Dodaj do ulubionych

Moje poglądy

04.01.06, 04:19
Zostałem niejako zmuszony, aby przedstawić swoje poglądy na pewne sprawy, aby
było to jasne. Miałe probę tłumaczenia mi, potrzeby i celowości parad
homoseksualnych, że to normalne, dopuszczalne itd. Jestem tylko za (rozumiem
to nieszczęście) jakimś prawnym uregulowaniem polegającym na wspólnocie
majątkowej i pewnych prawach odnośnie wzajemnych odniesień, typu informacji w
szpitalu, ubezpieczenia, może nawet renty itd. Żadnych natomiast ślubów,
żadnych brania dzieci na wychowanie, żadnego obnoszenia się publicznego z tą
przypadłością. Mnie nie obchodzi co robią w swoim mieszkaniu, ale nie chcę
widzieć tego na ulicy i w miejscach publicznych. W pracy, nie przeszkadza mi
to, jeśli się "nie zaleca" i nie okazuje tego do normalnych ludzi. Mogą mieć
swoje kluby, restauracje, zrzeszenia, imprezy, co chcą, ale tylko do swojego
grona, bez reklamowania i obonoszenia się publicznego z tym. Niech pikietują
Sejm, niech piszą petycje itd. ale w sposób jak najmniej widoczny.
Trochę to dziwne, bo byłem kiedyś sportowcem, byłem na różnych zgrupowaniach
itd. gdzie jest duża zbiorowość mężczyzn i nigdy nie spotkałem nikogo
takiego, nawet ze słyszenia. Służyłem 3 lata w Marynarce Wojennej i też nie
słyszałem o takim przypadku, a tu nagle obecnie takie ilości, skąd się to
wzięło? W swoim całym życiu, jak do tej pory, miałem tylko 3 krotne niejako
"spotkanie" z czymś takim. Dwa razy jak jeszcze byłem w wojsku i podróżowałem
w mundurze na trasie Warszawa-Gdynia. Pierwszy raz to jakiś młody kleryk,
może nawet mój rówieśnik, przypadkowa rozmowa w wagonie podczas jazdy, on
coraz mnie bliżej, ja go odsuwam, on znowu bliżej, znowu go odsuwam, on znowu
bliżej - "EEE! chcesz przed czasem wysiąść?, to zaraz ci to załatwie!!!"
Natychmiast odszedł i zniknął mi z oczu. Drugi raz to już starszy zakonnik, w
habicie. Odjeżdzałem do Gdyni, byłem na urlopie, w mundurze marynarskim, na
Dworcu Wschodnim, 7 peron (oddzielnie położony), okropny tłok. Podszedł do
mnie (myślałem, że tak jak do wojskowego) i zaproponował, aby zeskoczyć z
peronu, tuż przed podstawianym pociągiem, na tory i z drugiej strony, gdzie
nie ma ludzi, wskoczyć do wagonu i zająć sobie i jemy miejsce (jemu w habicie
nie wypada). Tak zrobiłem i siedzieliśmy sobie koło okna, naprzeciwko siebie,
gawędząc aż do Malborga (być może Działdowa, nie pamiętam już). Wstałem i
powiedziałem, że idę do WC (byliśmy już na - ty) on poszedł za mną, wchodzę
do kabiny, ale nie mogę zamknąć drzwi, bo on też wszedł i mówi mi, że razem
będziemy "siusiu" robić i drzwi zamyka na tą antabkę. Dostał w pysk, aż ten
kaptur mu się zabujał, w końcu mam te 192 wzrostu i mnich mi "niestraszny",
mogłem poprawić, ale nie było konieczne, "ulotnił" się i już go nie widziałem
(a jakbym był taki na 160 cm i chudzina, sam na sam w zamkniętej toalecie z
mnichem, strach nawet pomyśleć). Trzeci przypadek to jak byłem w sanatorium w
Krynicy w "Mielcu". Panie, z którymi chodziłem na zabawy, pokazały mi młodą
kobietę, ich współlokatorkę z pokoju, która jest lesbijką (co one z nią nie
mają, włazi im do łóżka, razem chce się kąpać pod natryskiem, wygłasza
tyrady, że mężczyźni to obrzydliwość itd.) Czy można to tolerować, czy można
nie reagować? Oto jest pytanie? (godne Shakespaera).

