Przyznaję, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ostatnie 15 miesięcy zaciskałam pasa, po to by mój partner skupił się na spłacie długów. Wkopał się kilka lat temu w nieprzemyślany biznes i konsekwencje mamy do dziś.
W lutym 2011 roku okazało się, że zaległe należności związane z feralnym "biznesem" to kwota około 17 tysięcy zł. Zapadła decyzja, że on ze swoich zarobków (średnio około 7 tysięcy netto) pokrywa koszty mieszkania czyli 1000 zł i swój telefon, resztą zajmuję się ja. On w tym czasie miał spłacić wszelkie długi i zamknąć tamten rozdział.
Kilka dni temu okazało się, że opłata za mieszkanie ostatnia! jest z początku grudnia 2011 roku. 3 miesiące niezapłaconych rachunków na telefon. Pełno należności w US i ZUSie, wraz z odsetkami. Wszystkiego razem prawie 47 tysięcy!!!
Ja z moich niespełna 2 tysięcy nie byłam w stanie odłożyć zbyt wiele, mając na głowie media i wszystko do domu. To co mam, pewnie pójdzie na część długu za mieszkanie.
Ogólnie to jestem rozbita, nie mam siły, czuję się oszukana i już chciałam się pakować i zostawić go z tym wszystkim, ale jednak nie. Muszę znaleźć jakieś rozwiązanie. I tutaj potrzebna mi jest pomoc, gdyż są przynajmniej dwie opcje:
1. Partner posiada w pewnym mieście wojewodzkim mieszkanie, jak zostało wyposażone we wczesnych latach osiemdziesiątych tak nic się tam nie zmieniło. Oczywiście od roku stoi puste, nie ma szans na wynajem, ogłoszenia wisiały miesiącami

Po prostu standard nie ten.
Pomyślałam, żeby wziąć pożyczkę hipoteczną na to mieszkanie. Jego wartość to około 150 czy 170 tysięcy. Pożyczka w wysokości 50 tysięcy wzięta na 5 lat generuje raty w wysokości około 1100 zl.
NM obawia się, że może coś nie wyjść i straci mieszkanie. (Oboje prowadzimy działalność gospodarczą i nie mamy zbyt regularnych dochodów) Stwierdziłam, że w takim razie spieniężymy co się da, powinno z tego być przynajmniej 7 tysięcy. Czyli plan jest taki:
* Pożyczka hipoteczna - 50 000 zł
* Spłata długu - 47 000 zł
* zostają 3000 + kwota ze sprzedaży naszych zbytecznych dóbr = minimum 10 tysięcy
Za pozostałe 10 tysięcy zrobilibyśmy lifting mieszkania, tak żeby je wynająć. Z odstępnego oczywiście czynsz, reszta odrazu na spłatę pożyczki. Myślę, że musielibyśmy dokładać jakieś 500 zł miesięcznie do spłaty. Żeby mieć zabezpieczenie przed terminową spłatą kredytu po prostu ja bym się tym zajmowała.
2. NM uważa, że kredyt nie wchodzi w grę ponieważ kolega obiecał mu pożyczyć pieniądze! A woli mieć długi u kumpla niż w banku… Jednak tutaj zaczynają się schody. Człowiek ten zarabia około 30 tysięcy netto miesięcznie. Mieszka w wynajmowanym mieszkaniu, rozwala kasę na prawo i lewo i przeważnie tydzień przed wypłatą żywi się u nas… Wg mnie tej kasy nie zobaczy, a nawet jeśli to prędzej czy później zażąda od ręki spłaty bo mu zabrakło na imprezę…
Czy mój plan z pożyczką hipoteczną jest naprawdę tak mało racjonalny? Czy jest jak twierdzi NM nieżyciowy i niemożliwy do realizacji?
Jakich argumentów mam użyć?
P.S.:
* przeprowadzka do owego mieszkania nie ma racji bytu - oszczędność na mieszkaniu byłaby rzędu 400 zł miesięcznie, a strata w dochodach w związku ze zmianą miejsca zamieszkania byłaby drastyczna
* Ja na siebie kredytów brać nie będę - nie ja narobiłam te długi, nie ja je ukrywałam i ja ze swoich pieniędzy spłacać ich nie będę.