sloggi
08.12.05, 00:05
Ogień pojawił się rano w budynku restauracji przylegającej do stajni.
- Z właścicielką Rancza Emów byłem w stajni przed siódmą rano. Dawaliśmy
koniom jeść. Nagle ktoś krzyknął, że się pali - opowiada Tomasz P., lekarz
weterynarii z Lublina (nie chce podawać nazwiska do publicznej wiadomości).
Trzyma na ranczu swojego konia, rocznego Elvisa.
Właścicielka pobiegła do płonącego budynku, bo nad restauracją mieszkały jej
córka i wnuczka.
- Ja ratowałem konie. Ogień zaczynał ogarniać już dach stajni. Kiedy kilka
minut później wybiegłem na podwórko, zobaczyłem, że cała restauracja stoi w
ogniu. Podejść się nie dało, szyby pękały. Kobiety już stamtąd nie wyszły -
mówi wstrząśnięty weterynarz.
Wezwani na miejsce strażacy nie mieli szans na uratowanie kompleksu budynków
Rancza Emów.
- Wszystko paliło się szybko, całe zabudowania były zrobione z drewna - mówi
Dariusz Malinowski, rzecznik mazowieckich strażaków. - Temperatura była tak
wysoka, że kamienie, którymi wyłożono podłogę, pękały, gdy strażacy polewali
je wodą.
Po ugaszeniu pożaru strażacy znaleźli ciała Jolanty B. właścicielki stadniny,
jej córki Klary S. i sześcioletniej wnuczki Hani S.
Oficer otwockiej policji powiedział, że prawdopodobną przyczyną ich śmierci
było zaczadzenie. Wstępnie ustalono, że pożar wywołało zwarcie instalacji
elektrycznej.
- Nielegalnie pobierano prąd, instalacja elektryczna była prowizoryczna - mówi
policjant z Otwocka.
Co stanie się z 28 końmi, które udało się uratować z pożaru? Pomysłu na to
jeszcze nie ma. Burmistrz Wiązowny Stanisław Bogucki zapewnił, że nie zostaną
bez opieki. Na razie stoją na padoku w stadninie.
- Wyślę pracownika ochrony środowiska. Trzeba im zapewnić paszę. Zastanowimy
się, co z nimi zrobić - mówi Bogucki.
To już drugi pożar w tej stadninie, poprzedni wybuchł ponad rok temu, zginął w
nim młody Ukrainiec. A jakiś czas temu w czasie imprezy pchnięto nożem młodego
człowieka.
/rzeczpospolita.pl/