Dodaj do ulubionych

O pld. Afryce slow kilka

12.12.04, 00:25
Dyskutujemy na temat dyskryminacji rasowej, często na przykładzie ludzi
ciemnoskórych. W wieku miedzy 10 a 20 lat wychowywałem się, jako chłopiec,
później młody mężczyzna w Johannesburgu, w Południowej Afryce. Kraj ten
zasłynął z apartheidu – doktryny rządu, według której wszystkie dziedziny
życia były rozdzielone na ludzi białych, czarnych i tzw. kolorowych.
Kolorowi, to ludzie mieszanej krwi, afrykańsko - białej. Ale apartheid swoimi
przepisami dotykał również Chińczyków i Hindusów.

Osobne wiec były dzielnice mieszkaniowe, osobne autobusy, tramwaje,
przystanki, osobne szkoły, osobne pociągi i perony, osobne stadiony i
druzuyny sportowe, osobne kina i osobne ławki w parkach. Nawet na huśtawkach
dla dzieci, czy zjeżdżankach, widniały napisy: „European children only,
Blanke kinders alleen” (To ostatnie w języku Afrikaans). Nawet karetki
pogotowia były oddzielne i nie mogły nawet jeśli były blisko, pomagać
tej „drugiej” stronie. Oczywiście, wszelkie mieszane kontakty płciowe były
zakazane i surowo karane.

Czarni mieszkańcy mieli prawo mieszkać w białej dzielnicy tylko jako służący
w przybudówkach. Musieli nosić ze sobą książeczki ewidencyjne, które
pozwalały lub nie pozwalały na przebywanie w pewnych dzielnicach po pewnych
godzinach. O Afrykańczykach często mówiło się „Kaffir” – bardzo obraźliwa
forma, aż nazbyt często używana przez tzw. „zwykłych ludzi”. Większość
czarnych mieszkańców Płd. Afryki była niewykształcona, bądź słabo
wykształcona, ale była garstka ludzi, której udało się wybić i zdobyć nawet
wyższe wykształcenie. Na Uniwersytecie Wiwatersrand (w Johannesburgu)
przyjmowani byli studenci wszystkich ras i na wykładach nie było żadnej
segregacji, z wyjątkiem korzystania z basenu pływackiego i osobnych
akademikom, bo wspólne byłyby nielegalne.

Czarni ludzie byli pomiatani, terroryzowani, zyli głównie w nędzy na
obrzeżach miasta w tzw. townships. Czarni z innych państw afrykańskich
sprowadzani byli na kontrakty do Płd. Afryki do pracy w kopalniach złota.
Byłem w kopalniach, zjeżdżałem tam 2000 metrow pod ziemie jako technik i na
własne oczy widziałem niewolnicza prace. Widziałem tez warunki życiowe
pracowników kopalni, zarówno rodzimych, jak i tych na kontrakcie. Nic
dziwnego, ze wielu uwierzyło Rosjanom i komunistom, ze ci ich wyszkolą i
wyzwolą. Oczywiście, komuniści wyzwoliliby ich w jeden sposób, ale
zniewoliliby wszystkich.

Od szeregu lat Pld. Afryka jest wolnym krajem, wielorasowym. Wiem, ze jest
tam teraz niebezpiecznie, ze jest wysoka przestępczość. Jest to typowe dla
krajów w stanie przejściowym. RPA dopiero przekształca swój cały system
społeczny po pokoleniach brutalnego systemu poprzedniego. Ale obawiano się,
ze po takim nieludzkim traktowaniu, z chwila osiągnięcia wolności, ludzie
czarni rzuca się na białych i stworzą im krwawa łaźnię. Tak się NIE stało.
Należy to zawdzięczać niezwykłemu autorytetowi Nelsona Mandeli.
Obserwuj wątek
    • ijaw Re: O pld. Afryce slow kilka 12.12.04, 04:50
      Długo jeszcze potrwa normalizacja w tym kraju, a kiedy to możliwe? Lata, wiek
      cały, a może więcej? Tyle uwarunkowań, krzywd, trzeba to wszystko odpracować,
      wyrównać.
      Miałeś bardzo ciekawe doświadczenia CZarku.
      Dobranoc, wreszcie.
      • xurek Re: O pld. Afryce slow kilka 15.12.04, 13:26
        Czytajac ksiazke J.M. Coetzee „Disgrace“ (po niemiecku Schande, nie wiem jak
        przetlumaczono tytul na polski) omal sie z mezem nie pozarlismy. Chociaz oboje
        nie jestesmy rasistami i nigdy nie bylismy w RPA to fabula ksiazki
        automatycznie postawila nas emocjonalnie po dwoch stronach. Dla mnie bylo to
        bardzo ciekawe i niespodziewane przezycie – ja automatycznie zidentyfikowalam
        sie z „terazniejsza krzywda“ zgwalconej kobiety, moj maz z „kazdy chwyt
        dozwolony w zamian za lata doznanych cierpien “ co z kolei wywolalo u mnie
        rodzaj „bialego oburzenia na czarna niesprawiedliwosc“. Po raz pierwszy
        podzielil nas tylko i wylacznie kolor skory. Nam dalo to wiele do myslenia a
        jedna z konkluzji bylo, iz droga RPA do “etnicznego daltonizmu” jest jeszcze
        bardzo dluga.

        Moj maz w ogole nie chcial ksiazki przeczytac twierdzac, iz bialy nie moze miec
        nic sensownego do powiedzenia na temat czarnego kraju, nawet jezeli sie w nim
        urodzil i wychowal......

        Nasz syn chodzi do szkoly, ktora konczy sie wczesniej, niz my mozemy go
        odebrac. Godzine dziennie zajmuje sie nim wiec dziewczynka z 8-mej klasy, ktora
        w ten sposob sobie dorabia. Jacky jest z RPA, rodzina przybyla do Szwajcarii
        szukajac lepszej przyszlosci. Jacky zabiera malego po lekcjach do siebie do
        domu i kiedy razem go odbieramy, mam zawsze to samo uczucie: Jackie i jej
        mlodszy brat traktuja nasza rodzine normalnie, jej ojcu jest bardzo nieswojo i
        usiluje nas unikac a ich czarna gosposia, ktora przywiezli ze soba i ktora
        zdaje sie rodzine lubic mimo wszstko patrzy z dzika satyfakcja i wieloznacznym
        usmiechem na mojego meza dziekujacego za przypilnowanie malego i mamrocze pod
        nosem „times are changing“ albo „wish my brothers home would see that“.

        Ja w sumie bardzo sie ciesze, ze nie wychowalam sie w kraju / atmosferze tak
        obciazajacej i podziwiam tych, ktorym udaje sie nie poddac takim wplywom.

        Xurek
        • czarek1 Re: O pld. Afryce slow kilka 15.12.04, 14:09
          xurek napisała:
          >
          > Moj maz w ogole nie chcial ksiazki przeczytac twierdzac, iz bialy nie moze
          miec nic sensownego do powiedzenia na temat czarnego kraju, nawet jezeli sie w
          nim urodzil i wychowal......
          >
          > Poludniowej Afryki jednak nie mozna nazwac
          "czarnym krajem", poniewaz jest w rownym stopniu ojczyzna bialych osadnikow od
          17 wieku, jak i ludzi z plemion Bantu, ktorzy przywedrowali zpolnocy znacznei
          pozniej. Tylko, bialy czlowiek, majacy kontakt z Europa, dostep do technologii
          i srodkow, uczynil czarnego czlowieka sobie poddanym i go sponiewieral. Bardzo
          chetnie o tym napisze cos wiecej,(jesli Forumowiczow to interesuje) tylko w tej
          chwili nie moge. Coetzee (wymawiany "Kucsije" w polskiej trasskrypcji, jest
          zanym pisarzem pld. afrykanskim, wrogeimapartheidu. Ja jego jeszzce nie
          czytalem. Pozdrowienia.
          • xurek przeczytaj 15.12.04, 14:54
            te ksiazke, jezeli bedziesz mial okazje. Chetnie o niej podyskutuje - o RPA
            rowniez, chociaz kraju nie znam osobiscie. Ja w ogole nie uwazam, ze
            jakikolwiej kraj jest "czarny lub bialy" a juz zupelnie nie, ze kolor skory
            decyduje o kwalifikacjach pisarza - zdanie mojego meza a raczej
            jego "czarnorasistowskie?" podejscie do RPA bardzo mnie zdziwilo a rownoczesie
            dalo do myslenia, jak gleboko zakorzeniona jest "czarno - biala niechec" i do
            jakiego stopnia tak naprawde ludzie sa w stanie z niej wyzwolic. Moj maz niby
            byl w stanie, a jednak czasem, w pewnych sytuacjach, wychodzi z niego cos na
            ksztalt "Afryka dla czarnych Afrykanow"......

            pozdrowienia, Xurek
            • ijaw Re: przeczytaj 15.12.04, 15:15
              Nie dziw się, oni mają głęboko zakorzenione poczucie krzywdy. To trudne, sama
              mialam okazję zmierzyć się z problemem. Jestem bardzo silną psychicznie, ale nie
              wiem czy umiałabym wytrwać w związku z takimi obciążeniami. W każdym razie
              podziwiam wszystkie pary mieszane.
          • ijaw Napisz Czarku 15.12.04, 15:42
            więcej o Afryce Płd.
            • czarek1 Re: Napisz Czarku 15.12.04, 15:47
              Bardzo chetnie, bo lubie ten temat, ale zrobie to dzis wieczorem, bo potrzebuje
              zcasu i jutro bedzie do czytania dla chetnych.
              • ijaw Re: Napisz Czarku 15.12.04, 15:58
                Okej, wychodzę za niedługo, dobrze jutro poczytamy.
        • ijaw Re: O pld. Afryce slow kilka 15.12.04, 15:08
          Nie czytałam książki, ale o niej słyszałam. Nie zgadzam się z Twym mężem. Nie
          wszystkie chwyty są dozwolone. Ktoś musi być mądrzejszy i przerwać ciąg krzwyd,
          bo odwet jest kontynuacją krzywdzenia, w dodatku niewinnych ludzi. Wzajemne
          ustępstwa, zrozumienie, wybaczenie są szansą na wyjście z obłąkanego koła
          nienawiści. Dużą rolę mają do odegrania ci, których spotykały złe rzeczy.
          Kaznodziejskie, ale czuję, że to jedyne co można zrobić.
          Biały patrzy z dystansu na sprawy czarnych, nawet jeśli ma zdolność empatii, nie
          zidentyfikuje się całkowicie z czarnymi. Ale pisać powinien.
          Jak długo ludzie w RPA będą wychodzić z obciążeń? Pół wieku, wiek, a może więcej.
          • xurek Re: O pld. Afryce slow kilka 15.12.04, 15:16
            „Wzajemne ustępstwa, zrozumienie, wybaczenie są szansą na wyjście z obłąkanego
            koła
            nienawiści. Dużą rolę mają do odegrania ci, których spotykały złe rzeczy.“

            Zupelnie sie z Toba zgadzam i bardzo podobnie argumentowalam. Kontrargumenty
            meza byly bardzo emocjonalne typu, iz rzadanie bialych, by czarni
            teraz „zrozumieli i wybaczyli by przerwac kolo nienawisci“ po tym, jak biali
            nie byli gotowi na jakiekolwiek „wybaczenie zrozumienie i zadoscuczynienie“
            przez cale dziesieciolecia i tak naprawde to „gobalnie dalej nie sa“ jest
            szczytem bezczelnosci z „naszej“ strony. Jak juz wspomnialam zrobila sie z tego
            prawdziwa „czarni kontra biali“ dyskusja i to w kochajacym sie czarno bialym
            malzenstwie.... Wole sobie nawet nie wyobrazac, co dzieje sie wewnatrz ludzi,
            ktorzy to wszystko przezyli a nie tylko przeczytali ksiazke i naprawde
            podziwiam tych, ktorzy potrafia „zapomniec i wybaczyc“ naprawde doznana krzywde.

