Gość: NieZakochana
IP: 213.17.240.*
28.05.04, 10:39
Boję się, że przyzwyczaję się do tego, że jestem sama. Że samotność stanie
się moją drugą skórą, z którą nie będę potrafiła się rozstać. W żadnym
wypadku nie jestem związkofobem, wręcz przeciwnie, marzę o byciu dla kogoś,
nie tylko dla siebie. Chcę dzielić się duszą i ciałem, chwilami życia,
myślami, słowami, wszystkim. A jednak moje związki są tylko krótkimi,
przelotnymi epizodami. Tłumaczę sobie, że widząc, że mężczyzna nie jest tym,
kogo szukam, że nie jesteśmy dla siebie, że nie będzie z tego wielkiej
miłości i szczęśliwej rodziny, wolę wycofać się już na początku, żeby nie
tracić czasu i nie zabierać go jemu. Ale może to już weszło mi w krew i bycie
samą staje się moją naturą? Czy można zabić w sobie instynkt, który karze nam
łączyć się w pary? Chcę i pragnę, ale nie wiem, czy jeśli pojawi się ON będę
umiała odzwyczaić się od samotności. Czy tak właśnie powstają stare panny?
Najpierw x zbiegów okoliczności, które nie pozwalają odnaleźć się z
odpowiednim mężczyzną, a potem już tylko przyzwyczajenie. Czy da się tym
jakoś kierować?