rodzice czy tez dawcy)- wtedy
            znajdziemy, aby nas usprawiedliwily. Bo w koncu o usprawiedliwienie
            tu chodzi...
            Wlasnie- czy my juz jestesmy rodzicami?
            Bedac w ciazy usmialam sie slyszac text: daj znac, jak dzieci beda
            na swiecie!
            Alez przeciez one sa juz na swiecie, tylko, ze nikt ich nie widzi...

            A wiec dylemat jest. Bo zarodki sa, choc daleko ode mnie i od moich
            planow zyciowych na nastepne lata.

            I ze sie powtorze z poprzedniego watku: jedyna szansa na brak
            naszych dylematow jest mrozenie komorek plciowych i zapladnianie
            najwyzej dwoch wg potrzeby. Bo inaczej dojdziemy do tego, co pisze
            juliza ponizej: ze autorka watku nie wie jeszcze, ile komorek bedzie
            miala, ile powstanie zarodkow, ile, ile, ile.
            Czyli priorytetem jest bardzo praktyczne i gietkie
            rozwiazanie: "martwie sie o NADLICZBOWE mrozaczki, bo juz nie chce
            wiecej dzieci"
            albo tez:
            "martwie sie o NIELICZNE mrozaczki, bo dotychczasowe proby sie nie
            powiodly- czy starczy mi?".
            Czyli raz mam ich za duzo, innym razem moge ich miec za malo, choc
            bezwzgledna liczba sie ulegla zmianie.
            Czyli podchodze do tych istnien b.instrumentalnie- w zaleznosci od
            przebiegu i powodzenia procedury in vitro.

            Julizo- ja nie wiem, czy na zycie mozna patrzec na zasadach
            przydatnosci i uzalezniac je od naszych okolicznosci.
            Powiem Ci, ze mnie bardzo duzo do myslenia daly w tej materii takze
            badania prenatalne w 13-ym tc. U jednego z dzieci lekarze
            podejrzewali chorobe genetyczna. To dziecko ma dzis, w 31 tc, za
            duzo wod plodowych, stosunkowo krotkie przedudzia. Ale ja juz wtedy
            zadecydowalam, ze w zasadzie nie interesuje mnie diagnostyka
            inwazyjna, ktora da mi czarno na bialym wynik- TAK, jest chore.
            Bo to znaczy, ze zaakceptuje tylko to, co jest przydatne, ladne, w
            normie. A jak nie- to aborcja.
            Postanowilam wtedy, ze jesli po porodzie potwierdza sie
            przypuszczenia lekarzy, a ja nie zdobede sie na odwage wychowania
            INNEGO dziecka, to oddam je do adopcji, bo wiem, ze sa ludzie,
            ktorzy sa silniejsi niz ja. W kazdym razie nie wydaje mi sie, abym
            miala prawo zycie poczete czy tez narodzone skazywac na wyrok
            smierci. To sa nasze komorki, ale to jest NOWE i niezalezne zycie.
            Nie musi sie ono jako zarodek rozwinac w moim ciele, aby byc
            czlowiekiem. Nikt nie powiedzial, ze bylabym dla niego najlepsza z
            matek.
            To nasz egoizm tylko podpowiada, ze jestesmy DLA NICH jedyni...
        • juliza Re: dylematy z mrozaczkami 24.04.09, 09:42
          Autorka wątku przygotowuje się do in vitro. Nie wie, ile będzie dojrzałych
          komórek, ile z tego zarodków. Nie wie, ile zarodków będzie podane a ile się
          przyjmie. Nie wie, czy uda się pierwsze IVF (oby!!!!), drugie czy kolejne. Nie
          wie, co to znaczy mieć dziecko i czy będzie chciała mieć drugie, trzecie. A
          martwi się mrozaczkami... Wg mnie to zamartwianie się na zapas.
          • weronika1978 Re: dylematy z mrozaczkami 24.04.09, 10:12
            julizo, z jednej strony masz rację, ale z drugiej- to dlaczego
            Autorka nie ma myśleć na zapas? a kto ma myśleć?
            • juliza Re: dylematy z mrozaczkami 24.04.09, 11:19
              Myśleć to jedno, a martwić się na zapas to zupełnie coś innego. Autorka wątku
              JESZCZE NIE MA nadliczbowych zarodków (ba! nie ma żadnych zarodków..) a już
              zastanawia się, co z nimi zrobić. To troche gdybanie, co będzie, jeśli...
          • joanna29 Re: dylematy z mrozaczkami 24.04.09, 12:54
            Na poczatek wiem co to znaczy mieć dziecko, bo mam syna. Wiem jaka
            to odpowiedzialność i jaka to silna miłość i więź z dzieckiem.
            Owszem nie wiem ile będę miała zarodków, ale wiem że bardzo dobrze
            reaguję na stumulacje, więć mam podstawy myslec, że będę miała ich
            dużo. Wiem również, że z uwagi na wiek nie jestem pewna czy się
            zdecyduję na trzecia ciąże.
            Jak juz będę miała ileś mrozaczków to już zapóźno na zastanawianie
            się. Tak ważną sprawą jaką jest przyszłośc mrozaczków musze
            rozstrzygnąc wczesniej, aby podjąć decyzje czy na przykład nie
            ograniczyć stumulacji. Nad rozlanym mlekiem nie ma co rozmyslać.