            Xurek
            • ijaw Re: O pld. Afryce slow kilka 15.12.04, 15:40
              xurek napisała:

              > Wole sobie nawet nie wyobrazac, co dzieje sie wewnatrz ludzi,
              > ktorzy to wszystko przezyli a nie tylko przeczytali ksiazke i naprawde
              > podziwiam tych, ktorzy potrafia „zapomniec i wybaczyc“ naprawde doz
              > nana krzywde.
              >
              Bo wybaczenie jest bardzo trudne. Często słyszy się, slowa, "wybaczyłem tylko
              nie mogę zapomnieć". To nie jest wybaczone. Wybaczenie wiąże się z zapomnieniem
              absolutnym wszystkich krzywd. I wtedy można mówić o miłości. W gruncie rzeczy
              nikt bardziej nie męczy się niż ten, ktory nie wybaczy. Ci ktorzy uczynili
              krzywdę, dawno zapomnieli o tym i o ofierze, bądź krzywdzą dalej, bo inaczej nie
              umieją, a ofiara pogrąża się w nienawiści, zlym samopoczuciu psychicznym, a za
              tym przyplątują się choroby fizyczne. Wszystkie krzywdy trzeba wybaczyć. Powiedz
              swemu mężowi, że bialy dręczył nie tylko czarnego, ale białego też, w okrutny
              sposob rozprawiając się z ludźmi w obozach koncentracyjnych, czy łagrach
              sowieckich. Czarni też bywali handlarzami niewolników, ba do tej pory są tacy!
              Oglądałam reportaż z Hiszpanii, pokazano w nim współczesnych handlarzy
              niewolnikow z Afryki. To nie biali ludzie, lecz cyniczni czarni, przywożą z
              Afryki młode kobiety i sprzedają do burdeli.
          • czarek1 Re: O pld. Afryce slow kilka 15.12.04, 15:35
            Musze sie w pelni zgodzic z Ijaw. Dlatego wlasnei mi tak zaimponowal Nelson
            Mandela, ze jednym z pierwszych jego posuniec po dojsciu do wladzy bylo
            ustanowienie komisji Sprawiedliwosci i Pojednania. On zrozumial, ze nie ma
            sensu odwracanie szal w mysl "panami wowczas bedziem my". Musi sie pzrerwac
            spirale pogardy, nienawisci, odwetu i nowej nienawisci, bo to prowadzi donikad.
            Ludzie ciemnoskorzy przecierpieli wiele w Pld. Afryce, ale czy im to pomoze, ze
            ktods bialy teraz bedzie cierpial? Rozumiem Twojego meza, ze dawne cierpienia i
            zadawnione razu trudno i powoli sie goja. Ale jesli ciebei - kobeite biala -
            kocha i szanuje, to znaczy,ze nie ma w nim generalnie nienawisci rasowej. Moze
            trzeba mu to wytlumaczyc inaczej, spokojniej, z daniem mu do zrozumeinia, ze
            przemawiasz do neigo nie jako kobeita biala, tylko przyjaciel, czlowiek bliski.
            Twoj maz moze jeszzce miec jakies poczucie zagrozenia, ktore trzeba rozbroic.
            Pozdrawiam.
            • czarek1 Czarek pisze o Afryce 16.12.04, 02:11
              Ijaw napisala: "napisz Czarku" i poczulem sie upowazniony.

              Słowo się rzekło, kobyłka u płotu,
              Więc piszę, choć nie wiem, czy starczy polotu.

              Spróbuję przybliżyć Wam kraj, w którym żyłem,
              Wzrastałem, mężniałem, do szkoły chodziłem.

              I wiele widziałem, choć nie rozumiałem,
              Niestety, się nieraz też nie buntowałem

              Lecz tutaj, Wam samą dziś prawdę napiszę.
              Więc już zaczynamy. Poproszę o ciszę…

              Kiedy byłem mały, miałem właściwie dwa wielkie marzenia. Pierwsze – zobaczyć
              prawdziwego, jak wówczas się wyrażałem – Murzyna, a drugie – polecieć
              prawdziwym samolotem. Co prawda, raz widziałem jednego na Marszałkowskiej, ale
              to było krótko, poza tym, on był ubrany w palto zimowe, niósł teczkę i szedł z
              jakimś innym panem i rozmawiali. Chciałem za nim iść, ale Mama mnie poganiała w
              innym kierunku. W krótkim czasie po tym, obydwa moje życzenia miały się spełnić
              prawie jednocześnie. Wyjechaliśmy z Polski do rodziny w Johannesburgu, w Płd.
              Afryce i lecieliśmy tam nie czym innym, jak prawdziwym samolotem. Samolot
              wylądował w Leopoldville (dziś Kinszasa) i dalej nie mógł lecieć, bo coś się
              zepsuło. Były to czasy na długo przed porywaniem samolotów i na płycie lotniska
              kręcili się swobodnie mali chłopcy o hebanowych skórach, pomagając pasażerom z
              bagażem. Mama dala im jakieś pieniądze i widać było ich wielce uradowane buzie.
              Przenocowaliśmy w hotelu pod moskitiera i następnego dnia zawieziono nas na
              lotnisko, by kontynuować podroż. Przed samolotem kręcili się ci sami chłopcy.
              Byli nieco starsi ode mnie i bardzo mi imponowali. Kiedy zbliżyliśmy się do
              nich, podałem obydwu rekina powitanie. Wyciągnęli rękę do mnie też. i coś
              powiedzieli, śmiejąc się, czego nie zrozumiałem. Kiedy kilka godzin później,
              już u celu podroży, ściskaliśmy się z ciocia i wujkiem i ich córka, moja
              rówieśnicą, pochwaliłem się sam, ze widziałem „już widziałem Murzynów i nawet z
              dwoma się zaprzyjaźniłem i na lotnisku rękę mi podali” (co ja uważałem za
              wielki zaszczyt). Wujek spojrzał na mnie poważniej i odpowiedział: „w tym kraju
              biały człowiek Murzynowi ręki nie podaje”. Była to moja pierwsza w życiu lekcja
              o dyskryminacji rasowej, której, jako dziecko, nie znałem, ani nie rozumiałem.
              Nie żeby wujek był rasista. Jako architekt, budował wiele szkol dla
              czarnoskórej ludności i był w mojej obecności bardzo uprzejmy do ciemnoskórego
              kontraktowa – budowniczego. Po prostu powiedział mi o tym, jak tak wyglądało.
              Pamiętam, jak kiedyś John, służący, rozbił samochód nieznacznie, wycofując go z
              ciasnego garażu i przyszli jacyś ludzie z ubezpieczalni, a wujek Johna bronił.
              John i Anna, wierni i mili służący mieszkali w wolnostojących drewnianych
              przybudówkach na posesji wujka. Prawo nie pozwalało im spać w tym samym
              budynku, co biali.
              Moje pierwsze uświadomienie sobie problemu apartheidu pochodzi z moich rozmów z
              Johnem, kiedy już na tyle opanowałem angielski, że mogliśmy rozmawiać. Jon
              mówił mi o tym, że jego ludzie nie mogą żyć na równi z białymi, że są źle
              traktowani przez władze, że nie mają praw. To zdanie zapamiętałem po dzień
              dzisiejszy: „We must say: public”. To, ze w szkole, do której mnie posłano,
              były same białe dzieci jakoś mnie nie dziwiło, być może nie zastanawiałem się
              nad tym, bo w Polsce w szkole tez w końcu były tylko białe dzieci, wiec tu pod
              tym względem nie różniło się. Szkola była w czyściutkim budynku, codziennie
              dzieci dostawały butelkę mleka i owoc (tak było we wszystkich szkołach, na
              koszt rządu). Dopiero kilka lat później miałem pojechać z wujkiem na budowę
              do „township”, czyli ruder, w których mieszkali czarni obywatele tego samego
              kraju. Widziałem szkole. Dzieci siedziały na długich ławkach, nie tak jak my,
              po dwie osoby i nie miały zeszytów (które szkoła nam dawała), tylko tabliczki,
              na których pisały kredka. Klasa nie miała ścian, tylko jedna, a reszta, to były
              zawieszone na drągach kotary – zasłony. Jedna z czterech stron klasy była po
              prostu otwarta, żeby było widać, bo pozostałe nie miały okien. Myśmy do szkoły
              nosili schludne mundurki, każda szkoła miała inne kolory. Tu dzieci czarne
              ubrane były w łachy. Widać było straszną biedę i dzieci były strasznie chude.
              I jeszcze jednego się nauczyłem dość szybko. W parkach dla dzieci, gdzie
              jeszcze chętnie chodziłem hustać się i zjeżdżać, wszędzie były napisy, ze tylko
              dla dzieci „europejskich”. Zakaz obejmował też dzieci „mieszane”, hinduskie i
              chińskie.
              Ale nauczyłem się także prawdy „odwrotnej”. Ci biali – „Europejczycy”, jak na
              nich mówiło się, to nie byli ani Anglicy, ani Holendrzy, ani zadni koloniści i
              Płd. Afryka nie była krajem kolonialnym. Była krajem rasistowskim, to prawda,
              ale nie kolonialnym. Z Konga Belgijskiego (dziś Zair), Belgowie mogli wrócić do
              swojego kraju, z Mozambiku to samo mogli zrobić Portugalczycy, z Kenii do
              Anglii mogli powrócić Anglicy. Ale w Płd. Afryce mieszkali biali
              Południowoafrykańczycy i to była ich ojczyzna. Oni nie mieli dokąd wrócić. Tu
              urodzili się ich przodkowie, tu walczyli, tu zżyli się z tą ziemią. Oni innej
              ojczyzny nie mieli. Dlaczego tak było? Nastepnym razem napisze. Dziękuję za
              uwagę.
              • xurek bardzo prosze 16.12.04, 13:25
                o cd, chetnie poczytam.

