horlaa
17.09.04, 19:08
Nie wiem, czy też tak macie, ale ja jestem osobą, o której z przymrużeniem oka (tylko nie wiem czy małym, czy dużym) można powiedzieć, że ma osobowość maniakalno - depresyjną. całe moje dobre samopoczucie, humory - to nic stałego, potrafi się zmienić z minuty na minutę, a najczęściej z dnia na dzień.
co gorsza, to zmienia się pod wpływem zupełnie, pozornie nieistotnych wydarzeń. pomijam ważne wydarzenia, coś, co powoduje wyrażną zmianę nastroju - to jest normalne i zrozumiałe (że np. jak zdam egzaminy to chodzę przez tydzień rozpromieniona).
istotą jest fakt, że mnie wytrącić może z równowagi byle głupota. mam fantastyczny humor, czuję się ok, i nagle ktoś zachowa się wobec mnie nie miło (wystarczy że np. w pracy klientka/klient byle jak się do mnie odezwie). burzy się wtedy wszystko, cała moja samoocena. jestem smutna, zła, od razu chcę się najeść.
podobnie, gdy zdarzy mi sie coś dobrego, to jest to reakcja szczęścia aż do przesady. jeśli kogoś lubię, to nie jest takie lubienie "zwykłe" :) tylko wielkie przeżywanie tego faktu, rozpamiętywanie momentu, kiedy się to zauważyło, tryskanie energią przez następnych wiele godzin. albo na przykład odkrycie, że komuś fajnemu się podobam. to jest tak wielkie wydarzenie, że od razu cały świat postrzegam jako lepszy tak ogólnie, że po prostu wszystko jest cudowne, wspaniałe, a ludzie niesamowici i wartościowi...
to oczywiście jest takie całkowicie zniekształcone potrzeganie świata... nie podoba mi się to, to jest fałszywa miara przykładana do rzeczywistości. nie ma stanów pośrednich, albo jest depresja, pół dnia przed komputerem, żarcie, nie mycie się, generalnie jedno wielkie wkur....nie. a potem: pstryk! całkowita przemiana - euforia, dreszcze w brzuchu, dbanie o siebie, optymizm, śmiech, i cieszenie się: ojej, jaka jestem szczęśliwa!
ciągle tylko wyżyny i doliny.
tzn. od momentu podjęcia terapii czasami pojawia się taki: stan normalny, który jest po prostu czymś pośrednim. np. optymizm, ale nie przesadny. ale jednak ciągle jest to bardzo krótkie, nieregularne, poza tym kruche. wystarczy chwilka, żeby wszystko prysnęło.
nie wiem jak to tłumaczyć... może lękiem przed tzw. normalnością, zwyczajnością? próbuję ująć tą moją osobowość w karby, załagodzić te stany... mówię do siebie: to, że jakaś pani krzywo spojrzała na mnie, to nie znaczy że jestem beznadziejna itp... ale nie zawsze to działa... ciągle ta samoocena jest jeszcze niska i słabiutka...
macie coś podobnego?
pozdro
Horla