            uliza napisała:

            > Autorka wątku przygotowuje się do in vitro. Nie wie, ile będzie
            dojrzałych
            > komórek, ile z tego zarodków. Nie wie, ile zarodków będzie podane
            a ile się
            > przyjmie. Nie wie, czy uda się pierwsze IVF (oby!!!!), drugie czy
            kolejne. Nie
            > wie, co to znaczy mieć dziecko i czy będzie chciała mieć drugie,
            trzecie. A
            > martwi się mrozaczkami... Wg mnie to zamartwianie się na zapas.
            • juliza Re: dylematy z mrozaczkami 24.04.09, 13:36
              Informacje, które podałaś zmieniają obraz sytuacji. Jesli to wszystko wiesz,
              może faktycznie lepiej ograniczyć stymulacje do 2-3 zarodków. Tu może też
              doradzić lekarz. Myślę, że i tak nikt Cię nie przekona, co powinnaś zrobić z
              nadprogramowymi mrozaczkami, bo to Twoja decyzja i Twój (Wasz) trudny wybór. Bez
              względu na wszystko życzę udanego IVF.
              • dagmara-k Re: dylematy z mrozaczkami 26.04.09, 11:03
                to nie jest martwienie sie na zapas. na zapas to sie mozna martwic czy bede
                miala kase na drugie ivf. to jest myslenie moim zdaniem odpowiedzialne o tym, co
                i w jakiej sytuacji mozna zdecydowac. od punkcji do transferu jest maksymalnie 5
                dni. to niewiele na decyzje. wole wczesniej miec w glowie rozne opcje. ja nie
                mam dziecka, nie wiem co to znaczy byc matka, marze o kilku ale moze skoncze na
                jednym oddychajac z ulga ze nie przychodza kolejne. moze wcale mi sie nie uda.
                ale za zarodki chce byc odpowiedzialna, bo sama decyduje o tym, zeby je tworzyc.

                kolebeczko, instrumentalne traktowanie chyba polega na czym innym niz
                zastanawianie sie ile miec zarodkow i jaki mam wplyw na ich losy? to ze pojawia
                sie slowo "ile" jest tylko w kontekscie lekow, obaw, nadziei a nie wyrachowania.

                twoja sytuacji z dziecmi jest zupelnie inna, mowimy o zywych dzieciach a nie o
                zarodkach. ja nie oddalabym zarodka, ty zastanawiasz sie nad opcja oddania
                dziecka. nie wiem jak jest w twoim kraju, w naszym skazalabys to malenstwo na
                dluuugie oczekiwanie na rodzine, najpierw w szpitalu, potem moze w dd (zaleznie
                od choroby).
                natomiast sprawa mrozaczkow - jakie ustawowe 10 lat? nie ma takiej ustawy. u nas.