                dziekuje, Xurek
              • ijaw Re: Czarek pisze o Afryce 16.12.04, 14:35
                Może będziesz wierszyki pisał i w watku twórczość Cię umieścimy?
                A dokończ swe opowieści. Jak odbierałeś różnice w traktowaniu ludzi jako chłopiec?
                • czarek1 Re: Czarek pisze o Afryce 16.12.04, 14:41
                  Nie, nie bede juz Was straszyl ruymami czestochowskimi. O tym , jak zaczalem
                  widzeic ten problem jako dziecko napisalem co nieco w tym pierwszym odcinku.
                  Wroce do tego tematu pozniej, ale mam pewien tok mysli, ktore chce "uczesac" i
                  logicznie poukladac. Dac pewien podklad historyczny. Z pewnoscia jeszzce ten
                  temat porusze, bo mialem troche z nim wlasnych doswiadczen. Mam nadzieje, ze
                  wszyscy do tego czasu wytrzymaja.
                  • czarek1 Re: Czarek pisze o Afryce - cz. II 17.12.04, 04:34
                    W tym odcinku chcę zacząć od historii Płd. Afryki. Nie siedzę obłożony
                    encyklopediami. Uczyłem się tej historii w szkole południowo-afrykańskiej, jako
                    dziecko wiele lat temu i piszę z pamięci, wiec być może jakieś daty nie będą
                    się dokładnie zgadzać, może gdzieś się pomylę, ale nie będą to pomyłki
                    zmieniające sens tego, o czym chce napisać, więc proszę od razu Ijaw, jako
                    szefową oraz resztę Forumowiczów o nieco pobłażliwości.
                    Od drugiej połowy 15 stulecia, portugalscy żeglarze próbowali dotrzeć do Indii
                    i Chin drogą wokół kontynentu afrykańskiego. W 1488 roku Bartolomeo Diaz
                    dociera do południowego skraju kontynentu afrykańskiego, ale zawraca, z uwagi
                    na straszne burze. W cztery lata później Vasco da Gama okrąża tenże skraj i
                    płynie dalej, opływając Afrykę i docierając do Indii. Opłynąwszy szczęśliwie
                    najbardziej na południe wysunięty skraj Afryki i przekonawszy się, z dalej
                    droga prowadzi na wschód, z radości nazywa opłynięty cypel Cabo de Bona
                    Esperanza – Przylądek Dobrej Nadziei. Od tego czasu Europa zaczyna handlować z
                    Azją. Krzysztof Kolumb przez omyłkę odkrywa Amerykę , myśląc, że to Indie. Z
                    tego powodu rodzimi czerwonoskórzy mieszkańcy tego kontynentu zostali przez
                    niego nazwani Indianami i tak już zostało. W końcu Magellan odkrywa drogę do
                    Indii dookoła świata, ale droga wokół Afryki jest jednak krótsza i mniej
                    niebezpieczna, bo przez większą cześć drogi statki trzymają się brzegów Afryki.
                    Z czasem mała Holandia staje się potęgą morską i wyprzedza Portugalię i
                    Hiszpanię w ilości statkóow i częstotliwości wypraw zamorskich. Na początku 16
                    stulecia już prosperuje Holenderska Kompania Wschodnich Indii (Dutch East India
                    Comapny – po angielsku) która regularnie wysyła statki wokół Afryki. Statki
                    wracają z korzeniami i innym cennym importem, ale za to z połową załogi. Reszta
                    umiera na szkorbut. Postanowiono ustanowić stację zaopatrzeniową, która będzie
                    na miejscu hodowała warzywa i zaopatrywała przepływające statki w nie oraz w
                    świeżą wodę. Wybór naturalny pada na Przylądek Dobrej Nadziei. I tak 6 kwietnia
                    1652 roku emisariusz holenderski Joann van Riebeeck ląduje na flagowym statku
                    Dromedaris, na czele flotylli złożonej z 6 ciu jednostek pływających, w
                    miejscu, które później nazwano Miastem Przylądkowym – po holendersku Kaapstad.
                    Dziś po angielsku znane jest jako Cape Town. Od tego dnia liczy się oficjalna
                    historia Południowej Afryki.
                    Na wybrzeżu, zza krzaków obserwowali przybyszów nieufnie Hotentoci – dziś lud
                    praktycznie prawie wymarły. Nie byli to ludzie rasy negroidalnej, lecz znacznie
                    jaśniejsi, niedużego wzrostu. Ponieważ Europejczycy byli technologicznie i pod
                    każdym innym względem znacznie bardziej zaawansowani od prymitywnych ludów
                    tubylczych, szybko i łatwo podporządkowali je sobie, stwarzając pewną formę
                    niewolnictwa. Stacja zaopatrzeniowa szybko została zorganizowana, wybudowano
                    fort obronny, wzięto się za uprawy. Białym pracownikom – osadnikom przydzielono
                    ziemię pod uprawy, ale wprowadzono też drakońskie prawa wytyczone przez
                    protestancki kościół kalwiński. Za nie pojawienie się w kościele na niedzielnym
                    nabożeństwie groziły surowe kary fiskalne. Obowiązywał strój ascetyczny, bardzo
                    zakrywający ciało. Biali byli nadzorcami, Hotentoci pracowali w polu i pomagali
                    białym w tropieniu zwierzyny, co potrafili robić doskonale.
                    Miasteczko się rozrastało, wytyczano ulice, budowano domy murowane, rodziły się
                    nowe pokolenia. Biali swoje europejskie umiejętności wykorzystali do tworzenia
                    i organizowania nowego życia na wzór tego, które pierwsze pokolenie znało z
                    Holandii. Ze starego kraju napływały też nowe grupy imigrantów, czasem
                    szukających przygód, czasem wykorzystujących korzystne warunki kontraktów za
                    pracę zagranicą. Nawet po jakimś czasie nie tylko Holendrzy przybywali, bo
                    także i niemieccy protestanci, o czym do dziś świadczą nazwiska takie, jak
                    Wentzel, czy Kopf. Brzmi to też ironicznie, ale nowa osadę zasiliły też ofiary
                    nietolerancji. Katarzyna Medycejska, wielka orędowniczka katolicyzmu kazała
                    ściąć francuskich protestantów – Hugenotów. Ci, którzy uniknęli rzezi w noc Św.
                    Bartlomieja, uciekli, jako prześladowani do już protestanckiej Holandii. Ale w
                    Holandii też za bardzo ich nie chciano. (A u nas ilu obecnie sprzeciwia
                    wpuszczaniu ludzi prześladowanych ze Wschodu?) Rząd holenderski ich przyjął,
                    ale pod warunkiem zasilania stacji zaopatrzeniowej na Przylądku Dobrej Nadziei.
                    I tak trafili tam du Toit, Labuchagne, Marais, de Malherbe i de Villiers oraz
                    liczne inne rody. Przywiozły ze sobą to, co umiały najlepiej – umiejętność
                    kultywowania winorośli i robienia win. Do dziś wina Płd. Afrykańskie należą do
                    najlepszych na świecie. Hugenoci szybko zapomnieli języka francuskiego i
                    przeszli na holenderski. Ale nazwiska pozostały, tyle, że już dziś inaczej
                    wymawiane.
                    A o czarnoskórych ludach afrykańskich jeszcze tam nikt nie słyszał, tym
                    bardziej ich nie widział W tamtym czasie szczepy Bantu, jedne pasterskie, inne
                    wojownicze, wędrowały koczowniczo z północy na południe wzdłuż wschodniej
                    części Afryki, ale miały jeszcze około stu lat do zetknięcia się z białymi
                    osadnikami.
                    Tu mała dygresja. Wiadomo z badań naukowych, że kolebką rodu ludzkiego jest
                    właśnie południowa Afryka. Setki milionów lat temu właśnie na tych terenach
                    żyli pierwsi ludzie, już homo sapiens. Do dziś można zobaczyć (sam widziałem) w
                    jaskiniach w pobliżu Maseru (stolica Lesotho, dawniej Basutoland) kolorowe
                    malowidła przedstawiające sceny myśliwskie. Ludzie ci przez następne miliony
                    lat wędrowali na północ. Już w czasach starożytnych, ale udokumentowanych,
                    znani byli ludzie z czarną skórą, zatrudniani na dworach perskich, w Grecji i w
                    Rzymie. Ci pochodzili głównie z Afryki północnej (przeważnie z Sudanu). Dopiero
                    w czasach mniej więcej tych samych, co europejski renesans, zaczął się powolny
                    marsz plemion Bantu z Afryki centralnej na południe. Ich zetknięcie z białymi
                    osadnikami nastąpiło dopiero w połowie osiemnastego wieku we wschodniej części
                    południowej Afryki, w okolicach mniej więcej tam, gdzie dziś jest miasto Port
                    Elizabeth. Po stu latach kolonizacji Ziemi Przylądkowej, zaczęły się podróże
                    eksploracyjne osadników na wschód. Spotkanie z plemionami Bantu nie należało do
                    najprzyjemniejszych. Ale o tym i dalszych dziejach napisze następnym razem.
                    PS. Jeśli ktoś uważa, że tego typu „wykład” jest nudny i nie pasuje do naszego
                    Forum, nie obrażę się za uwagi krytyczne. Chcę doprowadzić do tego, jak ten
                    kraj się kształtował i do czego został doprowadzony. A był do niedawna symbolem
                    najdalej idącej nietolerancji.
                    • czarek1 Re: Czarek pisze o Afryce - cz. III 18.12.04, 00:45
                      W poprzednim odcinku opisałem w błyskawicznym skrócie, jak doszło do
                      zasiedlenia Przylądka Dobrej Nadziei i jak stacja zaopatrzeniowa dla statków
                      płynących do Indii z czasem rozrastała się. Nowe pokolenia rodziły się i rosły.
                      Zgodnie z tradycją tamtych czasów, osadnicy utrzymywali niewolników, Hotentotów
                      obojga płci. Zdarzało się jednak, że pan domu zapragnął mieć więcej rozrywek,
                      poza własną żoną. Jeśli młoda niewolnica mu się spodobała, nie miał żadnych
                      trudności w przekonaniu jej, by dzieliła z nim łoże, a surowa reguła kościoła
                      kalwińskiego przymykała oczy. W ten sposób zrodziło się pierwsze pokolenie
                      ludzi, których (za moich czasów w Płd. Afryce) nazywano „Cape
                      Coloureds”. „Kolorowi” to klasa inna, niż ciemnoskórzy ludzie rasy
                      negroidalnej. Nie mieli żadnych praw i pogardzani zarówno przez białych, jak i
                      czarnych mieszkańców tego kraju, (choć z czasem z domieszką krwi tych
                      ostatnich) i rozproszeni po całym kraju, doczekali się nazwy „God’s
                      stepchildren” – pasierbowie Pana Boga. Jest to historia ludzi bardzo
                      nieszczęśliwych i pogardzanych bez jakiegokolwiek powodu. W nowoczesnych
                      czasach, niektórzy, mając po kilku mieszankach pokoleniowych bardzo jasną
                      skórę, usiłowali uchodzić za białych. Pamiętam sztukę teatralną, wystawioną w
                      jednym z awangardowych teatrów, (kiedy ja już byłem prawie dorosły) o młodej
                      kobiecie, która swój „wstydliwy” rodowód ukrywała, żeby móc żyć normalnie. W
                      sztuce pokazane były metody policji w wykrywaniu takich „przestępców”.
                      Podejrzanej wkładali we włosy ołówek i kazali nachylić głowę. Jeśli ołówek
                      wypadł, zostawiali w spokoju, jeśli zatrzymał się we włosach – wiadomo.
                      Wracając do historii, w początkach osiemnastego wieku stacja zaopatrzeniowa już
                      była pełną gębą Krainą Przylądkowa, miała nawet własnego gubernatora. Z tamtych
                      czasów pochodzą piękne zabytkowe dworki elity, jak Groot Constantia, pałacyk
                      wybudowany przez jednego z kolejnych gubernatorów dla swojej córki Konstancji.
                      Zaczęto też podejmować wyprawy eksploracyjne w kierunku wschodnim i północnym.
                      Natrafiono wpierw na Buszmenów, plemię karłowate, nieco wyższe od Pigmejów pod
                      względem wzrostu, żyjące dziko na pustyni Kalahari, bardzo prymitywne, ale
                      wspaniałe w umiejętności tropienia zwierzyny i wytrzymywania na pustyni. Jak
                      można łatwo się domyśleć, Buszmeni dość szybko stali się niewolnikami.
                      W połowie osiemnastego wieku doszło do pierwszego zetknięcia białych osadników
                      z plemionami Bantu, które przywędrowały z Północy. Jedni nieufni wobec drugich
                      i wzajemnie, patrzyli na siebie przez rzekę Great Fish River (nazwa dzisiejsza
                      angielska, wówczas prawdopodobnie Groot Visrivier). Czarni przybysze byli
                      pasterzami, gonili wielkie stada krów – kąsek łakomy dla osadników. Pod osłoną
                      nocy zaczęły się napady w celu zdobycia bydła. Ludzie Bantu nie pozostali
                      dłużni. Zakradali się i bydło swoje zabierali z powrotem, a przy okazji, jak
                      ktoś się trafił, to dzidami pomagali mu zakończyć życie. Z czasem technologia
                      napadów została podwyższona na inne poziomy. Zabijanie, podpalanie i branie
                      jeńców było wzajemne. Ludzie biali nadali ludziom Bantu nazwę „Kaffir”.
                      Znaczyło to tyle, co „poganin”, ale wyrażone z pogardą. Nazwa ta przetrwała i
                      za moich czasów była w dość powszechnym użyciu. Powiedziałbym, że
                      słowo „Kaffir” jest jeszcze bardziej obraźliwe w swojej treści i wymowie,, niż
                      amerykańskie słowo, „Nigger” używane przez KKK i innych rasistów. Stoczono dwie
                      większe wojny, które nawet w historii, jakiej uczono mnie w szkole, nazywały
                      się „Kaffir wars”.
                      Podczas wojen napoleońskich, Anglia przestraszyła się, ze Napoleon mógłby
                      pokusić się o zdobycie tego strategicznego punktu na mapie świata, jakim była
                      Kraina Przylądkowa. Przekonała króla holenderskiego, że na czas wojen przejmie
                      kontrole, aby chronić mieszkańców Przylądka od inwazji Francuzów. Ale telegramy
                      nie działały jeszcze, a ludność Przylądka nie wiedziała o niczym, kiedy w 1806
                      roku na horyzoncie pokazały się brytyjskie okręty wojenne. Ludność stoczyła
                      krótką walkę, ale przewaga Brytyjczyków była miażdżąca i wzięli w posiadanie
                      miasto i całą Krainę. Miało to być tylko na czas wojen, ale trwa do dziś.
                      Przybycie Brytyjczyków z początku nie zmieniło radykalnie życia w Krainie
                      Przylądkowej. Angielski gubernator szanował obyczaje i wyznanie mieszkańców,
                      jednakże piętno swojej, odmiennej kultury, wyciskali w wielu sprawach
                      politycznych. W 1820 roku przypłynęła potężna fala osadników z Anglii (1820
                      settlers), która miała zmienić nie do poznania oblicze Kolonii Przylądkowej,
                      jak już oficjalnie ja nazwano. Wówczas była kolonia, ale Płd. Afryka moich
                      czasów nie była krajem kolonialnym). Zaprowadzono nowe przepisy prawne,
                      rozluźniono z czasem surowe wymogi kościelne, wprowadzono inne kościoły, jak
                      anglikański i w nieznaczny sposób wzięto w ochronę Buszmenów i Hotentotów, w
                      tym sensie, że już nie można ich było całkiem bezkarnie smagać biczami, czy
                      wieszać. To się osadnikom bardzo nie podobało. Sytuacja się zaogniła na dobre,
                      kiedy władze brytyjskie zniosły niewolnictwo około 1834 roku. Dolało to oliwy
                      do ognia i spowodowało wyniesienie się ludności holendro-niemiecko-francuskiej
                      (ale mówiącej po holendersku i już jednolitej) na północ w poszukiwaniu nowej
                      ojczyzny i możności praktykowania swoich własnych obyczajów. Rozpoczęła się
                      największa epopeja w dziejach Płd. Afryki – The Great Trek. Przypominało to
                      pionierów amerykańskich, prących na Zachód. Ale o tym już następnym razem.
                      • ijaw dziękujemy i pisz dalej 18.12.04, 01:25

                        • jofin Re: dziękujemy i pisz dalej 18.12.04, 01:56
                          Czarku. Historia ciekawa niewatpliwie. masz talent i historyczny i pisarski.
                          Historie RPA znam dosc pobieznie. Czytajc Ciebie zastanawia mnie tylko jedno.
                          Czy czarny mieszakniec RPA napisalby historie swego kraju w podobny do Ciebie
                          sposob, czy te historie by sie roznily miedzy soba?
                          Po prostu momentami w Twoich slowach czuc "bialego" i zastanawiam sie z czego
                          to wynika.

                          Pozdrawiam
                          jofin
                          • czarek1 Re: dziękujemy i pisz dalej 18.12.04, 05:50
                            Droga Jofin, dziwisz sie, z czego wynika, ze w moich slowach czuc "bialego".
                            Nie roozumiem, czemu masz sie dziwic. Ja pisze nie jako historyk, tylko
                            bardziej impresjonista, przekazujac Wam swoje impwsrod bialych i obserwowalem
                            zycie. To byla moja perspektywa. Innej miec nei moglem. Trudno, zebym pisal to
                            z punktu widzenia osoby ciemnoskorej, skoro nia nie jestem. Opisuje to oczami
                            czlowieka, jeszcze z Polski, ktory tam sie znalazl i uczyl i poznawal zycie.
                            Nie potrafilbym pisac z punktu widzenia osoby ciemnoskorej, bo ja nie mialem
                            ich przezyc, ani doznan i nie moglbym tworzyc czegos nieszzcerego, sztucznego.

