hanbei
05.01.05, 22:27
miałem okazje dowiedzieć się w sejnach od cze, iż ukazał się ów podwójny
album osjanu i zabiło mi z wrażenia szybciej serce (od '88 nie mieszkam w
polsce). pamiętam koncert osjanu w gliwicach, zdaje się około '82 roku,
przeżycie było wspaniałe...
znający okolicę cze wyniuchał jeden egzemplarz fermentu w suwałkach... dwa
dni musiałem zadowolić się lekturą, zanim płyty mogły zostać odtworzone. i tu
sen się skończył.
cover księgi liści kojarzy się niewątpliwie z estetyką zenu i jest po prostu
bardziej niż udany. jednak muzykę można śmiało nazwać "produktem" i to
miernym.
jest to płyta, w której kompletnie brak dialogu muzycznego, a same opanowanie
techniczne instrumentów jest pod przysłowiowym psem. może już dlatego ten
dialog wydaje się być niemożliwym. słuchacz zastanawia się, czy to naprawdę
work zrobiony przez twórców "księgi chmur", lub "głową w dół"? niestety tak.
sitar został zgnieciony, jak powiadamiają omawiani panowie, ale zostało parę
innych instrumentów. na przykład tablas.
nada brahma, jak mówi stara mądrość hinduska: świat jest dźwiękiem i z niego
się zrodził. tablas, sitar, i nie tylko (do tej grupy należy również tampura,
sarod, bansuri czy pakawaj), są instrumentami pochodzącymi z tradycji
hinduistycznej, ale tylko w sensie ogólnym. dokładniej chodzi tu wpływ
północnoindyjski (hindustański), a ten opiera się głównie na improwizacji (w
przeciwieństwie do południowoindyjskiego, zwanego karnatyjskim). podany temat
w tej "szkole" zostaje więc przejęty, zmodulowany i zaimprowizowany przez
danego interpreta.
głównym instrumentem hindusów jest ludzki głos i rozwój wszystkich
instrumentów, jakie ta kultura wydała na świat opierał się właśnie na nim.
monomelodyjność, nacisk, ornamentyka pozwalająca mu zabrzmieć właśnie tak a
nie inaczej, były korzeniem, na którym oparła się idea stworzenia
instrumentu. nie są to puste słowa, mające na celu upiększenie tego tekstu:
kwestia ta jest tak znaczącą, iż muzykalna i artystyczna wartość instrumentu
w indiach jest po dziś dzień oceniana na podstawie tego, jak bardzo dźwięk
tegoż instrumentu przypomina ludzki głos.
chałę, którą moim zdaniem jest płyta osjanu, postaram się w miarę krótko
przedstawić na przykładzie jednego instrumentu. właśnie tabli.
tabla jest najważniejszym instrumentem rytmicznym "szkoły"
północnoindyjskiej; składa się z dwoch bębnów, mniejszego dayan z drewnianego
korpusu i większego bayan, z miedzi lub mosiądzu. instrument ten powstał
około 13 wieku, a jego "rodzicielem" była tromla długa arabskiego
pochodzenia, podobna do wymienionego już wyżej pakawaja.
tabla "mówi" poprzez kozią skórę, którą są napięte obydwa bębny. ale to nie
wszystko, sercem jest tak zwany "czarny kleks", który robi się mieszając pył
żelaza z mąką ryżową (zwie się go gaab lub shyahi), i który jest naprowadzony
na skórę. to dlatego zwłaszcza mniejszy dayan brzmi tak charakterystycznie.
kleks ten, co jest jeszcze bardzie fascynujące, da się stroić przy pomocy
swego rodzaju kamertonu...
a jak się gra na tej "istocie muzycznej"?
dayan uderzany jest (najczęściej) za pomocą palców prawej ręki: wskazującego,
środkowego i serdecznego. dotrzymujący mu kroku bas bayana wytwarzają
niejako "slapujące" szarpnięcia palców wskazującego i środkowego dłoni lewej,
przy czym podbicie tej dłoni leży na skórze (zwanej puri), aby modulować
(tłumić lub wzmacniać) wydobyty dźwięk.
nauka gry na tabli nie trwa dwa dni.
impresja muzyczna, do jakiej zdolny jest ten instrument, nie leży jednak
tylko w czystym dźwięku, ale i w rytmie. rytm, to nie tylko coś, co
przeciętny człowiek postrzega jako "rytmiczne" czy "muzykalne". tabla dzięki
niemu może mówić, gadać, plotkować, gdakać, chrzanić, śmiać się, krzyczeć,
pieprzyć czy płakać.
moje rozczarowanie obudziło się w momencie, w którym kurtis zaczyna "klepać
na bębnie", włącza się do tego mętna gitara waglewskiego i "transowy" głosik
(głosiki?), powtarzający w koło macieja jedno i to samo.