                podoba mi sie stwierzdenie ze tu nikt nikogo nie przekona.
    • cierpliwa79 Re: dylematy z mrozaczkami 26.04.09, 12:38
      nie wyobrażam sobie zostawienie mrozaczów na wieki w lodówce albo
      oddania ich komuś. traktuje je jak własne dzieci ... i nie moge sie
      doczekać kiedy po nie wróce...
      • dagmara-k Re: dylematy z mrozaczkami 26.04.09, 13:46
        ile ich masz cierpliwa? mam nadzieje miec ich tyle, zeby moc spokojnie
        powiedziec tak jak ty. ale najpierw czekam na choc jeden.
        • moniaa2009 Re: dylematy z mrozaczkami 26.04.09, 17:45
          Jesli tych mrozaczków będzie 4-5 to problem mniejszy. Zawsze można
          po nie wrócić i zakładając, że zapłodnią się dwa zdecydowac się na
          kolejną ciąże. A co jeśli tych mrozaczków będzie więcej, 8- 10? Czy
          także przeciwniczki adopcji nie zgodzą się na ich adopcję? A więc
          która z przeciwniczek zdecyduje się na ta dziesiatkę? Wątpie czy
          któraś z nich. Więc dlaczego nie pozwolić im na rozwiniecie się w
          innym ciele i życie w innej rodzinie. Zarodek to kilka podzielonych
          komórek. Zeby mógł istniec potrzebuje znacznie więcej: odpowiedniego
          środowiska w postaci macicy matki, odpowiedniej dawki hormonów i
          setki innych związków do prawidłowego rozwoju. I to jakie powstanie
          dziecko zależy nie tylko od tego jakie geny się połaczyły, ale także
          jakie warunki stworzono mu do rozwoju. I wcale to ewentualne dziecko
          nie musi być podobne do Was. Bo warunki w jakich powstawało mogą się
          znacznie róznić od tych jakie Wy mu mogłybyście dać. Mówicie, że to
          wasz materiał genetyczny. Ale materiał genetyczny jest w cebulce
          włosa, komórkach skóry, w krwi. Jest łatwo dostępny i przestańcie go
          tak gloryfikować. Przypomina mi tu sytuację dzieci z domów dziecka,
          które nie mogą zostac zaadoptowane, bo rodzice nie chcą sie zrzec
          praw rodzicielskich, z drugiej strony nie mogą lub nie chcą
          wychowywać dzieci. Ja w każdym razie gdy będę miała swoje mrozaczki
          i gdy nie będę w stanie już zająć się nimi to z pewnością jeżeli
          tylko ktos będzie chciał oddam je do adopcji. Wolę to, niż gdyby
          zginęły w termosie.
          • dagmara-k Re: dylematy z mrozaczkami 27.04.09, 09:04
            moniaa - ciagle mylimy dwie sprawy. dla mnie zarodek, to tylko material
            genetyczny. ale juz urodzonego z niego dziecko to czlowiek, ktory nie chce, zeby
            zyl poza moja rodzina. moge? bez bycia oceniana jako egoistka?
            co do genow i srodoswiska: dziecko urodzone z mojego materialu genetycznego ale
            przez inna kobiete bedzie w 100% do mnie i meza podobne, bo geny nadaja wyglad,
            a nie warunki w macicy. no chyba ze zalozyc ze kobieta ktora by je nosila
            bylaby narazona na dzialanie teratogennych czynnikow. inaczej dziecko bedzie
            roznilo sie tylko zachowaniem. a nie wygladem.

            jest jeszcze wyjscie nie zapladniania kilkunastu, tylko kilku komorek. wersja
            dla odwaznych.
      • iw80 cierpliwa79 26.04.09, 21:55
        a gdybyś miała ich 16 też wróciłabyś po wszystkie? ja mam właśnie
        tyle. na pewno chcę mieć więcej dzieci ale na pewno nie 16!!!
        oczywiście, szanse na to że z 16 zarodków będzie 16 dzieci są małe
        ale na pewno mam dylemat. jakoś przed zabiegiem zupełnie inaczej
        traktowałam temat zarodków ale wszystko sie zmieniło odkąd na świat
        przyszedł mój syn...
        • bartekcom Re: cierpliwa79 26.04.09, 22:08
          To faktycznie kolejny wątek z takim dylematem i biorą w nim udział
          (niektóre) te same osoby, tyle, że ten wątek nie jest agresywny tak
          jak tamten bo pamiętam, że jak załozycielka tamtego wątku napisała,
          że nie wyobraża sobie oddania zarodków do adopcji-bo z nich będą
          dzieci-jej geny itp to m.in kolebeczka wyśmiała ją od zacofanych, i
          co za bzdury wypisuje i generalnie kazała jej się w czoło pukać i
          takie różne nieprzyjemne rzeczy-ja i dagmara podzielałyśmy opinię
          założycielki i w tym wątku też widzę dużo takich odpowiedzi, ale
          temat jest trudny i widzę że przekonywanie do swoich racji i w tym
          wątku jest praktykowane.
          • dagmara-k Re: cierpliwa79 27.04.09, 09:09
            to praktykowanie przekonywania plus slowa "egoizm", "zalada", "smierc", "wyrok"
            sa agresywne, tylko w rekawiczkach.