                            Na marginesie, Jofin, nie bylo Ciebie przez dluzszy czas. W swoim czasie, w
                            odpowiedzi na Twoja prosbe odpisalem Ci. Zajrzyj do watku: "Skutki czytania o
                            Murzynku Bambo" (czy cos podobnego) i post "W odpowiedzi dla Jofin". POzdrawiam.
                            • czarek1 Jeszcze jedno. 18.12.04, 05:55
                              Zstanawiasz sie, jakby napisal historie tego kraju czarny meiszkaniec obecnej
                              RPA. Fakty historyczne sa obeiktywne, tylko ich interpretacja mzoe sie roznic w
                              zaleznosci od nastawienia. Czarny historyk taka samo zna historie o odkrywcach
                              morskich, o poczatkach kolonizacji Przyladka Dobrej Nadziei i tak samo wie o
                              nomadzkich plemionach Bantu, schodzacuych wzdluz wschodneigo pbzregi Afryki na
                              poludnie. Jego perspektywa wojen z bailymi moze byc inna, ale czasy, meijsca,
                              daty tez beda obiektywnei te same.
                              • jofin Re: Jeszcze jedno. 18.12.04, 18:05
                                Czarku, nie chce, zebys sie poczul bardzo przeze mnie krytykowany. jeszcze raz -
                                ciekawe jest dla mnie co piszesz.
                                Ale zadam Ci kolejne pytanie - czy jestes pewien, ze czarni mieli swoje
                                autobusy, tramwaje, pociagi, przystanki, kluby sportowe, tak jak to bylo
                                udzialem bialych. I zwaz na to, ze historii RPA uczyles sie, jak piszesz w
                                szkole poludniowoafrykanskiej dla bialych. Z tego co mi wiadomo, propaganda i
                                swiat przedstawiany w RPA dla bialych byl bardzo znieksztalcony. Woods / tym
                                razem chyba Donald/ musial przeprowadzic sporo rozmow z Biko i jego
                                przyjacielami i sam musial doswiadczyc na wlasnej skorze przeroznych rzeczy,
                                aby otoworzyly mu sie oczy na to jaka jest rzeczywistosc.

                                Co do odpowiedzi na wczesniejsze wati, daj mi troche czasu.
                                • czarek1 Re: Jeszcze jedno. 18.12.04, 18:29
                                  dzein dobry, Jofin. Oczywiscie, uczylem sie w szkole dla bialych, do innej nei
                                  moglbym isc. Pisze widzac swiat oczyma dziecka, ktore tam wzrastalo i korygujac
                                  o swoje dzisiejsze doswiadczenie i patrzenie. To jest MOJA PERSPEKTYWA. Jak juz
                                  napisalem w poprzrednim poscie, fakty historyczne zdarzyly sie obiektywnie,
                                  natomiast ich interpretacja jest kwestia spojrzenia. Krytykowany moge byc pzrez
                                  Ciebie i wszystkich innych, ja nie mam megalomanii, w kazdym razie nie
                                  stwierdzono tego u mnie na ostatnich abadaniach;)))

                                  Napisalas:
                                  Ale zadam Ci kolejne pytanie - czy jestes pewien, ze czarni mieli swoje
                                  > autobusy, tramwaje, pociagi, przystanki, kluby sportowe, tak jak to bylo
                                  > udzialem bialych.
                                  Czy Ty sugerujesz, ze oni i ch w ogole nie mieli, czy kwestionujesz to , co
                                  napisalem o oddzielnych?

                                  Moge pisac o Johannesburgu, bo pzrez 10 lat prawie z neigo sie nmei ruszalem -
                                  moja matka byla . W Johannesburgu BYLY autobusy i trwamawaje osobne, z osobnymi
                                  przystankami. Wygladaly tak samo (czerwono-zolte), ale mialy z przodu zielony
                                  pas. Pzrystanki, oddalone o klikadziesiat metrow, mialy napis "2nd class bus
                                  stop - 2-ge klas bushalte".(Jezyki angielski i Afrikaans. Byly pociagi osobne i
                                  perony osobne. Do "bialego" autobusu mial prawo wejsc jeden ciemnoskory -
                                  pracownik poczty, ktory wraz z bialeym listonoszem pomagal mu nosic wotrek z
                                  poczta. W tym czasie lsitonosze nie mieli samochodow. Ci dwaj mogli razem
                                  wsiasc i usadowic sie na ostatnim od tylu miejscu na gorze (w tym czasie
                                  autobusy i tramwaje w Johannesburgu byly pietrowe, jak w Londynie.)

                                  Przed samym opuszczeneim Pld. Afryki bylem w Cape Town. Tam widzialem napisy na
                                  autobusach, ze dolny poklad jest dla bialych tylko, a na gorze dla "wszystkich
                                  klas". Wiem,ze byly kluby sportowe dla czarnych, ale zakazany byl sport
                                  wspolny, czy mieszany.

                                  Ja sobie bardzo dobrze zdaje sprawe z tego, jak byla rzeczywistosc. Ale bardzo
                                  Cie prosze o troszke cierpliwosci. Daj Czarkowi napisac powoli, do konca swoje
                                  mysli i jesli pozniej znajdzeisz w nich odrobine chociaz rasizmu, to idz nawet
                                  na noze;))) Pozdrawiam.
                                  • jofin Re: Jeszcze jedno. 18.12.04, 18:37
                                    Czarku. Nie chce sie bic z Toba na noze, bo na pewno przegram. O rasizm Cie nie
                                    posadzam. Jeszcze raz powtrarzam pisz, bo to wszystko jest dla nas bardzo
                                    ciekawe. A pytania zadaje, bo swoje watpliwosci mam, wiedze o Afryce mam na
                                    pewna niezadowalajaca i zawsze lubie sie poznawac swiat widziany oczami innej
                                    osoby. Mysle poza tym, ze rowniz innym forumowiczom, towje opowiadania
                                    przybliza nieco swiat Afryki.

                                    A poza tym ktos tam kiedys powiedzial, ze kto pyta nie bladzi. Nie wiem, czy
                                    nie bladze, ale pytania zadaje.

