mechanss
27.04.17, 18:57
Witam serdecznie forumowiczów.
Kilka dni temu wróciłem z 10 dniowego pobytu w Sevilli i chciałem się krótko podzielić wrażeniami, chociaż pewnie krótko nie wyjdzie…. Byliśmy dokładnie w dniach 7-19.IV, a więc nasz pobyt objął cały tzw Wielki Tydzień - w Hiszpanii Semana Santa, oraz całe Święta Wielkanocne.
Mimo, że w Hiszpanii bywałem wielokrotnie, to w Andaluzji - pierwszy raz i śmiało mogę powiedzieć, że był to najpiękniejszy wyjazd w moim życiu. Niestety myślami wciąż jeszcze tam jestem...
Pogoda - zakładałem, że będzie ciepło, znajoma hiszpanka z Kadyksu mówiła nawet, że może być upalnie, ale nie wierzyłem, dopóki się nie przekonałem. Praktycznie każdego dnia temperatura oscylowała wokół 28-30 stopni, maksymalnie któregoś dnia było 33 stopnie. Ani razu nie padało, co dla hiszpanów podobno jest dość dziwne, gdyż uważają oni, że w Semana Santa pada prawie zawsze. Widziałem nawet w hiszpańskiej TV sondę uliczną pt. czy będzie padać w tym roku w Semana Santa.
Miasto - nawet nie wiem od czego zacząć... samo w sobie jest piękne i ... bardzo łatwo pobłądzić w gęstwinie wąskich uliczek, niektóre są tak wąskie, że można obie ściany dotknąć rozłożywszy ręce. Na początku wybierając się gdzieś planowałem starannie którą uliczką będziemy szli, ale ponieważ zastanawianie się nad mapą czy iść tędy, czy tamtędy zajmowało sporo czasu, z czasem patrzyłem tylko aby kierunek mniej więcej się zgadzał, a w miarę zbliżania się dopytywałem miejscowych. Nawigacja w tych wąskich uliczkach działa średnio, GPS w telefonie co chwilę gubił sygnał, po 2-3 dniach nawet już nie próbowałem jej uruchamiać, i szedłem na żywioł, co zresztą było dużo przyjemniejsze niż sterczenie co chwila z mapą lub z telefonem.
Mieszkaliśmy w samym centrum kilkaset metrów na zachód od Bazyliki Macarena. Bardzo blisko mieliśmy więc do Alameda de Hercules - długiej i szerokiej ulicy z dziesiątkami knajpek i klubów. Co ciekawe np plac zabaw dla dzieci wypełniał się zazwyczaj po godz. 20 i był pełen praktycznie do północy.
Ale najpiękniejsze były chwile spędzone na procesjach. Od razu powiem, że jestem osobą wierzącą, wiele słyszałem wcześniej o tym jak Hiszpanie obchodzą Semana Santa i chciałem bardzo to zobaczyć, ale to, co zobaczyłem ciężko jest po prostu opisać, trzeba tam być.... Miasto przez cały wielki tydzień było praktycznie zablokowane. Przy czym z racji tych wąskich uliczek procesja nie polega tak, jak u nas, że idzie czoło z krzyżem i całą reszta, bowiem ludzie by się nie pomieścili. Tak więc ci, co idą to oczywiście główna platforma, czyli po hiszpańsku „paso” z postaciami świętych, często całe sceny z biblii, wygladały naprawdę pięknie, takie małe dzieła sztuki, zresztą postacie noszone na tych platformach w istocie są dziełami sztuki, gdyż często są to XVI-XVIII wieczne figury przygotowane specjalnie na tą okazję. Co ciekawe w Sevilli ludzie niosąc platformy są niewidoczni, gdyż z racji wąskich uliczek znajdują się oni pod platformą, przeważnie jest to co najmniej kilkudziesięciu facetów, ale zdarza się, że grubo ponad setka, podobnego wzrostu, przeważnie niezbyt wysokich, silnych i krępych. Dalej idą tzw. Nazarenos – pokutnicy czyli ludzie w takich dziwnych czubatych czapkach z otworami na oczy, oraz obsługa procesji, czyli orkiestra, też często kilkadziesiąt osób z instrumentami, a także kilka osób niosących drabinę, bowiem na każdej platformie jest po kilkadziesiąt palących się non stop wielki świec, tak więc gdy któraś zgaśnie procesja zatrzymuje się, obsługa podstawia drabinkę, gość w garniturze po niej wchodzi i zapala świece, które zgasły. I tak zazwyczaj samych wyżej wymienionych ludzi było już kilka tysięcy, jeśli dodamy do tego kilkakrotnie więcej ludzi oczekujących na przejście procesji to mamy obraz prawdziwych tłumów. Oczekujący więc ustawiają się gdzieś na trasie procesji i oczekują często po kilka godzin, aby znaleźć się w dogodnym miejscu. My czekaliśmy jeden raz blisko 4 godziny na przejście procesji z Macareną, czyli Matką Bożą nadziei. Trudno mi opisać, to było naprawdę niesamowite przeżycie, tłumy ludzi oczekujące wiele godzin, wiele osób miało ze sobą rozkładane krzesełka, które tez widziałem po raz pierwszy, nie wiem czy to wynalazek Hiszpanów na okazję procesji, ale krzesełka te gdy ktoś je niósł wyglądały jak parasolka, miały bowiem dodatkowy uchwyt z rączką. No i te okrzyki… aż mnie ciarki przechodzą, gdy o tym myślę… podczas przejścia Macareny ludzie rytmicznie krzyczeli „guapa”, czyli „piękna”. Co ciekawe także większość stacji telewizyjnych zajmowała się tylko obchodami Semana Santa, a więc omawiano dokładnie ze szczegółami jaki strój ma dana postać, z czego zrobiony (a były to szaty naprawdę iście królewskie, co roku każda postać z procesji ma specjalnie przygotowywane szaty, każdego roku inne).