            proponuje zeby te szczesliwe osoby ktore juz mialy swoje zarodki, maja dzieci i
            oddaly/oddadza swoje zarodki pozwolily nam pogdybac i przemyslec sprawe. tak jak
            np sprawe badan genetycznych (tu tez kolebeczka pytala mnie po co i co to
            zmieni). jesli podejdziemy juz do programow i bedziemy mialy duzo zarodkow a
            malo odwagi zeby ich tworzyc mniej, to pozwolcie nam wlasna droga dojsc do
            rozwiazan. ja uwazam ze oddawanie jest nie w porzadku, ktos uwaza ze mrozenie na
            wieki jest nie w porzadku. i w tym temacie chyba tak musi zostac. mialysmy tez
            opcje gowina, ale rozumiem ze z nia niewiele osob sie zgadza. natomiast nikt nie
            nakazuje zapladniania wszystkich komorek i mozna zrobic jak gowin radzi. nikt
            nikomu tego nie broni. tylko odwaga i pineiadze plus dobre zdrowie potrzebne.
        • cierpliwa79 Re: cierpliwa79 27.04.09, 16:27
          16 to faktycznie proble. ale my jeszcze przed punkcją
          zadecydowaliśmy wspólnie z M że więcej niż na 6 do mrożenia się nie
          zgadzamy i tyle jajeczek miało byc max poddane próbie zapłodnienia.
          wszystko można wcześniej z lekarzem uzgodnić bo potem są dylematy.
          jeśli dla kogoś mrozaczki to poprostu złączone komórki i tyle to
          łatwiej mu będzie zadecydowac o oddani zarodków komuś innemu. ja bym
          tak nie mogła- dlatego wcześniej wszystko zostało ustalone z
          doktorem co i jak ma być.
    • joanna29 Re: dylematy z mrozaczkami 27.04.09, 15:21
      Zakładając ten watek nie pytałam co mam zrobic z zarodkami,
      mrozaczkami. Chodziło mi tylko czy macie dylematy z tym związane i
      jak sobie radzicie, jak sie na to zapatrujecie.
      Co do genów to niestety to nie tylko wyglad, ale i pewne zachowania,
      zapatrywania. Widzę to po moim synu, ale tez po dzieciach
      zaadoptowanych u przyjaciół.
      Zdaję sobie też sprawę, że inaczej patrzy się oczekując na pierwszą
      ciąże, a także mając już dziecko.
      Każdy z nas jest inny, ma inne doświadczenia, inna mentalność i inna
      psychikę i to wszytsko (albo pewnei jeszcze duzo więcej) decyduje o
      naszym podejściu do problemów z in vitro.
      • kolebeczka A zatem to tylko gdybanie? 27.04.09, 16:26
        wiec pozwole sobie na dalsze pofantazjowanie co do NASZYCH genow i
        zakladam taka sytuacje (mozliwa lub nie- jak kto woli):
        w klinice nieplodnosci dochodzi do balaganu. Zostaja nam wszczepione
        zarodki/ zarodek innej pary.
        Zakladam dwie wersje:
        1. podczas prenatalnych badan genetycznych okazuje sie, ze to
        nie "nasze" dziecko/ dzieci (decyzja: usunac czy donosic?)
        2. rodzimy, zyjemy, kochamy i dopiero kiedys tam okazuje sie, ze w
        klinice popelniono BLAD. (wyrzekamy sie tych dzieci czy sa one nadal
        nasze?)

        No i co z ta wlasnoscia genetyczna?
        Mnie to w przypadku wlasnie tego tematu zastanawia. Przeciez sama
        poszlam na in vitro po latach walki. Nie dopuszczalam do siebie
        mysli o adopcji.
        Chcialam/chcielismy tylko tzw. NASZE dzieci.
        A jednak mysle, ze gdyby doszlo do powyzszych sytuacji wisialyby mi
        geny. Nieraz slyszalo sie historie o podmienionych dzieciach w
        szpitalach.
        Wisialoby mi rowniez, ze dziecko do nas podobne urodzila inna
        kobieta.
        To kobieta, ktora dala mu zycie, ktorego ja bym mu z rozmaitych
        powodow nie dala.
        Kto jest matka i ojcem? Dawcy komorek czy dawcy szansy na zycie?
        Co to znaczy wlasciwie "NASZE dziecko"?
        I dlaczego jako podobno dawcy zycia mamy prawo je odebrac?
        I dlaczego osoby typu bartekcom nie pojmuja, ze istnieje w tym
        sprzecznosc wołami pisana?
        • joanna29 Re: A zatem to tylko gdybanie? 27.04.09, 16:36
          Dla mnie to nei fantazjowanie tylko powazny dylemat przed podjęciem
          bardzo poważnej decyzji.
          Co do tego "bałaganu" w kliniece to takim podmienionym dzieciom
          funduje się 2 matki i 2 ojców. Chyba znasz sprawe z podmienionymi
          blixniaczkami i to jak ich życie wygłada dzisiej. Rodzice zyskali w
          ich mniemaniu córki, ale córki nie sa w stanie poradzic sobie z ta
          sytuacją. Matka to nie tylko taka co wychowuje, ale tez ta od której
          pochodzą geny. Jako matka powiem Ci, że dziecko to nie tylko jest
          dlatego, że się je urodziło, czy wychowało, ale też ten dziwny
          grymas, który po mnie odziedziczyło i te recone włosy odziedziczone
          po tacie i niebieskie oczy po dziadku. Kocha się dziecko nie tylko
          te które się urodziło, ale i te które się wychowało. Wiesz lub nie
          ale jak byś po x latach zobaczyła dziecko majace Twoje geny to tez
          bys je kochała.
          • kolebeczka Re: A zatem to tylko gdybanie? 27.04.09, 16:59
            Joanno- to wszystko dopiero przede mna- jeszcze miesiac- moze
            zmienie zdanie? choc nie sadze...
            Tylko, ze jesli geny mialyby decydowac o milosci do dzieci (i na
            odwrot), to domy dziecka bylyby niepotrzebne, nie byloby generalnie
            konfliktow miedzy rodzicami i dziecmi, a milosc rodzicow adopcyjnych
            byla slowem obcym.
            Balagan przede wszystkim bierze sie stad, ze my WIEMY: tyle a tyle
            zarodkow w plastikowej saszetce z naszym nazwiskiem.
            Ale kto da nam gwarancje, ze jakies zarodki nie poszly na lewo?
            Zobacz do czego prowadzi zakaz adopcji zarodkow lub nawet komorek
            plciowych w niektorych krajach. Sciaga sie je nielegalnie z innych
            krajow. Kwitnie brudny interes.
            Placisz za mrozone wlasne zarodki- nie wiem ile i jak dlugo w Polsce-
            w Austrii jest to 1800 EUR w ciagu 10 lat.
            Wiesz, ze z nich nie skorzystasz, wiesz tez, ze nikomu legalnie nie
            mozesz pomoc, a po ustawowym terminie przewidzianym przez kriobank
            sprawa (czytaj: ZYCIE) laduje w koszu. Z jednej strony robi sie
            medialnie dylemat z dzieci do nas podobnych, choc przez nas
            niechcianych, z drugiej wyrzuca sie je jak nic nieznaczace
            zawartosci owych saszetek.
            Jesli bede matka a ktos postawi mnie przed ostatecznoscia: zycie
            dziecka u innych ludzi na innym kontynencie bez kontaktu raz na
            zawsze czy tez smierc dziecka, to wybacz, ale moje "prawo wlasnosci"
            przestaje byc wazne. Wazne, aby zylo. To nie ja i moj maz jestesmy
            tu podmiotami.
            To jest nowe i samodzielne zycie, ktore moze sie rozwinac na tysiace
            mozliwych sposobow- z nami lub bez nas.
            I to przede wszystkim nas rozni- oponentow adopcji zarodkow i
            zwolennikow tzw.mniejszego zla.
            • lusiasia Re: A zatem to tylko gdybanie? 27.04.09, 17:12
              nie chcecie miec dodatkowych zarodkow, to pozwolcie zaplodnic tylko tyle ile
              chcecie lub mozecie ewentualnie miec dzieci
              oczywiscie ze to szalony pomysl, ale napewno zmniejszycie prawdopodobienstwo
              pozostawionych mrozaczkow
              niesie to za soba ryzyko ale tak to czesto w zyciu jest, ze nic nie ma za darmo
              • kolebeczka Re: A zatem to tylko gdybanie? 27.04.09, 17:22
                Mozna tez poczekac pare lat, gdy metoda zapladniania zamrozonych
                jajeczek bedzie juz standardem. Na razie jest nowinka, w niewielu
                klinkach praktykowana...

