Jestem nowa osoba na tym forum i chcialam wam opowiedziec moja historie - ku
pokrzepieniu serc. Pierwsza ciaza przebiegla prawidlowo i po ok poltora roku
rozpoczelismy kolejne starania.... i niestety nic nie wychodzilo dodatkowo
trafilam do (z biegiem czasu moge to powiedziec) fatalnej pani doktor -
ginekolog. Pani ta leczyla mnie na wszelkie mozliwe schorzenia i co rusz
znajdowala nowe choroby ( pozniej okazalo sie, ze nic mi nie jest). Ponadto
byla tak przekonywujaca, ze ufalam jej bezgranicznie i do glowy mi nie
przyszlo, ze moze byc inaczej. Tak wiec pani dr stwierdzila, ze musi mnie
leczyc przy pomocu leku zwanego Zoladex- sa to miesieczne implanty
dobrzuszne. Poinformowala mnie, ze nie zajde juz w ciaze a na tym leku na
pewno nie. Po miesiacu przyszlam na kolejny zastrzyk, ktory pani dr mi
zrobila - okazalo sie , ze w tym czasie bylam juz w ciazy- lek ten jest z
grupy lekow absolutnie przeciwwskazanych w ciazy.
Po kilkunastu dniach z silnym bolem podbrzusza pojechalam na ostry dyzur na
Polna ( mieszkalam w Poznaniu). Tam powiedzieli, ze jestem w ciazy ale jak
uslyszeli ze bralam zoladex to stwierdzili ze pewnie ciaza martwa bedzie ( to
bylo ok 4 tyg ciazy) i zostawili mnie na zrobienie badan. Nie musze mowic jak
sie czulam, pozniej wyszla im bardzo wysoka beta wiec powiedzieli ze dziecko
zyje ale pewnie ciaza bedzie wadliwa.... ( czy tez uszkodzona - powiedziano
mi ze nic z niej nie bedzie i nie mam sie cieszyc). Sposob przekazu byl tak
okrutny ( w pokoju badan ok 15 osob, studenci - ja cala roztrzesiona i
beznamietny lekarz - horror). Chyba mysleli, ze bede chciala usunac, ale nie
potrafilabym. Tak wiec cala ciaze zylam z pietnem tego ze cos moze byc nie
tak z moim malenstwem. Naprawde cos strasznego zreszta same wiecie. Arturka
urodzilam 12.12.2004 dostal 10 pkt w skali Appgar, wazyl 4260g i mial 57cm.
Co najwazniejsze jest calkowicie ZDROW!!! Czasem wiec cuda sie zdarzaja,
zycze wam jak najwiecej zdrowia dla maluchow i sil dla was

)