chiara76
19.11.03, 10:42
Acha, dla wyjasnienia, poniewaz jest to rozsyłane dla moich znajomych ze
świata, więc opisy są bez polskich znaków, jednak myślę, że da się zrozumieć
bez problemu.
Miłego czytania i ...czekam na opinie:)
3 listopad, 2003, poniedzialek. Zaczyna sie nasza przygoda z Portugalia, z
Lizbona i okolicami. Wylatujemy z Warszawy wieczorem z polgodzinnym
opoznieniem, w zwiazku z czym nie wiemy, czy zdazymy na lot laczony z
Frankfurtu do Lizbony.Po sporej dawce nerwow na lotniosku po wyladowaniu
(zmienili w miedzyczasie numer gate, do ktorego musimy pobiec) , trafiamy tam
gdzie trzeba przekonaniu, ze sie spoznimy, jednak ufff, co za ulga, okazuje,
sie, ze czas podany na bilecie nie byl czasem wylotu samolotu do Lizbony, a
czasem boardingu. Tak wiec w sumie z jednego pokladu samolotu przeskoczylismy
na nastepny i w droge! Musze przyznac, ze Lufthansa ma bardzo dobre jedzonko,
jak na samoloty oczywiscie.
Juz w samolocie poczynilam pierwsze obserwacje, leca z nami ludzie o zupelnie
innym typie urody, widac, ze to nie sa Slowianie...i ten jezyk, super! Po
drodze cwicze sobie podstawowe zwroty , miedzy innymi "Dziekuje", hihi, chyba
troche za glosno, bo dziewczyna obok popatruje na mnie z zainteresowaniem,
wiec
wsciubiam nos w rozmowki i udaje, ze ...to nie ja:)
Do Lizbony przylatujemy o polnocy, u nas w Polsce to juz 1 w nocy, ale tu
znowu
przesuwamy wskazowki. Pisze znowu, bo w Polsce dopiero co przesuwalismy
wskazowki, teraz kolejna zmiana czasu, a po tygodniu znowu trzeba bedzie
zmienic czas, zastanawiam sie, czy nawet takie male zmiany, ale w tak krotkim
czasie moga jakos na nasze ogranizmy wplynac.
Bierzemy taksowke i jedziemy do naszego hotelu "Mirapargue". Hotel 3*,
polozony
w pieknej okolicy przy Parku Edwarda VII. Metro bliziutko. Sam hotel, taki
sobie, moze nie najgorszy, ale widac, ze leciwy, czysto, ale pokoje malutkie,
lazienka jeszcze mniejsza, nie za duzo polek, czy szafeczek na rzeczy, a
przeciez na ten tydzien dwie osoby jakies ubranka musza miec.
Przed wyjazdem powiedziano nam, ze w Lizbonie koniecznie trzeba miec ze soba
kurtke przeciwdeszczowa i parasol, bo tam lubi sobie popadac i ze czesto
gesto
po prostu leje. Zaopatrzylismy sie oczywiscie w te sprzety, jak rowniez
odpowiednie buty.
Ale wracajac do przyjazdu. Rozpakowalismy sie , ogarnelismy w tej maluskiej
lazieneczce i do lozeczka, tym bardziej, ze Piotr nastepnego dnia musial isc
od
rana na konferencje.
Nastepnego dnia wstalismy ledwo ledwo i na sniadanko, a po sniadanku Piotr na
konferencje, a ja...jeszcze pospac:)
Wiedzialam, ze pierwszy dzionek musze sobie jakos w wiekszosci sama
zorganizowac, wiec najpierw udalam sie na spacer po okolicy. Pierwszy dzien,
wtorek, byl, przynajmniej z rana zimny, dobrze, ze mialam moj cieply polarek,
ale w pewnym momencie nawet pozalowalam ze nie mam rekawiczek na raczkach.
Pospacerowalam po okolicy, pogapilam sie na ludzi. Po poludniu razem z
Piotrem
zjedlismy lunch i potem on znowu wrocil na konferencje, a ja postanowilam isc
do Muzeum Gulbenkiana. Jest to prywatne Muzeum. Jest tam moze nie mnostwo
rzeczy, za to zbiory rzeczywiscie ciekawe, w tym bardzo interesujace zbiory
sztuki antycznej. Tak wiec ja sobie posiedzialam tam i porozkoszowalam sie
sztuka. Szczegolnie sztuka japonska i chinska podobala mi sie, wiec tam w
sumie
najwiecej czasu spedzilam.
Ile jednak mozna siedziec w Muzeum:)) Po wyjsciu i stwierdzeniu, ze jeszcze
mam
troche czasu poszlam sobie zobaczyc centrum handlowe, jakie bylo niedaleko
naszego hotelu.
Wieczorem Piotrek byl juz wolny i razem wybralismy sie na kolacje do Bairro
Alto. Jest to jedna z bardziej malowniczych dzielnic Lizbony, mozna tam
wieczorami zjesc kolacje w jednej z rodzinnych restauracji.
I tu moja kolejna obserwacja z Lizbony, wieczorem zycie wre!! Ludzie tlocza
sie
w restauracyjkach i to nie tylko turysci. Tam sie po prostu wychodzi jesc
wieczorami, i to zaczyna sie taka biesiada o godzinie 20.00 i trwa do poznych
godzin nocnych. Czy oni w ogole sypiaja?? Hihi. I jeszcze jedno, mlodzi,
starsi, wszyscy razem, to tez fajnie wyglada, tam sie starsi ludzie nie
zamykaja w czterech scianach, ale dobrze sie bawia.
Tego wieczoru zjedlismy kolacje popijajac ja dzbanem domowego wina w dobrej
restauracji "Bota Alta" ("But z Cholewka"!). Stoliki ustawione sa tam
ciasniutko, niemal mozesz odwrocic sie i skosztowac czegos z talerza sasiada,
za to porcje duze i jedzenia naprawde dobre, a wino wyborne. My w Lizbonie
kosztowalismy przede wszystkim ryb. Nie ma co, na ryby nastawialismy sie
najbardziej, bo wiadomo, ze gdzie jak gdzie, ale tam sa naj naj:)) Swiezutkie
i
pyszniutkie. Ja osobiscie i tak zawsze jadalam filety,bo ja jestem osoba,
ktora
nawet w filecie osci znajdzie, ale Piotr probowal i innych, z grilla i
smazonych.
I tak nam minal pierwszy dzien, nastepny wiedzielismy, ze spedzimy juz tylko
czesciowo osobno, bo Piotr mial konferencje do 13.00 godzinki. A plany na
dzien
nastepny byly takie, o jakich jeszcze nie tak dawno ja osobiscie nawet balam
sie pomarzyc, a mianowicie Pokaz Delfinow w ZOO lizbonskim.
No, ale o tym napisze w nastepnej czesci.:))