                • moniaa2009 Re: A zatem to tylko gdybanie? 27.04.09, 21:18
                  Niestety jak do tej pory nie znaleziono metody na mrożenie jajeczek.
                  Zarodki zniosą mrożenie, nasienie też, a niestety komórka jajowa
                  nie. Oczywiście to byłoby najlepsze rozwiązanie, ale jak na razie w
                  bardzo odleglej przyszłości.
              • cierpliwa79 Re: A zatem to tylko gdybanie? 28.04.09, 07:11
                i u sie zgadzam z toba na całej lini---decyzję o ilości zapłonionych
                komórek mozna podjąć wcześniej i potem bez dylematów, obciążeń
                psychicznych czy innych niepewności poprostu wracac po swoje
                mrozaczki....ryzyko jest ale to wg mnie lepsze niż zgadzać se na
                zapłodnienie jakieś gigantyczej liczby po która nie da sie wrócić...
                • dagmara-k Re: A zatem to tylko gdybanie? 28.04.09, 12:42
                  wlasnie taka opcje rozwazam, jesli bede miala dosc komorek.
                  co do mrozenia komorki, zdaje sie novum ma pierwsza ciaze z zamrozonej komorki?
                  niesttey na razie ta procedura jest za malo skuteczna, malenkie szanse a czekac
                  to mozemy na brak szansy na macierzynstwo, przeciez czas tyka, tyka..
            • dagmara-k Re: A zatem to tylko gdybanie? 28.04.09, 12:40
              kolebeczka ty chyba sie zapedzaszsmile jakies teorie spiskowe wypisujeszsmile w takim
              ukladzie lepiej do ivf nie podchodzic. a najlepiej sprawdzic dna swoje i meza bo
              moze jestesmy rodzenstwem, moze nas podmienili w szpitalach, moze powinnismy byc
              w jednym domu chowanibig_grin

              salomonowe rozwazania w dyskusji o zarodkach? i kto tutaj traktuje zarodki jak
              dzieci?
              • kolebeczka Re: A zatem to tylko gdybanie? 29.04.09, 18:12
                dagmara-k napisała:

                > kolebeczka ty chyba sie zapedzaszsmile

                Dagmaro- takie dylematy typu zakochane w sobie rodzenstwo miala
                autorka poprzedniego watku, gdzie juz do absurdow dochodzilo.

