doda-elektroda
11.08.08, 10:58
nie mogę zrozumieć dlaczego zakłada się, że ten, kto wjedzie
poprzednikowi w kufer, zawsze jest wininen, niezależnie od tego,
jaki idiotyzm zrobił wspomniany poprzednik.
w dzisiejszym Motorze mamy opis kolejnej takiej, moim zdaniem
kontrowersyjnej, sytacji.
Na ruchliwej drodze trasie (przypuszczam że chodzi o siódemkę
Warszawa – Gdańsk) pani zapomniała że jedzie automatem i zamiast
sprzęgła, nacisnęła hamulec. Auto gwałtownie zatrzymało się, a w
kufer wjechał mu wóz jadący za nim. Kierowca tego wozu został uznany
za współwinnego wypadkowi.
Jeżeli na typowej polskiej drodze poza terenem zabudowanym jedziemy
z legalną prędkością 90 km/h, to na zatrzymanie do zera musimy
przeznaczyć co najmniej 35 metrów, a praktycznie, wliczając czas
reakcji kierowcy, nawet 50 metrów. Oznacza to, że nigdy nie
powinniśmy zbliżać się do poprzedzającego nas auta na odległość
mniejszą niż te 50 metrów.
Można powiedzieć – oczywiście, czemu nie? Co ci przeszkadza trzymać
bezpieczny dystans od poprzednika? Takie pytanie może zadać jednak
tylko ktoś, nie jeździł po Polsce. Na dystansie 50 metrów od biedy
zmieści się nawet 10 samochodów – i jest prawdopodobne, że właśnie
tyle aut będzie chciało wepchnąć się między nas a poprzednika. W
polskich warunkach utrzymywanie od poprzednika dystansu większego
niż „na jedno auto” jest zachęcaniem wszystkich za tobą do podjęcia
próby wyprzedzenia cię i nastepnie wjechania ci przed maskę – nie
mówiąc już o utrzymywaniu dystansu „na 10 aut”.
Nie mówię, że w imię bezpieczeństwa należy siedzieć poprzednikowi na
tylnym zderzaku. Uważam jednak, że minimalny wzgląd na pragmatykę
powinien całkowicie uwolnić kierowcę drugiego auta, wspomnianego w
przytoczonym na początku zdarzeniu, od winy.