                                    Pozdrawiam
                                    jofin
                                    • czarek1 Re: Jeszcze jedno. 18.12.04, 18:50
                                      Msz swieta racje, Kto pyta, nie bladzi. Zadawaj pytanai, postaram Ci sie
                                      odpowiedziec. Co do kokurencji na noze, nie jestem juz taki pewien, czy
                                      wygralbym. Pewnie juz wiek nie ten;)))
                                      Co do tamtego zapzreszlego spzred meisiaca, koniecznie tam zajrzyj, ale NIE BOJ
                                      SIE! Raczej sie usmiejesz. J tylko seplnilem Twoje zyzcenie:))).
                                      • czarek1 Czarek pisze o Afryce - cz. IV 18.12.04, 21:58
                                        Biali Poludniowoafrykanczyczy mówiący po holendersku, albo Afrykanerzy, jak się
                                        woleli sami nazywać, rozpoczęli swój pełen niebezpieczeństw marsz na północ.
                                        Można tu dopatrzyć się wielu podobieństw do pionierów prących na Zachód w
                                        Ameryce. Po pierwsze, w podobnych wozach, pokrytych białym płótnem, chroniącym
                                        przed skwarem i deszczem, choć to tylko czysto zewnętrzny atrybut. Pionierzy
                                        amerykańscy na swojej drodze napotykali plemiona indiańskie, które w obronie
                                        własnych terytoriów napadały na wozy pionierskie. Biali bezdusznie tępili
                                        Indian. Dla obrony własnej przywoływali kawalerię Stanów Zjednoczonych, która,
                                        z kolei, dziesiątkowała Indian. Czasami dochodziło do strasznych rzezi
                                        niewinnych ludzi z obydwu stron, chociaż wiadomo, że Stany Zjednoczone złamały
                                        wszelkie porozumienia z Indianami, anektując kolejno ich ziemie i zabijając
                                        nawet spokojne plemiona, wraz z kobietami i dziećmi. Pionierzy południowo -
                                        afrykańscy, zwani Voortrekkers, parli na północny wschód, w poszukiwaniu ziemi,
                                        na której się osiedla. Po drodze następowały podobne konfrontacje z plemionami
                                        czarnymi, których teraz już pojawiła się znacznie większa ilość. Basuto i Xhosa
                                        były tradycyjnie plemionami pasterskimi i wojowały tylko, jeśli były
                                        zaatakowane. Natomiast Zulusi byli wojownikami, wykazujący się wielką odwagą i
                                        niebezpieczni, pomimo nie posiadania broni palnej. Walczyli dzidami, które
                                        zwali assegaai. Oni przeważnie atakowali pierwsi. Ich domem była ta cześć Płd.
                                        Afryki, która dziś nazywa się prowincją Natal, ale Zuluscy wojownicy docierali
                                        znacznie bardziej na zachód.
                                        Po wielu trudach podroży, straceniu tysięcy ludzi, zarówno w potyczkach, jak i
                                        z chorób, Voortrekkers przekroczyli rzekę nazwana Oranje, na chwałę orańskiego
                                        króla Holandii i osiedlili się tam, tworząc pierwsza republikę Wolny Stan
                                        Oranje (Oranje Vrystaat) ze stolicą w Bloemfontein. Ponieważ przeważająca
                                        większość Afrykanerów, to byli farmerzy, a farmer po holendersku jest „boer”,
                                        Anglicy o nich mówili „boers” (po polsku Burowie) nazwa, która weszła do
                                        historii. Część Burow (już teraz piszę z dużej litery) zawędrowała jeszcze
                                        dalej na północ pod wodza swego lidera – Andiesa Pretoriusa. Doszli do rzeki,
                                        która miała bardzo mętną wodę i nazwali ja Vaal (po holendersku- szara, mętna).
                                        Po przekroczeniu tejże rzeki, krainę na północ od niej nazwali Transvaal i tam
                                        powstała druga republika burska o tej samej nazwie. A stolicę nazwano dla
                                        uczczenia wodza – Pretoria. Tu mała dygresja. Język holenderski był nadal
                                        językiem urzędowym w obydwu republikach, ale język mówiony już znacznie
                                        odbiegał od pierwowzoru. Doszły naleciałości z języka niemieckiego, zakorzeniły
                                        się niektóre słowa hotentockie, a nawet z narzeczy murzyńskich i z
                                        angielskiego. Potocznie język swój Burowie nazywali Afrikaans. Zanim nastąpił
                                        Wielki Trek, już zdążyli się niektórzy pożenić z Angielkami, które lojalnie
                                        towarzyszyły swoim mężom w trudach wędrówki na północ, ale ślad językowy
                                        wywarły.
                                        Republiki burskie z początku kwitły, a pracowitość ludzka w krótkim czasie
                                        doprowadziła do rozbudowania szeregu miast, ustanowienia szkół, infrastruktury
                                        państwa na tamte czasy nowoczesnego. Plemiona czarne właściwie nie żyły w
                                        granicach tych republik, czasem indywidualni ludzie tam zawędrowali i najmowali
                                        się, jako siła fizyczna do pracy. Oczywiście, nie uznawane były nigdy za
                                        obywateli. Granice musiały jednak być strzeżone na wypadek ataku ze strony
                                        Zulusów.
                                        Tymczasem Anglicy rozpoczęli silną ekspansję na wschód. Założyli nową prowincję
                                        Natal, z miastem Durban i ciągle wojowali z wojownikami zuluskimi. Zulusi byli
                                        w tym czasie dowodzeni przez okrutnego i brutalnego króla Dingaana, który
                                        został królem Zulusów po zamordowaniu swojego brata Czaki. Czaka był też
                                        okrutny, czerpał radość ze słuchania jęków ludzi (własnych) zrzucanych ze skały
                                        do wody w oceanie, gdzie było pełno rekinów. Dingaan, z którym angielskie
                                        władze musiały się liczyć, zaprosił białych na rokowania, ale kiedy przybyli i
                                        usiedli, wykrzyknął do swoich wojowników, by „zabić białych czarowników”.
                                        Miało to miejsce 16 grudnia 1838 roku. Dingaan w końcu uciekł tam, gdzie
                                        obecnie jest Swaziland i sam zginął zamordowany przez kogoś innego z rodziny.
                                        Coś podobnie, jak na dworze carskim. Tak wiec, stosunki władz angielskich z
                                        Zulusami były dalekie od dobrych i dochodziło do wielu bitew, w których obydwie
                                        strony wykazywały się niesłychaną odwagą. Wiadomo jednak, z Anglicy ze swoją
                                        przewagą technologiczną doprowadzili do opanowania całego terytorium. Do
                                        republik burskich nie wtrącali się i przez szereg lat nawet się nimi nie
                                        interesowali. Aż nie nastąpił przypadek zmieniający bieg historii. W roku 1886,
                                        Australijczyk, George Harrison, natknął się na złoto osadzone na stokach
                                        Grzbietu Białej Wody (Witwatersrand) w pobliżu wioski Johannesburg. George
                                        Harrison nie widział jeszcze, że stoi na najbogatszej żyle złota na świecie.
                                        Wędrowny żydowski kupiec doniósł o tym wydarzeniu Anglikom (ci Żydzi zawsze
                                        musieli namieszać!) i natychmiast rozpoczęła się gorączka złota. Do Transwalu z
                                        dnia na dzień zjechały się tysiące ludzi z całego świata, w pogoni za szybkim
                                        wzbogaceniem się. Z wioski, Johannesburg stał się miastem, naprędce budowanym,
                                        dlatego z wąskimi ulicami i niezbyt pięknym. Kopalnie złota rozrastały się,
                                        prosperowały i Transwal robił się sławny na świecie. Jakkolwiek oficjalnie
                                        używany był język holenderski, ulice i place przed kopalniami rozbrzmiewały
                                        teraz wieloma językami, a głównie angielskim.
                                        No i można było się spodziewać, ze Anglicy też zainteresują się takim kąskiem.
                                        Nie trzeba było długo czekać. Zaproponowali wodzom republiki, że królowa
                                        Wiktoria przyjmie ich pod swój protektorat i ochroni przed ewentualnymi
                                        napadami ze strony Zulusów. Przywódcy burscy odpowiedzieli wyraźnie i
                                        niedwuznacznie: „Nie!” Ale Anglicy chcieli ich koniecznie uszczęśliwić na siłę.
                                        Ściągnęli duże posiłki wojska ze swoich innych kolonii i z kraju rodzinnego i
                                        po prostu napadli na Burów. Stoczono dwie wojny burskie. Ale to już w
                                        następnym odcinku..
                                        • ijaw Podoba się 18.12.04, 23:27
                                          Może napisz jakąś książkę? Zastanów się. IV część się podoba, dawaj dalej:)
                                          • czarek1 Re: Podoba się 18.12.04, 23:34
                                            Dziekuje, bo kazdemu, kto pisze zawsze milo, gdy jest odzew od Czytelnika.
                                            • czarek1 Czarek pisze o Afryce - cz. V 19.12.04, 23:52
                                              Trochę to nie po kolei relacjonowałem, ponieważ pierwsza wojna burska stoczona
                                              była już wcześniej, czyli w latach 1877 – 1881, kiedy brytyjski gubernator
                                              Shepstone zaanektował Transwal w imieniu korony brytyjskiej. Burowie
                                              odpowiedzieli buntem. Była to pierwsza w nowoczesnej historii wojna
                                              partyzancka. Żołnierze JKM ginęli, jak kaczki. Burowie, ubrani w drelichy i
                                              zieleń wtapiającą się w krajobraz strzelali do Anglików, ubranych jeszcze w swe
                                              tradycyjne jaskrawo czerwone mundury, kontrastujące ze wszystkim, czego można
                                              się spodziewać w Afryce. I nie pomogła olbrzymia przewaga techniczna i
                                              ekonomiczna potęgi brytyjskiej. W 1881 Wielka Brytania, po strasznej klęsce
                                              militarnej w bitwie na wzgórzu Majuba (granica pomiędzy Transwalem i Natalem)
                                              zgodziła się na autonomię republiki burskiej. W protokole umowy pokojowej była
                                              klauzula o nadzorze brytyjskim, ale nadzór ten pozostał czysto teoretyczny.
                                              Była to pierwsza wielka wygrana partyzantów nad wojskami regularnymi. Druga
                                              wojna wybuchła tak, jak już wcześniej napisałem, na skutek odkrycia pokładów
                                              złota. Gdy złoto zostało odkryte, wielu ludzi wyrażało swą radość.
                                              Dalekowzroczny prezydent Transwalu, powszechnie szanowany Paul Kruger (od jego
                                              nazwiska nazwany jest park narodowy oraz słynne Krugerrandy – złote monety)
                                              przestrzegł, że to złoto może kosztować jeszcze wiele łez.
                                              Napisałem też, że do Transwalu ściągali w wielkich liczbach poszukiwacze złota,
                                              głównie z Kolonii Przylądkowej. Wkrótce ich liczba przekroczyła liczbę Burow -
                                              mieszkańców republiki. Cudzoziemcy – uitlanders, jak ich nazywano – nie byli,
                                              rzecz jasna, mile widziani. Wybiegam teraz naprzód do czasów dzisiejszych –
                                              Francja – przybysze arabscy z północnej Afryki, Anglia – imigranci z Pakistanu
                                              i Afryki, Polska – Ukraińcy, Białorusini oraz uciekinierzy z Kaukazu i z Azji.
                                              Jak widać, nastroje niechęci wobec napływu obcej ludności nie są niczym nowym
                                              na tej ziemi. Anglia domagała się równych praw dla swych obywateli – stałych
                                              mieszkańców Transwalu. Proponowała protektorat brytyjski i ochronę przed
                                              Zulusami, ale Burowie nie chcieli się zgodzić. Negocjacje trwały ze zmiennym
                                              skutkiem, ale otwarta wojna wybuchła dopiero w 1899 roku. W wojnie tej Anglicy
                                              mieli już znaczna przewagę i zaczęli nosić mundury koloru khaki. Burowie
                                              stworzyli armię pospolitego ruszenia. Oczy całego świata skierowane były na
                                              Południową Afrykę, a sympatie większości były po stronie Burów, broniących swej
                                              niepodległości. W tym czasie po raz pierwszy świat usłyszał o młodziutkim,
                                              utalentowanym korespondencie wojennym, donoszącym z Południowej Afryki. Nazywał
                                              się Winston Spencer Churchill.
                                              Piszę o tym wszystkim, żeby pokazać, z historia tego kraju nie jest wyłącznie
                                              historią zmagania się białych ludzi z czarnymi, ani też wyłącznie historią
                                              ucisku rasowego. Historia ta jest, jak widać, znacznie bardziej bogata i
                                              wielowątkowa .
                                              Nie mogąc wyciągnąć partyzantów z buszu i zmusić do otwartej walki wzdłuż
                                              jakiejś linii frontu, Anglicy aresztowali masowo ludność cywilna,
                                              jako „kolaborantów”, zabierając przy okazji wszelkie zapasy żywności i inne
                                              potrzebne do życia dobra materialne. Anglicy wprowadzili jako pierwsi, nowy
                                              wynalazek nowoczesnej wojny – obozy koncentracyjne dla ludności cywilnej.
                                              Oczywiście, nie należy tych obozów porównywać z hitlerowskimi obozami zagłady,
                                              niemniej ludność cywilna ucierpiała bardzo. Przewaga brytyjska tym razem była
                                              już na tyle miażdżąca, że po trzech latach wojowania, przywódcy Burów
                                              zrozumieli, że dalszy opór niczego nie wskóra, a ucierpi na tym tylko ludność
                                              cywilna, i tak już dość udręczona. Ostatnie niedobitki wojsk burskich poddają
                                              się i wojna kończy się 31 maja 1902 roku, podpisaniem traktatu pokojowego
                                              Vereeniging. Vereeniging oznacza w języku Afrikaans „zjednoczenie” i w miejscu
                                              podpisania traktatu stanęło miasto o tej samej nazwie, nad leniwymi wodami
                                              rzeki Vaal.
                                              W myśl porozumienia prowincja Natal, oraz republiki burskie Transwal i Wolny
                                              Stan Oranje miały się zjednoczyć jako prowincje z Krainą Przylądkową, jako
                                              dominium brytyjskie, z dużym zakresem autonomii. Wszyscy mieszkańcy mieli mieć
                                              równy status obywatelski. Mowa tu, oczywiście, była wyłącznie o ludności
                                              białej, ponieważ ludność czarna uważana była jeszcze za dzikusów, w ogóle nie
                                              brana pod uwagę.
                                              W 1910 roku, w ósmą rocznicę zakończenia wojny powstała Unia Południowej
                                              Afryki, niezależne państwo, członek Brytyjskiego Imperium. Jej pierwszym
                                              premierem został Louis Botha, dawny burski generał. Unia stała się ojczyzna
                                              zarówno Burów pochodzenia holendersko-francusko-niemieckiego, jak i
                                              anglojęzycznych mieszkańców południowej Afryki. Unia miała dwie flagi – Union
                                              Jack (znana wszystkim flaga brytyjska oraz flagę złożoną z miniaturowych flag
                                              poszczególnych prowincji na białym polu pomiędzy pomarańczowym a granatowym
                                              pasem. Urzędowymi językami były Angielski i holenderski. W kilkanaście lat
                                              później uznany został oficjalnie język Afrikaans i od tej pory na znaczkach,
                                              obok South Africa, widniał napis Suid Afrika (dawniej po holendersku Zuid
                                              Afrika). Unia walczyła po stronie Ententy w pierwszej Wojnie Światowej
                                              przeciwko Imperium Niemieckiemu. Gdy w 1939 roku wybuchła II Wojna Światowa,
                                              premier Jan Smutas (też były burski generał) był jednym z pierwszych do
                                              przystąpienia do wojny przeciwko Hitlerowi.
                                              Czarni mieszkańcy Unii nie mieli praw obywatelskich, ale nie była to jakaś
                                              kwestia specjalnej doktryny. Po prostu, nie uważano czarnych ludzi za
                                              dojrzałych do obywatelstwa, ale taka była kolonialna mentalność we wszystkich
                                              terytoriach zamorskich, łącznie z perłą w koronie brytyjskiej - Indiami.
                                              Przytłaczająca większość plemion żyła jeszcze w swoich wioskach, kierowała się
                                              prymitywnymi prawami plemiennymi i była niepiśmienna. Ich życie przebiegało
                                              obok życia białych, ale nie wspólnie. Z czasem, ekonomia zmusiła czarnych
                                              mieszkańców wiosek do szukania pracy wśród białych. Dostawali, ale jasne, że tę
                                              najniżej kwalifikowaną, czyli służących.
                                              Znamienne jest, że wśród rodzin burskich były nianie i służące czarne, bardzo
                                              blisko zżyte z rodzinami, u których służyły i te nianie cierpiały razem z tymi
                                              rodzinami podczas wojny z Anglikami. Sytuacja dokładnie taka, jaka znana jest
                                              z „Przeminęło z wiatrem” w Atlancie w latach 60-tych 19 wieku. A przecież
                                              ludność biała południowych stanów walczyła przeciwko zniesieniu niewolnictwa.
                                              Wśród rodzin burskich takie nainei były zżyte, kochane, ale nie tak, by jeść
                                              przy wspólnym stole. I tak było obustronnie akceptowane przez wiele pokoleń.
                                              W Unii dopiero podczas ostatniej wojny nastąpił duży napływ ciemnoskórych ludzi
                                              do miast. W czasie wojny wielu potomków Burów, czyli Afrikanerzy nie ukrywali
                                              swoich sympatii dla Hitlera, podobnie, jak Quebecois w Kanadzie. Jednakże nie
                                              można tego bynajmniej powiedzieć o wszystkich.
                                              Po wojnie wybory po raz pierwszy wygrała partia nacjonalistyczna, dowodzona
                                              przez pastora Daniela Francois Malan’a. To ta partia podniosła doktrynę
                                              separacji rasowej i supremacji białych do „godności” polityki narodowej. Do
                                              takiego kraju przyjechałem ja.
                                              W następnym odcinku – mam nadzieję, że już ostatnim – opiszę swoje życie i
                                              spostrzeżenia na tematy rasowe, tak, jak je wówczas odbierałem. Mam nadzieję,
                                              że jeszcze nie zanudziłem. Ale kto nie chce, nie musi czytać.
                                              • xurek pisz dalej prosze 20.12.04, 11:43
                                                ja bywam tutaj nieregularnie z racji przedswiatecznego braku czasu,
                                                ale "nadrabiam zaleglosci" jak jestem. Przeczytalam wszystkie odciniki i czekam
                                                na nastepny. Bardzo ciekawe jest to, co piszesz.