                Ja nie robie teorii spiskowych, tylko wlasnie jestem pewnie po
                Twojej stronie- wszystko sie moze stac, wszystko jest w zyciu
                mozliwe. Gdyby brac pod uwage kazda bzdure, nie tylko do IVF nie
                nalezaloby podchodzic, ale generalnie nie warto od zaraz oddychac.

                To, do czego ja zmierzalam przez swoje wydumania to fakt, ze w
                przypadku takiego In vitro b.duzo wiemy- ile tych mrozaczkow, jakie,
                na jak dlugo mrozone (w kazdym razie- wszystko opiera sie na
                zaufaniu wobec instytutow).
                Okazuje sie, ze gdybysmy nie wiedzieli, ze ktos dostal przez
                przypadek nasze zarodki- nie mielibysmy pewnie (w wiekszosci) nic
                przeciw (choc sa napewno tacy zaciekli dawcy komorek, ktorzy
                rozbiliby po latach rodziny adopcyjne, aby tylko dojsc do
                swego "posiadania").
                Zobacz zatem jak funkcjonuje ludzkie myslenie:
                1) mogac swiadomie decydowac - nie oddamy zarodkow,
                2) nie majac wplywu na sytuacje powiemy: ok- nic juz nie da sie
                zrobic (ktos inny popelnil blad), nie wolno nam rozbijac rodzin.


                Zycie jest ponad wszystkim i nie ma takiego argumentu, ktory
                usprawiedliwia jego odebranie. I chodzi o to, aby ludzie to
                swiadomie przyjeli do wiadomosci, a nie dopiero droga pogodzenia sie
                wobec losowych przypadkow, na ktore nie mieli wplywu.


                Natomiast odbieranie zycia- hmm- nazwijmy to inaczej, bardziej
                elegancko, bardziej uspokajajaco nasze sumienia- przeciez o
                nomenklature tu chodzi? np.: inne rozdysponowanie zarodkami,
                rezygnacja- no jakiegoz ja tu zastepczego slowa nie dobiore- wyjdzie
                w koncu na jedno: kiedys trzeba podjac decyzje: kosz czy moje lono
                (no chyba, ze zarodki to nie zycie- w takim razie- co?).
                Juz pisalam- nie wiem, jak dlugo przechowuja polskie kriobanki
                zamrozone zarodki.
                Jak zatem nazwac decyzje po uplywie tego max. terminu bez
                zdecydowania sie na transfer badz oddanie do adopcji?
                Dla mnie jest to dylemat, bo wiem, skad i jak sie na lewo sciaga
                komorki plciowe, a ja nie moge legalnie uratowac tych
                niewykorzystanych zarodkow+pomoc jakiejs parze.
                Zarodki to moga byc dzieci, tylko ze ja to widze tak: one nie musza
                byc naszymi dziecmi, bo ja nie mam prawa odbierac zycia, tak jak nie
                mam obowiazku go dawac...Skoro jednak decyduje sie na dawanie zycia,
                to nie moge go odebrac. To samo dotyczy uposledzonych plodow.
                Czy lepiej jest dziecko uposledzone usunac czy tez oddac je na
                tzw.pastwe domu dziecka? Dlaczego to my definiujemy, kiedy i w
                jakiej formie zycie bedzie szczesliwe, a przez to godne wydania na
                swiat? Kto powiedzial, ze dziecko w domu dziecka, w rodzinie
                zastepczej nie bedzie mialo okazji do szczescia? Dlaczego zycie samo
                w sobie nie jest wartoscia, a jedynie jego formy: w rodzinie
                naturalnej, w dostatku, w zdrowiu?

                Wybacz, ale mnie sa sympatyczniejsi ludzie, ktorzy mowia o zarodkach
                jako o czyms po prostu koniecznym w calym tym in-vitrowym procesie
                zyskow i strat i przechodza nad sprawa do porzadku dziennego,
                anizeli ludzie kreujacy sie na czulych rodzicow, niewyobrazajacych
                sobie, ze ich geny przytula ktos inny, choc sami tych genow nie
                chcieli przytulic. To bardzo chora, jak dla mnie, milosc.
                • dagmara-k Re: A zatem to tylko gdybanie? 29.04.09, 23:24
                  eh kolebeczka.... ja nie mowie ze kocham swoje zarodki ktorych jeszcze nie mam.
                  nie chce byc tutaj "czulym rodzicem". jedynie odpowiedzialnym czlowiekiem za
                  zycie lub nie zycie. traktujac zarodek jak zarodek moge go na 50 lat zamrozic.
                  ale nie oddac komus. nie z powodu mojego poczucia wlasnosci, ale dla jego
                  jasnosci kto jest kim. dlaczego tak chetnie mialabym komus kazac zyc w nie swoje
                  rodzinie? dlatego tez podoba mi sie opcja o ktorej pisze lusiasia. jest uczciwa.
                  adopcja zbyt czesto udaje, ze ludzie ktorzy adoptowali sa biologicznymi rodzicami.

                  a to na co nie mamy wplywu - co tu jest do rozwazania?
                  • kolebeczka Re: A zatem to tylko gdybanie? 30.04.09, 09:59
                    dagmara-k napisała:
                    > adopcja zbyt czesto udaje, ze ludzie ktorzy adoptowali sa
                    biologicznymi rodzicami.