płyta jest gwałtem dla uszu. a ponoć koncert był właśnie epicentrum
umiejętości osjanu - jego żywiołem. mam wrażenie, że muzycy ci zignorowali
siebie, swoje dawne umiejętności, założenie istnienia tej akurat "kapeli", a
nade wszystko, i to jest nie tylko, wydaje mi się, smutne, ale w jakiś sposób
makabryczne, słuchaczy.
ma się wrażenie, iż ten podstarzały "improwizujący quartet" wyszedł z
założenia, że publika, czy pojedynczy słuchacz są tak głupi, w muzykalnym
tego słowa znaczeniu, iż można im postawić plewy, nazywając je jednocześnie z
uśmieszkiem kretyna gourmet.
jak na ironię losu, dzień po zakupie widziałem, bodaj pierwszy raz od tych
starych czasów, waglewskiego w telewizji. bródka a la gabriel, modna łysinka,
czarny, skórkowy kostiumik, i dość up to date - wymyka mi się słowo
badziewiasty - tatuaż na karku. niby ukryty pod golfem, ale jednak. jeśli
przerost formy nad zawartością został już zrealizowany w osobie muzyka, po
cóż lamentować nad płytą...
płyta jest tak kiepska, iż za drugą nie miałem siły, a może ochoty, się
zabrać i można rozłozyć ją na części zamienne pod kątem każdego instrumentu.
ale za długość takiego wywodu cze67 wyrzuciłby mnie pewnie z forum, i
wtedy... wpadłbym w depresję tworząc z tego małą pracę magisterską. ;o)
piżmak31 może potwierdzić, że jestem... gadułą i streszczanie się nie jest
moją mocną stroną...
aby te słowa nie były takim zupełnie wyjałowionym splotem słow, polecam parę
dobrych lektur, ukazujących, jak te instrumenty mogą brzmieć, lub jak można
na nich grać. jeśli nie ma tych płyt w pobliżu, mogę je chętnym udostępnić.
słuchając ich, ma się dreszcze (nie tylko moje odczucie), co chyba wymownie
świadczy o tym, że ta muzyka żyje.
trilok gurtu, "living magic"
track 3: dialog tabli z saksofonem
track 4: tutaj już tabla "mówi". przesłuchując ten kawałek (do końca) rozumie
się, co chciałbym powiedzieć, mówiąc o tworzeniu przestrzeni: niektóre z
instrumentów grają w którymś momencie pod prąd tworząc "fale", pomiędzy
grzbietami których powstają łuki dźwiękowe pozostałych instrumentów i głosu
ludzkiego
track 6: opowiada o tym, jak tabla potrafi rozmawiać z głosem ludzkim, a
jednocześnie ukazuje znaczenie tego instrumentu. w zasadzie wystarczyłby on
sam. pod warunkiem, że grający na nim ma pojęcie o spektrum, w jakim z tym
instrumentem można się poruszać.
zakir hussain, "making music"
track 1: najpierw jest tylko flet i sitar. następnie miesza się tabla i
przejmuje centrum, wokół którego ustawia się saksofon, gitara (mająca prawie
hiszpańskie brzmienie. ma się wrażenie, iż gra na niej paco de lucia)
track 3: tutaj znowu tabla trzyma środek, natomiast flet mówi po ludzku
track 5, takie możliwości czają się w głosie! w tym kawałku głos i tabla
osaczają się nawzajem, przypierają do muru i koziołkując w "zapaśnym" uścisku
uwalniają się na nowo ze swoich objęć. a najlepsze jest to, iż śpiewa i gra
jedna i ta sama osoba...
john mclauglin, zakir hussain, t.h. "vikku" vinayakram, hariprasad
chaurasia / "remember shakti", 1997
tutaj w zasadzie muzyka jest tak mało "jazzowa" (w porównaniu do
poprzednich), że da się przesłuchać z zachwytem całość, czyli obydwie płyty.
zarzucić można, iż jest to już "typowym" przykładem współpracy muzyki etno i
jazzu, lub wykręcić się argumentem, iż grają tu "tylko" mistrzowie. no cóż,
sir alec quiness powiedział kiedyś "szlachectwo zobowiązuje". a to oznacza,
iż byłoby lepiej pozostać przy starych płytach osjanu i paru dobrych
wspomnieniach.
ps. czy ktoś grający prawie wszędzie na tablas, potrafi też coś innego? otóż
tak. jeśli posłucha się, co trilok gurtu wyczynia w trio mcloughlina na
instrumentach perkusyjnych (john mcloughlin trio, “live at the royal festival
hall, november 27,1989”), należy uznać gościa za geniusza, lub… wariata.