sneer1976
13.01.07, 21:10
Byłem dzisiaj z żoną w centrum handlowym. Ponieważ parkingi były pełne
znalazłem miejsce gdzie stało już kilka samochodów ale podejrzewałem ze raczej
to jest jeszcze nie skończony parking bo zamiast kostki była ziemia i nie było
wjazdu tylko trzeba było przejechać przez krawężnik. Zostawiliśmy samochód na
ok godzinę. Wróciliśmy i próbowałem wycofać przejeżdżając kawałek chodnika na
właściwą drogę. Nagle drzwi mojego samochodu otworzyły się. Zobaczyłem jednego
z ochroniarzy, podejrzewam że z firmy wynajętej przez centrum. Miał twarz
boksera, zeza, widoczne braki w uzębieniu i wydaje mi si że poczułem alkohol.
Z tyłu w odległości jakieś 10 mtr stali jego koledzy. Ochrypłym, donośnym i
lekceważącym głosem oznajmił "to jest teren prywatny, nie wolno tu stawać".
Odpowiedziałem "już odjeżdzam" a on trzasnął drzwiami. I pojechałem. Cały czas
panowałem nad sobą jak zwykle mi sie to zdarza w takich sytuacjach. W drodze
do domu poczułem jednak że jednak coś zrobiłem nie tak, że sie "zeszmaciłem".
Dlaczego nie zareagowałem inaczej, dlaczego mu nie wykrzyczałem jakim prawem
otwiera mój samochód (do tego jeszcze taki "łach") ? Ja na miejscu ochroniarza
na pewno nie otworzyłbym komuś drzwi (bo to nie moja własość) i nie
wykrzyczałbym tylko grzecznie zwrócił uwagę. Zgodnie z imperatywem
kategorycznym Kanta poczyniłbym tak jakbym chciał żeby mój czyn stał się
powszechnie obowiązującym prawem (tu obyczajem). Poszanowałbym czyjąś godność
i zdolność do pomyłki. Z drugiej strony pomyślałem ze facetowi się w życiu nie
udało, został ochroniarzem, być może całe życie go bili a on ma teraz okazję
się odegrać. W sumie nic mi przecież nie zrobił tylko trochę wystraszył. Nie
doznałem uszczerbku na zdrowiu ani na majątku. Jakaś rysa jednak na ego
pozostanie, może z czasem się zatrze.