                    A co udaje w takim razie naturalne rodzicielstwo/ dawstwo, ktore
                    mrozi na lat 50 i nie daje mozliwosci urodzenia sie? To jest Twoim
                    zdaniem odpowiedzialne? hmmm
                    Czy to, kto jest kim, jak piszesz, czy tozsamosc zatem- obraca sie
                    jedynie wokol przynaleznosci genetycznej?

                    > a to na co nie mamy wplywu - co tu jest do rozwazania?
                    Otoz jest- bo jesli nie mamy na cos wplywu, to dajemy (po fakcie
                    niestety) luz, nie czepiamy sie tak kurczowo posiadania, ale godzimy
                    sie na to, ze zycie jest po prostu zbiegiem okolicznosci
                    niekoniecznie idacych po naszej mysli, ale czy przez to- gorszym?
                    Pieknie by bylo miec choc po czesci takie nastawienie wobec
                    sytuacji, na ktore ponoc mamy wplyw. Tylko, ze...na co my tak
                    wlasciwie mamy wplyw? Czy nie przeceniamy swojej mocy nad zyciem?
                    • dagmara-k Re: A zatem to tylko gdybanie? 30.04.09, 16:41
                      zgadzam sie ze przeceniamy (moze ja przeceniam) zdolnosc kierowania naszym
                      zyciem. czesto sie okazuje, ze chocbym bardzo kontrolowala nie na wszystko mam
                      recepte i wplyw. ale ucze sie ciagle rozdzielac jedno od drugiego. mysle ze tam
                      gdzie moge kierowac swoim zyciem - powinnam. a luz miec tam, gdzie nic nie
                      zdzialam, tylko sie spocewink

                      nie, nie uwazam zeby tozsamosc wynikala z genow glownie. nawet odwrotnie. co nie
                      znaczy ze wisi mi genetyka.

                      jesli czytalabys mnie uwazniej przeczytalabys, ze szczytem odpowiedzialnosci
                      jest dla mnie decyzja o zaplodnieniu mniejszej ilosci komorek, a nie ich
                      mrozenie na wieki. choc moznaby sie tu zastanowic nad odpowiedzialnoscia
                      odnosnie wlasnego zdrowia. nie uwazam ze dawstwo jest nieodpowiedzialne.
                      uwazam ze zbyt czesto udaje sie kogos kim sie nie jest tworzac rodzine
                      adopcyjna. i to nie jest przytyk do rodzicow adopcyjnych w ogole, bo wielu
                      (chwala im za to) przedstawia dzieciom wersje ich tozsamosci zgodna z prawda
                      biologiczna i spoleczna.
                      nie rozumiem co niby mieliby udawac ci, ktorzy mroza zarodki i ich nikomu nie
                      oddaja? twoi zdaniem cos udaja?
                      • kolebeczka Re: A zatem to tylko gdybanie? 04.05.09, 10:28
                        > nie rozumiem co niby mieliby udawac ci, ktorzy mroza zarodki i ich
                        nikomu nie oddaja? twoi zdaniem cos udaja?

                        Tak- dokladnie. Udaja, ze zachowuja jakis smieszny porzadek, ze
                        strzega praw wlasnosci (czy mozna posiadac czyjes ZYCIE?), ze sa
                        obroncami zycia ulozonego w przeciwienstwie do tzw.zycia
                        pogmatwanego. I co robia? Nie daja szansy narodzin. W imie czego?
                        W imie owego porzadku. Czyli mamy uklad wartosci: porzadek ponad
                        zyciem. Dla mnie to chore. Ale nie musi byc dla Ciebie.smile
                        Ja mysle, ze to, pod czyim dachem przychodzi sie na swiat jest wazne
                        w pierwszej linii i glownie dla jednej strony- dawcow komorek. Dla
                        tych zaczatkow zycia jest to duzo mniej istotne. Przynajmniej wydaje
                        mi sie, ze kiedys wyrosly z tego zarodka czlowiek majac wybor- zyc
                        albo nie- chyba mimo balaganu wybierze...Ale moze sie myle.
                        Po prostu slyszalam kiedys piosenke chlopaka majacego Zespol Downa.
                        W tej piosence dziekowal rodzicom, ze odwazyli sie dac mu szanse
                        narodzin. My naprawde bardzo niewiele wiemy, co to znaczy szczescie
                        i czy rzeczywiscie mierzy sie je porzadkiem genealogicznym,
                        genetycznym, norma zdrowotna itepe...