                                                Xurek
                                                • ijaw Re: pisz dalej prosze 20.12.04, 14:51
                                                  Ja zaś bywam regularnie:), miło, że wpadasz Xurek, by poczytać opowieści Czarka,
                                                  tu ukłon do autora, by się nie leniwił i pracował nad dalszą częścią, i dał nam
                                                  szybko odcinek następny.
    • czarek1 Re: O pld. Afryce slow kilka - dokonczenie 23.12.04, 01:31
      W pierwszym odcinku napisałem o swoich pierwszych wrażeniach. I kilku
      refleksjach, jakie miałem na temat sytuacji rasowej w Południowej Afryce. Ale
      mieszkałem tam wiele lat i różne doświadczenia wzbogacały moja świadomość tego,
      co się wokół dzieje.
      Trzeba by, żeby obraz był pełniejszy, podać w przybliżeniu skład etniczny tego
      kraju (jak na tamte lata). Białych było około 6 milionów, co stanowiło około
      25% całej ludności. Z kolei, ci biali dzielili się na Afrykanerów (60% ludności
      białej) i anglojęzycznych (pozostałe 40%). Do tej ostatniej podgrupy należy
      zaliczyć wszystkich imigrantów, których dużo zjechało się, zwłaszcza po II
      Wojnie Światowej. Najliczniejszą grupę w całym kraju stanowili rdzenni
      Afrykanie, rożnych narodów i posługujący się różnymi językami, następnie ludzie
      mieszanej krwi i rasy, wreszcie Hindusi i Chińczycy. Obydwie ostatnie grupy
      sprowadzone zostały przed laty jako kulisi i inna tania siła fizyczna. Zostali
      na miejscu, a po nich ich potomkowie. Wiadomo, że dla Anglików ludzie z kolonii
      nie byli równouprawnieni z kolonistami, a więc Azjaci też nie mieli równego z
      białymi statusu ani normalnych praw obywatelskich, czy to w Indiach, czy w
      Chinach, gdzie z początku 20 wieku Anglia też utrzymywała swoje wojska i
      pomagała w dławieniu tzw. rewolucji bokserów. Tak więc, ludzie ci, po
      sprowadzeniu do Południowej Afryki, aczkolwiek traktowani nieco lepiej od
      rdzennych nacji afrykańskich, niemniej nie dostąpiły „zaszczytu” życia na równi
      z białymi panami. Ale trzeba tu wyjaśnić, że taka sytuacja panowała i w innych
      krajach kolonialnych, czy post-kolonialnych (Unia Południowej Afryki już
      kolonią w tym czasie formalnie nie była) w reszcie świata. Ludzie czarni nie
      mieli nic do powiedzenia we własnych sprawach, niezależnie od tego, czy byli
      rządzeni przez Anglików, Niemców (do I Wojny Światowej Imperium Niemieckie
      miało swoje kolonie w Afryce), Francuzów, czy Belgów. Portugalia uznawała
      Angolę i Mozambik za „zamorskie terytoria” i dawała rdzennym tubylcom
      przynajmniej teoretycznie status obywatelski. Takie były czasy i wydawało się
      na całym świecie, że taki ma być naturalny porządek rzeczy. Z początku też
      rdzenna ludność była prawie w ogóle niewykształcona, żyła w prymitywnych
      wioskach, była nawet całkiem nieświadoma swojej nierówności politycznej.
      Rządziła się w swoich wioskach według własnych obyczajów plemiennych. Dopiero
      wraz z migracją czarnej ludności do miast w poszukiwaniu pracy i z początkiem
      ich edukacji zaczęła u niej kiełkować świadomość, że coś jest w tym układzie
      społecznym nie tak, jak powinno. Zaczęli ludzie ci widzieć monstrualne
      dysproporcje bogactwa, poziom życia, samochody, domy. Ale zaczęli też doceniać
      przedsiębiorczość białego człowieka, który te domy budował, fabryki rozwijał,
      szkoły zakładał i potrafił robić tysiące rzeczy, których oni sami jeszcze nie
      potrafili. A nie potrafili, bo nie mieli edukacji. Tymczasem, biały człowiek
      wzbogacał się kosztem ciężkiej, fizycznej pracy człowieka czarnego.
      Kiedy trafiłem do szkoły, z początku nawet nie zastanawiałem się nad faktem, że
      wraz ze mną chodzą wyłącznie dzieci białe? Wszystkie czyściutkie, zadbane, w
      przepisowych mundurkach. Przeważnie rodzice przywozili swoje pociechy
      samochodami do szkoły, co było całkiem inaczej, niż w Polsce. Nauczycielki i
      nauczyciele też byli biali. Nie byli to z gruntu źli ludzie. Wychowani od
      dziecka w tym, że biały jest panem, a czarny służącym, nie zastanawiali się nad
      kwestiami społecznymi, a pojęcie sprawiedliwości społecznej jeszcze się nawet
      nie zaczęło rodzić. Były to początki rządów partii nacjonalistycznej, a więc
      też początki apartheidu doktrynalnego. Po prostu, rozdział białych i reszty
      społeczeństwa był bez zastanawiania się akceptowany, jako coś naturalnego i nie
      kwestionowany. Natomiast już wkrótce zauważyłem coś, co możnaby
      nazwać „solidarnością białego człowieka”, polegającą na daleko idącej
      tolerancji etnicznej i wyznaniowej. Biała Południowa Afryka nie była już w tym
      czasie monolitem, ani etnicznym, ani językowym, ani wyznaniowym. Afrykanerzy
      mówili językiem Afrikaans, wszyscy pozostali po angielsku. Przybysze z innych
      krajów i ich potomkowie mówili po angielsku. Afrykanerzy należeli do tzw.
      holenderskiego kościoła kalwińskiego. Anglojęzyczni biali dzielili się na
      członków kościoła anglikańskiego, katolickiego i różnych kościołów tzw.
      niekonformistycznych chrześcijańskich, jak metodystów, baptystów itd., a także
      była niemała grupa ludzi wyznania mojżeszowego. Z punktu widzenia etnicznego,
      do anglojęzycznych dołączyły, zwłaszcza po wojnie grupy imigrantów z wielu
      krajów europejskich. Nie czuło się jakichkolwiek antagonizmów pomiędzy białymi
      ludźmi różnych wyznań. Raz na tydzień mieliśmy apel całej szkoły. Kiedy
      zbliżały się jakieś święta żydowskie, kierownik zwracał się do nas, mówiąc: „a
      teraz niech wszystkie dzieci nieżydowskie wstaną i złożą swoim żydowskim
      koleżankom i kolegom życzenia szczęśliwych świąt”. Po szkole, dzieci z rożnych
      domów miały odmienne zajęcia, czasami związane z tradycjami religijnymi,
      narodowymi itd., natomiast w szkole bawiły się wszystkie razem i nie czuło się
      różnic miedzy dziećmi z domów o odmiennych wyznaniach. Czuło się natomiast
      zawsze pewną niechęć anglojęzycznych do Afrykanerów i odwrotnie. W szkołach z
      językiem wykładowym angielskim uczono Afrikaans, jako drugiego języka od
      początku i odwrotnie. Języków narodów Bantu (najpopularniejsze; zuluski i
      basuto) nie uczono w żadnej białej szkole.
      Kiedy byłem już dorosły i pracowałem jako technik w instytucie przy kopalniach
      złota, złapałem trochę „Fanagalo”. Fanagalo, to zlepek różnych języków Bantu, z
      domieszkami angielskiego i Afrikaans, którym na kopalni porozumiewali się
      między sobą ludzie z różnych szczepów.
      Wśród Polaków też słyszałem często wyrażany pogląd, że „oni jeszcze z drzew nie
      poschodzili” i nie wolno dawać im żadnych praw, bo wówczas na środku Rissik
      Street (główna ulica Johannesburga) za kilka miesięcy rosłaby trawa. Jest
      rzeczą oczywistą, że przy katastrofalnym stanie edukacji, ludzi zdolnych do
      jakiejkolwiek pracy twórczej, czy organizacyjnej można wówczas było policzyć na
      palcach.
      Ludzie czarni nie mieli prawa mieszkać w dzielnicach białych, z wyjątkiem
      służących, w przybudówkach do domów białych państwa, bądź sprzątaczy mieszkań w
      wynajętych blokach mieszkaniowych. Ci mieli swoje pomieszczenia jednoizbowe na
      dachach bloków, zwykle bez okien. Wszyscy ludzie ciemnoskórzy mieli obowiązek
      nosić zawsze przy sobie książeczkę – przepustkę, którą w każdej chwili musieli
      okazać policjantowi na wezwanie. Ci, którzy pracowali nie jako służący,
      mieszkali w tzw. shanty-towns, – czyli miastach ruderach, które można tylko
      przyrównać, do faweli brazylijskich. Były to rudery sklecone z blachy falistej,
      maleńkie, biedą podszyte. Bialy człowiek też nie miał do nich wstępu bez
      zezwolenia policji. Stosunki płciowe międzyrasowe były zakazane poprzez tzw.
      Immorality Act (Ustawa o niemoralności). Nielegalne było też zawieranie
      małżeństw mieszanych. Rząd nacjonalistyczny tłumaczył, że dla dobra obydwu
      części ludności, wprowadza się, jako coś naturalnego, osobny rozwój kulturowy i
      społeczny.
      Kościół reformowany też pomagał w tworzeniu teorii oddzielnego rozwoju.
      Tłumaczył on ustęp w Biblii, w którym Noe upił się, a jego syn Cham drwił z
      ojca. I rzekł mu Pan Bóg: „Będziesz sługą swoich braci a twoje potomstwo będzie
      sługami potomstwa braci twoich”. Kościół reformowany tłumaczył, że ludzie
      czarni są Chamitami, a więc wszystko odbywa się według życzenia boskiego.
      Nie potrafię powiedzieć, jakie były oficjalne przepisy prawne dotyczące udziału
      w kościelnych nabożeństwach. W kościołach katolickich widziałem czasem kilkoro
      osób czarnych i brali udział w mszy. Nikt ich
      • ijaw Czarku!!!! 23.12.04, 12:45
        :)) Brak jednak dokończenia:), zobacz, sam. Urwane zdanie:(
        Proszę..dopisz, bo nikt za Ciebie tego nie zrobi.
        A oczywiście bardzo dziękuję za wyborne relacje.
        • czarek1 Re: Czarku!!!! 23.12.04, 12:55
          Przepraszam, nie zamierzone bylo.

          Nie potrafię powiedzieć, jakie były oficjalne przepisy prawne dotyczące udziału
          w kościelnych nabożeństwach. W kościołach katolickich widziałem czasem kilkoro
          osób czarnych i brali udział w mszy. Nikt ich nie wyganiał. Na ogół jednak
          mieli swoje kościoły. Popularny dziennik „The Star” kiedyś wydrukował kawał.
          Policjant wszedł do kościoła reformowanego i zobaczył tam czarnego mężczyznę.
          Zrugał go i wyzwał i zażądał odpowiedzi, jakim prawem on wszedł do kościoła dla
          białych. Biedny człowiek zaczął tłumaczyć się, że on tu służy pastorowi i
          sprząta i myje podłogę. Policjant w końcu puścił go. Ale dodał: „Tylko żebym
          cię nie złapał jak się modlisz”. W Cape Town przed katedrą anglikańską
          widziałem napis głoszący, że kościół ten jest otwarty dla wszystkich ludzi
          wszystkich ras o każdej porze.
          Hindusi byli traktowani nieco lepiej, ponieważ mieli prawo utrzymywać drobne
          zakłady usługowe w białej części miasta. Wielu było Hindusów – krawców. Hindusi
          w Płd. Afryce byli prawie wyłącznie muzułmanami. Prowadzić zakład, to jedno,
          ale mieszkać w białej dzielnicy, było już niemożliwe, jak również niemożliwe
          było korzystanie z tych samych pojazdów publicznych, lokali gastronomicznych,
          szkół itp. Chińczycy byli jeszcze inną grupą społeczną. Też prawa głosu nie
          mieli, ani nie wolno im było mieszkać w białych dzielnicach. Nie chodzili też
          do tych samych szkół. Mieli swoje. Ale… był jeden wyjątek. Wśród wielu szkół
          średnich w Johannesburgu, była prywatna męska szkoła katolicka braci Marianów –
          Marist Brothers, która przyjmowała Chińczyków. Nosili oni mundury szkolne i
          brali udział w lekcjach na równi z kolegami białymi.
          Nie muszę dodawać, że nie było żadnego sportu mieszanego, ani wspólnych
          stadionów, basenów, bieżni, itp.
          Jak już napisałem, większości ludzi, z którymi miałem do czynienia, wydawało
          się to wszystko całkiem naturalne i nie widzieli oni niesprawiedliwości wokół
          siebie.
          Kiedyś, pamiętam, bawiłem się w pewnym majątku, do którego pojechaliśmy na
          ferie, z dwoma chłopcami, którzy mieli nieco ciemniejszy odcień skory,
          jakkolwiek uchodzili tam za białych. Jednego dnia znajoma powiedział mojej
          matce, żeby mi zwróciła uwagę, żebym się z nimi nie bawił, bo ludzie szepczą,
          że to chyba kolorowi. Ja nie usłuchałem, bo już wówczas nie przemawiały do mnie
          argumenty rasistowskie. Ale jeden z tych chłopców, prawdopodobnie wyczuwając,
          że ja nie jestem rasistą zagadnął mnie razu jednego, mówiąc dość oględnie, ze
          przecież kolorowi „to też ludzie i jemu nie przeszkadzają”. Był nieostrożny, bo
          mógł trafić na kogoś innego. Oczywiście, przytaknąłem mu zgodnie z
          przekonaniem, ale nie zapytałem o niego samego. Innym razem, kiedy już byłem na
          uniwersytecie, kolega – Polak kiedyś wziął mnie na stronę i zaczął klarować, że
          ludzie widzą, że ja się zadaję z czarnymi i już o mnie mówią „kafferboetie”. To
          słowo z języka Afrikaans wymawiane „kaferbuti” oznacza tyle, co „braciszek
          czarnucha” – pogardliwa nazwa dla liberałów nie uznających rasizmu. A chodziło
          o to, że uniwersytet Witwatersrand w Johannesburgu już wówczas przyjmował
          wszystkich, bez względu na rasę na studia i na wykładach siedzieli wszyscy
          razem, co władze łaskawie tolerowały. Akademiki i urządzenia sportowe były
          oddzielne, bo „prawo” inaczej nie pozwalało. Wówczas to rząd ogłosił zamiar
          stworzenia osobnych uniwersytetów dla każdego plemienia i zabrania czarnych
          studentów z tego uniwersytetu. Nastąpiła seria demonstracji przeciwko temu, w
          których ja brałem udział. Zobaczyła mnie w jednej z tych demonstracji z okna
          autobusu moja była ukochana nauczycielka, która przyjaźniła się z moją matką i
          ze mną przez wiele lat. Przy najbliższej okazji obrugała mnie, że tak nie
          postępuje Południowo -Afrykańczyk. Tak skończyła się nasza przyjaźń i nawet
          znajomość.
          Czarni ludzie ze swojego miasteczka ruder zwanego Alexandra Township dojeżdżali
          do pracy do białego miasta specjalnymi autobusami linii PUTCO (Public Utility
          Transport Corporation). Kiedyś PUTCO podniosło ceny biletów i ludność czarna
          odpowiedziała bojkotem, który trwał przez szereg tygodni. Rzesze ludzi szły
          kilkanaście kilometrów w jedną stronę i ten sam dystans z powrotem, autobusy
          stały puste. W tym czasie już wielu białych pomagało, podwożąc maszerujących
          swoimi samochodami. Ja w tym czasie w miałem motocykl i raz akurat jechałem tą
          trasą. Zaproponowałem młodej czarnej studentce, żeby wskoczyła na siodełko za
          mną i podwiozłem prawie na miejsce. Prawie, bowiem dalej już nie wolno mi było.
          Policja nie interweniowała, kiedy pomagało się w tamtym czasie.
          Moja matka uczyła łaciny prywatnie i kiedyś zgłosił się do niej pewien młody,
          elegancki i wykształcony człowiek kolorowy. Zaczął przychodzić na lekcje do
          naszego mieszkania. Mieszkaliśmy w pensjonacie i widać było, kto wchodzi. Po
          jakimś czasie właścicielka grzecznie, ale stanowczo powiedziała mojej mamie, że
          nie życzy sobie wizyt tego człowieka.
          Po raz pierwszy sumieniami białych ruszyła książka znanego wówczas autora Alana
          Patona „Cry the beloved country”, (Płacz, ukochany kraju) przetłumaczona na
          wiele języków, a traktująca o stosunkach społecznych w warunkach apartheidu.
          Książka została sfilmowana, a jedną z głównych ról zagrał młodziutki wówczas
          hollywoodzki aktor Sidney Poitier. Myśmy się przyjaźnili z synową Alana, Nancy
          Paton, żoną Davida. syna autora. Nancy nam opowiadała różne rzeczy o których
          nie mieliśmy pojęcia, np. jak uciskani są ludzie i więzieni za przejawy
          przeciwstawiania się. Ale wówczas były to początki. Ruch wyzwoleńczy zaczął
          przybierać na sile na dwa lata przed moim powrotem do Polski. Na rok przez
          wyjazdem już byłem świadkiem demonstracji i zamieszek w Johannesburgu, po
          aresztowaniu chyba 90 działaczy wolnościowych pod zarzutem zdrady stanu. Już po
          dniu, czy dwóch do aresztowanych dołączono adwokata, który ich bronił.
          Zamieszki z biciem pałami widziałem na własne oczy.
          Już po moim wyjeździe, po odłączeniu się od Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i
          proklamowaniu Republiki zaczęły się słynne krwawe starcia w Sharpeville, ale ja
          już byłem wówczas w Polsce. O tym, co działo się później wiem tyle samo, co i
          inni z doniesień, wiec o tym nie piszę.
          Refleksje: czarny człowiek był uciskany i traktowany jak bydło. Nie miał
          żadnych praw obywatelskich, nie miał szans w sporze z białym. Z drugiej strony,
          biali byli od dziecka wychowywani w przeświadczeniu, że czarni mieszkańcy
          Afryki są wszyscy prymitywni i głupi i że nie można pozwolić im na nic oprócz
          traktowania po ludzku, jak dobrych służących. Jeśli ktoś jest od urodzenia
          wychowywany w jakimś duchu, trudno mu się dziwić, że do innego myślenia może
          dochodzić tylko poprzez czytanie, podróże, gdzie widzi, że gdzieś indziej może
          być inaczej, bądź poprzez obserwacje i samodzielny proces myślowy. Nie każdy
          biały Południowo - Afrykańczyk była rasistą z przekonania. Większość była
          rasistami z wychowania i po prostu wierzyła, że to, co się dzieje jest słuszne.
          Wielu pomału zaczynało widzieć, że coś tu jest nie tak, jak być powinno. Wiele
          dobrego robił w tym kierunku uniwersytet w Johannesburgu. Ale ile ludzi
          studiuje na uniwersytecie? Droga do zrozumienia była jeszcze bardzo daleka, a
          najgorsze miało się dopiero zacząć. W ostatnim roku mojego pobytu zapisałem się
          do Liberal Party o South Africa, która w swoim logo miała czarną i białą dłoń w
          uścisku. Jedyna partia, która się przeciwstawiała apartheidowi i jedyna partia,
          do jakiej w życiu należałem.
          Myśląc o Południowej Afryce, która była mi domem przez 10 lat, nie zapominam
          nigdy, że lotnicy z tego kraju ginęli nad Polską, niosąc pomoc dla Powstania
          Warszawskiego. Że wielu żołnierzy przyczyniło się walnie do zwycięstwa pod El
          Alamein. Że wielu z nich było ludźmi k
          • czarek1 Re: Czarku!!!! 23.12.04, 12:57
            Myśląc o Południowej Afryce, która była mi domem przez 10 lat, nie zapominam
            nigdy, że lotnicy z tego kraju ginęli nad Polską, niosąc pomoc dla Powstania
            Warszawskiego. Że wielu żołnierzy przyczyniło się walnie do zwycięstwa pod El
            Alamein. Że wielu z nich było ludźmi kulturalnymi, miłymi i uczciwymi. Tylko w
            sprawach rasy mieli poglądy wpojone im od dziecka. Nie traktowali ludzi
            czarnych brutalnie, ani niegrzecznie, ale po prostu z nimi się nie mieszali, bo
            nie przyszlo im do głowy, że coś takiego jest możliwe.
            Konczę tym, czym zacząłem. Mam wielki szacunek do Nelsona Mandeli za to, że po
            odzyskaniu należnych praw przez czarną ludność, nie dopuścił do zemsty na
            białych, na co z pewnością wielu miało ochotę i trudno byłoby im się dziwić.


            KONIEC
            • ijaw Re: Czarku!!!! 23.12.04, 13:23

              "Mam wielki szacunek do Nelsona Mandeli za to, że po
              odzyskaniu należnych praw przez czarną ludność, nie dopuścił do zemsty na
              białych(..)"

              Także bardzo szanuję Nelsona Mandelę i wszystkich, którzy czynią podobnie.

              Tym razem to koniec serialu Czarka o Afryce Płd. ale wierzę, że jeszcze nie raz
              go tutaj "usłyszymy".
              • jofin Do Czarka 28.12.04, 18:53
                Czarku,
                dziekuje Tobie za to, ze sie podzieliles z nami swoimi wspomnieniami. Twoje
                wypowiedzi sklonily mnie troche do myslenia o tych w sumie niedawnych nam
                czasach ostrej dyskryminacji czarnych ludzi w roznych miejscach na swiecie.
                Mam jednak pytanie.

                Dlaczego usprawiedliwiasz bialych?
                • czarek1 Re: Do Czarka 28.12.04, 19:34
                  Ja nie usprawiedliwiam ani bialych, ani rasizmu, ani tego, co tam sie dzialo.
                  Probuje tylko wykazac, ze ludzie sa bardziej zlozeni, niz nam sie wydaje. Ze
                  pomiedzy czernia a biela charakterow jest nieskonczenie wiele odcieni. Kiedys
                  czytalem, ze jest jakies stare porzekadlo japonskie, wg ktorego w kazdym, nawet
                  zlym czlowieku jest zawsze jakies ziarnko dobrego.
                  W przypadku Pld. Afryki chcialem wykazac dwa zasadnicze fakty:

                  1 - Biali mieszkancy Pld. Afryki byli autentycznie u siebie od stuleci, nie
                  zabrali tej ziemi narodom Bantu, bo nie byla ona zasiedlona, kiedy ja objeli w
                  posiadanie. Plemiona Bantu przywedrowaly z polnocnego wschodu mniej wiecej w
                  tym samym czasie. Burowie musieli sie o te ziemie bic z Anglikami. Takze ci
                  pochodzenia angielskiego juz nie byli Anglikami z domami w starym kraju, tylko
                  bialymi Pld. Afrykanczykami.
                  2 - Ci ludzie wychowywani byli od kilku pokolen w przeswiadczeniu, ze czlowiek
                  czarny jest jeszcze dziki, nizszej inteligencji, na nizszym stopniu rozwoju,
                  nie mozna go traktowac na rowni z bialym. Wiemy, ze to jest nonsens i
                  dyskryminacja, ale ktory z nich to wiedzial? Nie kazdy z nich byl politykiem
                  wyznaczajacym kurs ucisku ludzi czarnych. Chodzi mi o to, ze jesli urodzisz sie
                  w jakies rodzinie i jestes wychowywana w pewnym duchu, to do prawd glebszych
                  musisz dojsc sama, poprzez proces myslenia, badz doswiadczenie. Ci ludzie nie
                  mieli zadnych zamiarow wyniszzcyc fizycznie ludzi czarnych, jak Hitler Zydow.
                  Po prostu, wydawalo im sie naturalne, ze te dwie rasy maja zyc obok siebie, ale
                  oddzielnie.Dlatego, dostrzegajac w pelni zlo spoleczne, widze, ze ci biali
                  ludzie tak wychowani, nie byli zawsze z gruntu zli. Wielu budzilo sie i
                  zaczynalo dostrzegac niesprawiedliwosc. To wymagalo i czasu i splotu
                  sprzyjajacych okolicznosci. Spedzilem tam 10 lat i musialbym wiekszosc ludzi,
                  ktorzy w stosunku do mnie byli dobrzy, pomocni, calkowiecie potepic, jako
                  zajadlych rasistow. W rzeczywistosci, wiekszosc z nich w ogole nie poswiecala
                  tej sprawie mysli. Po prostu przyjmowala, ze tak jest, to pewnie tak ma byc.
                  Albo w ogole nei zastanawiala sie. Jeszcze dodam, ze kiedys w klasie jez.
                  Afrikaans, po nauce z czytanki o pewnym urwisie, ktory staremu czarnemu
                  czlowiekowi zrobil kawal, a ten trzasl sie ze zdenerwowania, moi niektorzy
                  koledzy glosno powiedzieli po lekcji, ze ten chlopiec z czytanki byl okrutny.
                  Tak wiec, oni tez mieli ludzkie odruchy.Ja NIE usprawiedliwiam ani apartheidu,
                  ani jakiegokolwiek rasimu. Ja tylko tluamzce, ze tak ludzie byli wychowani od
                  kolyski. Chwala tym, ktorzy wczesnie zaczeli dostrzegac, ze "cos tu nie gra".
                  Jofin, jestes za mloda, zeby pameitac, ale znasz z opisow. Podczas okupacji
                  Zydzi byli zwierzyna lowna. Byli tacy, co pomagali bohatersko. Ale byla
                  wiekszosc, ktora nei robila nic, z roznych powodow. Albo byla sparalizowana
                  strachem, albo, po prostu nei zastanawiala sie, albo byla wychowna w
                  pzreswiadczeniu, ze Zydzi, to wrogowie Polski, inie donisla na nich, ale tez
                  nic nei robial zeby pomoc. Czy wsztscy ci ludzie, ktorzy nei zrobili nic
                  zasluguja na potepienie i miano rasistow? Bi ja mysle, ze nie wszyscy.

                  Mam nadzieje, ze wyjasnilem Ci swoj stosunek emocjonalny do sprawy i pozdrawiam
                  serdecznie.
                  • jofin Re: Do Czarka 29.12.04, 02:26
                    Zgadzam sie z Toba, ze procesy historyczno-spoleczne sa bardzo zlozone i
                    skomplikowane i wnikniecie w ich przyczyny i uwarunkowania jest bardzo trudne i
                    nie zawsze mozliwe.
                    Rozumiem Twoje uzasadnienia, bo Ty obracales sie wsrod tych ludzi, byles przez
                    nich wychowywany i wcale nie oczekuje od Ciebie potepienia tych
                    ludzi.Przyznanie, ze ktos zle robil, nie oznacza potepienia. Usprawiedliwianie
                    zla jednak jest przyznaniem racji istniejacemu systemowi.

                    Bo tak samo mozemy szukac usprawiedliwienia hitlerowcow, ktorzy tez byli
                    wychowywani i nauczani w okreslony sposob odbierajacy czlowieczenstwo pewnej
                    grupie ludzi. Zreszta, jak zapewne wiesz jest to staly zabieg stosowany przez
                    rozne systemy totalitarne.