Tak więc z racji procesji możliwość zwiedzania miasta była praktycznie tylko z rana do godz. 12-13.00, bo potem wychodziły procesje, każdego dnia po kilka z różnych punktów miasta, wszystkie zmierzały do Katedry, a następnie wracały do rodzimego kościoła. Jeśli teraz powiem, że najkrótsza procesja idzie 6 godzin, a najdłuższe ok. 16 godzin, to mamy coś, co naprawdę trudno ogarnąć, jeśli się tego nie zobaczy… Co ciekawe w Sevilli kulminacyjnym punktem Wielkiego Tygodnia jest noc z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, gdy wychodzi najwięcej i najdłuższych procesji .
Ale żeby nie było, że Hiszpanie tacy święci.. co to to nie…:-) cały czas większość knajp i restauracji jest w tym czasie otwartych, tak więc np. idąc z jednej procesji na drugą wpada się do knajpki na małe (a czasem i większe) piwo i tapas, po czym idzie dalej, jednym słowem miasto tętni życiem praktycznie na okrągło, a nocy z czwartku na piątek gdy wracaliśmy ok. 5 nad ranem knajpy były wciąż otwarte i wszystkie pełne ludzi. Powiem szczerze, że urzekła mnie ta atmosfera, z racji także, że mówię w miarę po hiszpańsku nie czułem się obco, a wręcz przeciwnie, w pewnym momencie pożałowałem, że nie urodziłem się hiszpanem ;-)
Ale chyba najbardziej zaskoczyła mnie noc Wielkiej Soboty na Niedzielę Wielkanocną… Tego wieczoru procesje kończą się wcześniej, przeważnie ok. 22-23 a potem, o północy w większości kościołów jest nabożeństwo wielkosobotnie, czyli tzw. Vigilia Pascual, po którym wszyscy Hiszpanie i mali i duzi wylegają na ulice miasta do knajp, na ławki, murki, krawężniki, jednym słowem świętują całą noc, gdzie tylko jest miejsce, tak, jak chyba tylko oni potrafią:-) Co ciekawe nie widziałem w obchodach wielkiego tygodnia żadnego „cierpiętnictwa” , żadnego smutku, wszystko jest obchodzone raczej w radosnym stylu, w końcu Chrystus zmartwychwstał, i tą radość naprawdę można tam poczuć. Chociaż oczywiście tzw Nazareños często w ramach umartwiania całą procesję przemierzają boso odmawiając sobie przez te kilkanaście godzin jedzenia.
Co ciekawe dla wielu Hiszpanów Semana Santa jest to element tradycji i często w procesjach uczestniczą także ludzie niewierzący, z tego co słyszałem od znajomej hiszpanki także tam co roku w tym czasie podnoszą się głosy, że przecież państwo jest świeckie i jak tak można blokować jakimiś procesjami całe miasta, ale są to raczej głosy odosobnione i chyba dość słabo słyszalne, nie mają więc raczej szansy na zmianę sytuacji i wg mnie bardzo dobrze, bo szkoda byłoby ograniczać coś tak pięknego!
Jeśli do powyższego obrazu dodamy fakt, że dzieci w szkołach i przedszkolach mają Semana Santa wolne, a dodatkowo praktycznie wszystkie firmy, sklepy, biura są pozamykane także w Czwartek, Piątek i oczywiście Niedzielę, a często cały tydzień, to widać, jak inaczej to wszystko wygląda niż u nas. Natomiast wielkanocny poniedziałek, jest już przeważnie normalnym dniem pracy.
Cóż mogę więcej dodać… wiem, że pewnie niewielu dotrwało do końca mojej relacji, zdaję sobie sprawę, że talent do pisania mam średni, ale po prostu chciałbym kiedyś przeżyć to jeszcze raz…
Acha… jako ciekawostkę zauważyłem, że hiszpanie praktycznie nie używają facebooka, nie piszą sms-ów, króluje u nich