                        Co do utrzymywania w tajemnicy pochodzenia zarodkow, udawania
                        prawdziwej rodziny... Wiesz- ja w moim zyciu i w tysiacach innych
                        zyciorysow dzis i w historii, ktore nie powstaly z in vitro, wiem,
                        ze udaje sie i klamie przede wszystkim w rodzinach. Klamie sie na
                        wiele tematow, przemilcza wiele szczegolow, ktore czasem wychodza na
                        jaw, czasami nigdy. Dlatego czlowiek dorasta i buduje wlasna rodzine-
                        czy na prawdzie? To zalezy, ile ona dla kogos znaczy i jak ma sie
                        ona przejawiac. Dla mnie prawda jest akurat walka o to, aby to, co
                        zyje, nie wegetowalo (mrozilo sie przez wieki) badz tez zginelo ot,
                        bo my nie chcemy miec wiecej dzieci.

                        Nie- my sie nie musimy zgodzic, Dagmaro, w tym temacie.
                        Ja tak po prostu i cichu mysle, ze my sami nie do konca nalezymy do
                        samych siebie. Dajemy swiatu co chwila rozmaite nasze czesci do
                        dyspozycji, ale z zyciem obchodzimy sie jak...

                        Nie wiem, czy zapladnianie malej ilosci jajeczek jest do konca
                        rozwiazaniem...teoretycznie tak, ale praktyka pokazuje co innego.
                        Mnie pobrano 19 jajeczek. Zaplodniono wszystkie, w tym z 5-iu nie
                        powstaly zarodki, plus nastepne dwa nie przezyly nastepnych trzech
                        dni do transferu. Jesli wezmie sie pod uwage
                        nieszczegolnie "zdrowotna" dla kobiety terapie hormonalna, lata
                        bolesnych badan i zabiegow, komplikacje po... czy jest to
                        odpowiedzialne niszczyc wlasne zdrowie przez kilka lat?
                        Wydaje mi sie, ze jedynie mrozenie jajeczek i stopniowe zapladnianie
                        to etyczne rozwiazanie dla obydwu stron: kobiety i zarodkow. W koncu
                        udalo sie to Ch.Chenowi juz w 1986 roku. Oczywiscie- szansa na
                        sukces wypada duzo mizerniej anizeli w przypadku zamrozonych
                        embrionow, ale...
                        Ja licze, ze wkrotce bedzie to standardem i pogodzi zwasnione
                        stronysmile


        • dagmara-k Re: A zatem to tylko gdybanie? 28.04.09, 12:36
          kolebeczka, nie odpowiadasz na jedne pytania a idziesz w dalsze jakies
          dywagacje. mrozaczki tworzymy sami - ja chcialabym miec tyle odwagi co cierpliwa
          i jej maz, i mam nadzieje ze bede potrafila tak decydowac. zamiana dzieci czy
          zarodkow to wina cudza i przypadek, i chyba logiczne jest, ze sie wtedy ma inne
          uczucia niz kiedy myslimy o hipotetycznych zarodkach.
          caly czas sie ciebie pytam kolebeczka co to znaczy "zycie odebrac"? bo zycie dac
          wiem co znaczy. ale odebrac w kontekscie zarodkow?
          • cierpliwa79 Re: A zatem to tylko gdybanie? 29.04.09, 07:51
            dagmara-k - trzymam kciuki za wewnętrzną siłę do walki i spokókj i
            rozwage w podejmowanych decyzjach. sama decyzja o ivf nie jest
            łatwa... a co dopiero o ilości zapłodnionych jajeczek.... powodzenia
            • dagmara-k Re: A zatem to tylko gdybanie? 29.04.09, 10:52
              zobaczymy jak to bedzie, czy sie odwaze. i czy bede miala w ogole powody do
              ograniczania ilosci.
    • aldik2008 Re: dylematy z mrozaczkami 29.04.09, 10:33
      Podczas programu kobieta jest stymulowana. Nawet jeżeli powstanie
      wiele komórek, to nie ma się pewności, że wszystkie będą nadawały
      się do zapłodnienia, że będą właściwie się dzieliły itd. Kiedyś
      myślałam podobnie jak ty. Dopiero życie zweryfikowało moje obawy. Na
      7 komórek, połowa była pusta. W efekcie podano mi tylko 2 zarodki.
      Nie miałam nawet mrozaczków.
      Jeżeli masz obawy, to po prostu porozmawiaj z lekarzem. Nie będziesz
      stymulowana. Dostaniesz tylko niewielkie dawki leków i pobiorą ci
      najwyżej dwa oocyty.
      • lusiasia Re: dylematy z mrozaczkami 29.04.09, 16:30
        ja tez myslalam ze po co mnie stymulowac skoro i tak wytworze bardzo malo jajeczek
        lekarz mnie przekonal tym, ze leki nie zwiekszaja tylko ilosci jajeczek i ale
        tez wytwarzane sa dzieki lekom jajeczka lepszej jakosci

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka