aliena_ze_wzgorza
03.12.06, 01:05
Jestem zareczona, slub za pare miesiecy, razem wzloty i upadki,razem juz od 6
lat, mieszkamy od 3 lat razem, bardzo duzo nas laczy, znamy sie juz na
wylot. Na poczatku byla wielka romantyczna milosc, potem ucichlo i zamienilo
sie w spokojniejsza juz przyjazn i po prostu bycie bycie razem, potem juz
decyzja o malzenstwie, przeciez i tak juz razem mieszkamy.... Az do wczoraj,
poznalam kogos, to bylo jakbym spotkala kogos na kogo czeka sie cale zycie,
takiej chemii nie bylo w moim zyciu jeszcze nigdy, az przerazilo mnie jak
bylo to intensywne.Po prostu wyczulam go jak tylko wszedl, i z opanowanej 29
latki zamienilam sie nagle w zarumieniona pensionarke, drzenie serca, urywane
spojrzenia, cala magia.... To takie infantylne jak sie o tym pisze ale mysle,
ze wiecie o co chodzi.... Rozmawialismy moze tylko 10 min... Biznesowe
spotkania nie sa najlepszym miejscem na cos takiego, nie moglam skupic sie na
niczym innym. I teraz wielki dylemat, co robic, nie chce nikogo ranic, ale
chyba juz nie ma odwrotu. Bo skora do kogos, kto ma byc moim mezem nigdy nie
czulam takiej namietnosci jak do tego zupelnie obcego faceta, to cos tu jest
nie tak.... Tylko czy ze mna czy my po prostu nie powinnysmy byc razem. Czy
moze to moj wymysl, prosze chce za duzo, wiem, ze moj chlopak mnie kocha. To
bedzie moj wybor, ale zastanawiam sie czy ktos moze przezyl cos takiego.... I
czy decyzja byla ta wlasciwa....