                    Tym bardziej, ze z tego, co mi wiadomo, to nie bylo tylko, tak jak piszesz
                    zycie dwoch ras czarnej i bialej obok siebie. Bylo tak, ze jedna grupa miala
                    prawa, jedna ich wcale nie miala. Sposoby i warunki zycia obu tyh grup - chyba
                    trudno je porownywac ze soba. A niedostrzegania tych roznic i tych problemow
                    wg ,mnie nie bylo podyktowane samym tylko wychowaniem, ale rowniez zwykla
                    wygoda. Zreszta tak jak piszesz system byl tak zorganizowany, aby obie te grupy
                    raczej nie stykaly sie ze soba. Taka organizacja zycia spolecznego bylo rowniez
                    wg mnie celowo pomyslana.

                    A co do natury ludzkiej, jaka jest, tyle roznych sporow filozoficznych sie o
                    nia toczy i toczylo, ze ja niekoniecznie musze byc wyznawca tezy japonskiej o
                    odrobince dobra w kazdym czlowieku. Choc potencjal dobra moze istniec.

                    Pozdrawiam

                    Jofin
                    • czarek1 Re: Do Czarka 29.12.04, 04:17
                      Jofin, bardzo sie ciesze, ze dyskutujesz, poniewaz oznacza to, ze Cie moja
                      pisanina n/t Afryki zainteresowala, a to mile sercu memu:))
                      Wydaje mi sie, ze niezupelnie dokladnie przeczytalas wszystko. Ja bardzo
                      wyraznie potepiam system rasistowski w UPA (Unii Pld. Afryki) i pozniej w RPA.
                      Potepiam wszystkich ideologow, ktorzy ten system wymyslili i wprowadzili.
                      Potepiam tez wszystkie rzady kolonialne, ktore w swoich koloniach traktowaly
                      ludzi w Afryce, w Azji i w Poludniowej Ameryce, jak podludzi, jak de facto
                      niewolnikow. Ale tak bylo od stuleci. Tak zachowywali sie hiszpancy
                      konkwistadorzy w Ameryce, tak zachowywali sie Anglicy wszedzie, lacznie z
                      Indiami, tak zachowywali sie Amerykanie w stosunku do niewolnikow. Ludzie
                      wyrastali w przyzwyczajeniu,ze taka jest naturalna kolej rzeczy. I ja tylko w
                      tym wzgledzie ich nie potepiam. Wszedzie w ktoryms momencie ktos sie obudzil i
                      zaczal widzdiec, ze tak nie powinno byc. Czesto wymagalo to wielkiej odwagi,
                      zeby to glosno powiedziec. Czasami trzeba bylo takich bohaterow pokojowych, jak
                      Mahatma Ghandi,zeby zakonczyc kolonizacje brytyjska w Indiach. W Afryce
                      Poludniowej tez byli ludzie, ktorzy zaczynali widziec niesprawiedliwosc. Gdzies
                      tam w tekscie napisalem,ze zapisalem sie do Partii Liberalnej, ktora miala za
                      cel walke z apartheidem. Swiadczy to o tym, ze bylo takich ludzi wiecej, juz
                      wowczas barzdo duzo. Ale narastal terror ze strony wladz, ktory wzmogl sie juz
                      po moim wyjezdzie stamtad.

                      Napislas:
                      >Tym bardziej, ze z tego, co mi wiadomo, to nie bylo tylko, tak jak piszesz
                      > zycie dwoch ras czarnej i bialej obok siebie. Bylo tak, ze jedna grupa miala
                      > prawa, jedna ich wcale nie miala.

                      Przeciez ja juz chyba wyrazniej nie moglem napisac, ze jedna grupa byla
                      pozbawiona wszelkich praw, nawet chyba uzylem tych slow.
                      Oczywiscie, ze taki stan rzeczy mogl powstac w systemie totalitarnym, ale
                      okazuje sie, ze nie tylko poniewaz w Pld. Afryce do konca nie usunieto
                      parlamentarnej opozycji, oczywiscie tylko opozycji dla ludzi bialych. I ta
                      opozycja (oczywiscie nie cala, bo byly w niej rozne partie)glosno mowila o
                      swoim potepieniu dla apartheidu.

                      Przecietny czlowiek jasne, ze musial widziec te roznice w poziomie zycia. Dla
                      jednych bylo to oczywiste, poniewaz nie mieli nic poza pogarda dla ludzi
                      czarnych, dla innych byla to wygoda, jak piszesz, jeszce inni mogli uwazac, ze
                      ludziom czarnnym wystarczy to, co maja i nie potrzeba im nic wiecej. Nie wiem,
                      nie potrafie za innych mowic, co mysleli. Moge tylko powiedziec, ze z czasem
                      coraz wiecej ludzi zaczelo zdawac sobie sprawe z tego, ze jest gleboka
                      spoleczna niesprawiedliwosc i zaczal sie ruch przeciwko temu. Na czele, w
                      awangardzie, jak zwykle stanela mlodziez.

                      Ja nie usiluje nawet usprawiedliwiac hitlerowcow, z ich wyrafinowanym
                      okrucienstwem, sadyzmem, morderstwami, Jednak nie mozna stawiac pelnego znaku
                      rownosci pomiedzy nimi a nawet nacjonalistami z RPA. Obozow smierci nie bylo,
                      nie mordowano czlowieka tylko z tego powodu,ze byl czarnoskory. Bito, znecano
                      sie i mordowano przywodcow opozycji, jak Steve Biko, bo chciano ludzi pozbawic
                      ich przywodcow. Co nie znaczy, ze ja chce wybielac rasistow z RPA. Ja tylko
                      chce powiedziec,ze sa chyba jakies gradacje okrucienstwa, sadyzmu itp i ze oni
                      jeszce nie osiagneli takich szczytow zla, jak hitlerowcy.

                      Napisalas:
                      >co do natury ludzkiej, jaka jest, tyle roznych sporow filozoficznych sie o
                      > nia toczy i toczylo, ze ja niekoniecznie musze byc wyznawca tezy japonskiej o
                      > odrobince dobra w kazdym czlowieku. Choc potencjal dobra moze istniec.

                      Ja tez nie uwazam, zeby absolutnie kazdy czlowiek mial w sobie cos dobrego, bo
                      musialbym tak samo patrzec chociazby na Hitlera. Przytoczylem to, co kiedys
                      przeczytalem, to nie moje powiedzenie, tylko jakiegos medrca wschodniego. ja
                      tylko chcialem powiedziec, ze ci ludzie, ktorzy zyli w Pld. Afryce w moich
                      czasach, ktorzy nie robili nic, zeby zmienic system, milczaco sie z nim nie
                      tyle godzili, co akceptowali bez zastanawiania sie, nie byli sadystami, ani z
                      gruntu zli., Im trzeba bylo pewne rzeczy wskazac, oczy otworzyc, uswiadomic.
                      Wielu powoli dojrzewalo.
                      Mam nadzieje,ze te odpowiedzi Cie zadowola. Pozdrawiam
                      • jofin Re: Do Czarka 30.12.04, 13:13
                        Dzieki Czarku za wyczerpujaca odpowiedz. Bo wlasnie tego w Twoich
                        wczesniejszych wypowiedziach mi troche brakowalo, szczegolnie w ostatniej
                        czesci na temat RPA, gdzie za duzo probowales ludzi usprawiedliwic, a za malo
                        wyraznie potepiales system. Takie bylo moje odczucie po przeczytaniu.

                        Dlaczego sie dziwisz, ze caly watek na temat RPA przeczytalam?
                        1. Nie mam zaciecia do studiowania ksiazek historycznych, czego zaluje, ale
                        niestety nie wciagaja mnie one
                        2. Nie jestem osoba walczaca z rasizmem, wiec rozne fakty historyczne dot. i
                        walki z rasizmem i samego rasizmu sa mi znane dosc pobieznie.
                        3. Duzo latwiej jest mi przeczytac wspomnienia osoby, ktora uczestniczyla w
                        tamtejszym zyciu, widziala swoimi oczami. Latwiej jest mi sie z nia
                        identyfikowac, czoc niekoniecznie zgadzac.
                        4.Twoje relacje i wypowiedzi sklonily mnie do tego, ze w czasie swiat
                        poszperalam w swoich zasobach bibliotecznych i videotece i znalazlam pare
                        ciekawych dotykajacych problemu rasizmu. Jeden film o Malcolmie X nawet
                        obejrzalam a w planach mam obejrzenia nastepnych.

                        Poszerzenie wlasnej wiedzy nigdy nikomu chyba nie zaszkodzilo.

                        Pozdrawiam serdecznie

                        Jofin
                        • czarek1 Re: Do Czarka 30.12.04, 15:28
                          Jofin, ja sie nie dziwie, tylko wyrazam swoje zadowolenie, ze przeczytalas caly
                          watek. O RPA napisalem istotnie bardzo malo, bo - jak zaznaczylem na wstepie -
                          ja zylem w czaach przed ogloszeniem Republiki, czyli w Unii Pld. Afryki, a te
                          najstraszneijsze zreczy dzialy sie juz po moim stamtad wyjezdzie i moj opis ich
                          bylby wart tyle, co kazdego innego czlowieka, ktory tam nei byl i opisuje to,
                          co przeczytal.
                          Jeszcze raz chce podkreslic, ze ja nie potepiam kazdego bialego,
                          Pld.Afrykanzcyka za nie walczenie z rasizmem, bo oni sie wychowali w poczuciu,
                          ze separacja ras jest czyms naturalnym i niczego innego nie znali. Wielu
                          docodzilo do prawdy roznym drogami. Potepiam calkowiecie tych, ktorzy AKTYWNIE
                          dzialali na szkode ludzi czarnych, uzcesticzyli w aparacie policyjnym,
                          sadowniczym i w represjach. Potepiam caly chory system. Staram sie rozumiec
                          indywidualnych ludzi, ktorzy tam sie urodzili i wychowali.
                          • jofin O Poldniowej Afryce raz jeszcze 31.12.04, 16:40
                            Czarku, tak sobie rozmyslalam i stwierdzilam, ze nie dokonczyles jeszcze tego
                            tematu. Nie wszyscy z nas interesuja sie polityka tym bardziej tak daleka jak w
                            RPA. NIe wszyscy z nas maj mozliwosc wyjazdu czy tez sledzenia wydarzen w RPA.
                            Przypuszczam, ze Ty, poniewaz tam mieszkales, moze masz tam jeszcze przyjaciol,
                            znajomych, moglbys nam napisac, jak obecnie wyglada tam zycie. CZy bardzo sie
                            ono rozni od tego , ktore opisywales nam w swoich wczesniejszych odcinkach.
                            Szczegolnie nie daje mi spokoju jeden problem. Wczesniej wszystkie posiadlosci,
                            bogactwa byly w rekach bialych. Jak obecnie wyglada zycie czarnych. Jak
                            wygladaja szkoly, miejsca publiczne.
                            Ciekawi mnie wlasnie taka relacja osoby zaangazowanej emocjonalnie. Jezeli wiec
                            masz czas i ochote, to napisz nam co nie co.
                            • czarek1 Re: O Poldniowej Afryce raz jeszcze 31.12.04, 17:40
                              Ochota i czas w tym przypadku nie wystarcza, gdy brak wiadomosci. Nie ma
                              kontaktu zadnego z nikim, wiadomosci mam z gazet. Kiedys natrafilem na strone
                              internetowa mojej dawnej szkoly Parktown Boys' High School. Widze, ze jest
                              teraz wielorasowa. Nicz poza tym nei wiem. szkoda.

                              Jeszcze raz Do siego roku!!!
                              • jofin Re: O Poldniowej Afryce raz jeszcze 31.12.04, 17:52
                                To rzeczywiscie wielka szkoda

                                Jofin
                                • jofin Poludniowa Afryka obecnie 25.04.05, 15:01
                                  Wprawdzie o Poludniowej Afryce rozmawialismy dawno. Nie wszyscy obecni na forum
                                  mieli okaje przeczytac ciekawe wspomnienia Czarka, a uwazam ,ze warto. Zadalam
                                  mu wtedy pytanie, jak obecnie wyglada sytacja w Poludniowej Afryce , na co
                                  Czarek nie umial mi udzielic odpowiedzi. Ostatnio natknelam sie na artykul,
                                  ktory jest dokladnie odpowiedzia na moje pytanie. Zamieszczam go tutaj.

                                  www.time.com/time/europe/html/050425/story.html
                                  • dachs Re: Poludniowa Afryka obecnie 28.04.05, 16:34
                                    Dobrze, ze to podciagnelas. Nawet nie widzialem, ze byl taki ciekawy watek.
                                    Opowiesc Czarka jest fascynujaca i - co mnie jezcze bardziej cieszy - zgodna z
                                    tym jak sobie Pld. Afryke wyobrazalem.
                                    Tez nie moglem sobie tych ludzi wyobrazic jako zadnych krwi rasistow jak ich
                                    przedstawiala prasa komunistyczna.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka