Gość: nanette
IP: 212.106.159.*
19.03.03, 14:46
Wiosna juz tak blisko, a mnie poraz pierwszy w zyciu nie przybywa energii.
Jestem zmeczona problemami innych: chorobami, klopotami, tragediami,
chandrami i potrzebami, z ktorymi zwracaja sie do mnie. Jestem zadowolona ze
swojego życia, chociaz marzenia nie spelniaja mi sie na zawolanie. Nikomu nie
zawracam glowy, tym co mnie boli i martwi; radze sobie jak umiem - albo cos z
tym robie, albo czekam az czas rozwiaze problem za mnie. Dlaczego ludzie
odczuwaja przymus zwierzania sie z najbardziej intymnych spraw? Nie chodzi im
o tzw. dobre rady, bo i tak ich nie sluchaja. Mam wrazenie, ze chca podzielic
sie ciezarem swoich trosk, z kims, kto ma ich mniej (tak im sie wydaje).
Zrozumialabym, gdyby chodzilo o rzeczywiscie powazne problemy, ale co mnie
obchodza czyjes powtarzajace sie od 30 lat awantury rodzinne, wieczne
narzekania, niezadowolenie ze wszystkiego? Wiekszosc osobiscie znanych mi
ludzi nie potrafi ocenic realnie swoich mozliwosci i ma pretensje do calego
swiata. Na przyklad mlodzi i zdrowi, ze nikt im pracy nie zalatwi, ludzie bez
wyksztalcenia, ze malo zarabiaja, staruszki pod 80., ze im zdrowie szwankuje,
nadopiekuncze matki, ze dorosle dzieci chca zyc wlasnym zyciem, albo
przeciwnie, ze wciaz wymagaja pomocy rodzicow w najdrobniejszych sprawach. A
ci, ktorym nie jest zle, skarza sie, ze innym jest lepiej... Nie obrzydzajmy
sobie zycia!!! Przeciez takie ciagle utyskiwanie niczego nie zmieni!
Pomagajmy sobie radoscia, optymizmem, pogoda ducha. Spotkanie z drugim
czlowiekiem nie musi byc przygnebiajace.