Grghk, przyrównał tą nienormalność do prostytucji. Nie, nie i jeszcze raz nie.
Prostytucja ma wielkie zasługi dla ludzkości. Weźmy powstanie USA,
cywilizację Dzikiego Zachodu. Co zmuszało ludzi aby jechali w "dzicz" i tam
znosili trudne warunki? Chęć bogactwa, majętność. Pierwszymi byli ludzie
twardzi, odważni, poszukiwacze złota. Aby tam trwać, aby ich tam nadzieja
bogactwa mogła utrzymać, musiała powstać pierwsza instytucja publiczna -
Saloon, gdzie była płatna miłość. To tym bezimiennym kobietom, ich ciężkiej
pracy (niby nie kurzy się, ale praca wymagająca poświęcenia i to dużego) w
dużej mierze zawdzięcza USA swoje powstanie (może czas na jakiś pomnik?).
Druga instytucja to więzienie (jakieś prawo), następną to bank (poszukiwacz
złota przecież nie może w kieszeniach wszystkiego nosić) i dopiero czwarta to
kościół. Wtedy jest zaczątek miasteczka, osady, mogą sciągać inni, rolnicy,
kupcy itd. Saloon był pierwszy i niezbędny. A podboje Aleksandra, a wyprawy
wojenne legionów rzymskich, to co, tak chceliby tylko maszerować i maszerować.
O tym się nie pisze, nie wspomina, ale żeby chcieli maszerować, trzeba było
zapewnić im kobiety, inaczej by nie maszerowali. I znowu, to wielka zasługa i
poświęcenie tych pań sprawiła tak doniosłe zwycięstwa. Tego homoseksualizmu
nie można w żadnym przypadku przyrównywać do prostytucji (tej prawidłowej).
Obserwuj wątek
    • mcmaxim Re: Moje poglądy 04.01.06, 10:46
      Jakos tak zgadzam sie z Twoimi pogladami dot. pedalstwa smile
    • kamajkore Re: Moje poglądy 04.01.06, 11:05
      > on poszedł za mną, wchodzę
      > do kabiny, ale nie mogę zamknąć drzwi, bo on też wszedł i mówi mi, że razem
      > będziemy "siusiu" robić i drzwi zamyka na tą antabkę

      ...i to przez tego JEDNEGO gościa nabrałeś takiej odrazy do homoseksualistów?
      Nie do końca rozumiem przyczyny Twojej niechęci (no chyba, że uważasz, że
      poglądy nie wymagają racjonalnego uzasadnienia, niczym wierzenia religijnesmile

      Bo szczerze mówiąc heteroseksualni faceci też czasami zachowują się ordynarnie i
      świńsko wobec kobiet (i ja też tego doświadczyłam) - ale czy przez to mam
      znienawidzić wszystkich hetero-facetów?

      NIe chcę Cię przekonywać, ale skoro już piszesz o swoich poglądach - to ciekawa
      jestem, czy wiesz jakie jest ich źródło. Chociaż ... czy nie są to raczej EMOCJE
      niż poglądy? Emocje z definicji nie bywają racjonalnesmile
      • dagmama Re: Moje poglądy 04.01.06, 11:33
        A nie, to ja się raczej nie zgadzam. Nie lubię takiego "Róbcie co chcecie, tylko
        żebym tego nie widział".
        Dlaczegóż to geje nie mogliby okazywać publicznie, że są gejami? Niech każdy ma
        prawo być kim chce. We Francji mężczyźni chodzą za rękę na oczach dzieci i
        wszyscy traktuja to normalnie.
        A dlaczego nie mogliby brać ślubu i żyć razem? Przecież to ich życie a nie jakaś
        fanaberia.
        Jak dla mnie dzieci również mogliby adoptować. Geje wywodzą się z rodzin hetero,
        prawda? Czyli orientacja rodziców nie ma nic do rzeczy.
        I znów przykład Francji: Są dzieci z dwiema mamami i dwoma tatusiami, a u nas
        jeszcze głupio mieć rozwiedzionych rodziców.
        Wstyd, Panie Kociak, zaścianek i propozycja trzymania mniejszości w getcie
        zamiast otwartości i tolerancji, które u Pana niesłusznie podejrzewałam.
    • nick_penis Re: Moje poglądy 04.01.06, 11:36
      Jasne. Przystawiał się do Ciebie gej - nienawidzisz gejów. Ukąsił Cię pająk -
      panicznie boisz się pająków. Takie rzeczy medycyna określa mianem fobii i dość
      skutecznie się to leczy.
    • wanda43 Re: Moje poglądy 04.01.06, 13:54
      Kociaczku,jak zwykle mnie powalasz swoimi postami.wink))))
      Ze robisz sliczne grafiki i masz talent w łapkach, to juz wiem.Ze jestes
      swietnym gawedziarzem i masz poczucie humoru,to tez juz wiem.
      No to sie przyznaj,jakie masz jeszcze talenty?
      A co do wszystkich homo,są mi obojętni.Nie mam w zwyczaju nikomu zaglądać pod
      kołderke i bardzo nie lubie,gdy ktos usiluje zagladać pod moją.
      Ale,to nie oznacza,ze podoba mi sie jak pary,obojetne homo czy hetero migdalą
      sie publicznie.
      • kociak40 Re: Moje poglądy 06.01.06, 03:21
        Pani Wando43!
        "Człowieku, poznaj sam siebie", to jest podobno najtrudniejsze. Z tego co sam o
        sobie wiem, to, to, że jestem wielkim egocentrykiem, ale to dopiero wiem teraz,
        kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy i to było powodem wielkiej pomyłki
        życiowej. Nie jestem winien, to Opatrzność spowodowała ten egocetryzm.Zawsze
        nade mną czuwała Opatrzność, która "ratowała" mnie przed trudnościami. Otóż,
        moim marzeniem od dziecięcych lat (pomijając wiek dziecinny, gdzie marzyłem aby
        ożenić się z panią, która lodami handluje, być strażakiem itd.) było, aby być
        marynarzem. W związku z tym, że mieszkałem w Warszawie trudno było to marzenie
        zrealizować. Wpadłem więc na taki pomysł, że po ukończonej maturze, natychmiast
        zgłosiłem się do WKR, na ochotnika (wtedy była możliwość wyboru formacji) aby
        dostać się do szkoły podoficerskiej Marynarki Wojennej. Ten WKR, któremu
        podlegałem, nie prowadził naboru do Mar.Woj. więc prowadzono ze mną długie
        pertraktacje (lubili ochotników) i przedstawiano mi różne propozycje,
        czołgiści, desantowcy, wojska rakietowe itd.
        a ja tylko Marynarka Wojenna (dodatkowo, ogromnie podobał mi się mundur
        marynarski), lub wcale. Będę zdawał na studia i w ogóle nie pójdę do wojska.
        Widząc mój nieprzejednany upór, jakoś mi to załatwili, a że czasu już było zbyt
        mało, dostałem swoje papiery zalakowane w kopercie i w dniu następnym miałem
        jechać do CSMW w Ustce, tam zdać te papiery, odbyć 3 miesięczne szkolenie
        unitarne (do tz. przysięgi) i dostać się do tej wojskowej szkoły. Po przybyciu
        do jednostki, już po godzinie, no, może po dwóch, wiedziałem, że to nie dla
        mnie. Ja mam charakter raczej "samotniczy" i nie toleruje większego towarzystwa
        męskiego, bo z mężczyznami podświadomie wchodzę od razu w "rywalizację" o tz.
        pozycję (muszę być naj). Nie zdałem tej koperty z tymi papierami do tej szkoły,
        po jakimś czasie sami przyszli do mnie po nie, ja zrezygnowałem, ale do cywila
        mnie nie zwolnili, musiałem 3 lata odsłużyć. Ukończyłem kurs I
        stopnia "sygnalistów okrętowych" (sam wybrałem tą specjalność gdyż zobaczyłem,
        że tacy kursańci stoją sobie na plaży, nie biegają, tylko ćwiczą machanie tymi
        chorągiewkami - nazywa się to semafor, jednym słowem "dobra fucha", mało
        męcząca, w dodatku jak jest "alarm bojowy" to sygnalista jest na mostku
        kapitańskim tylko z tymi chorągiewkami i z lornetką). Zostałem zaokrętowany na
        niszczycielu. Tragedia, nie można się nigdzie "ukryć", stale jakiś sprzątanie,
        malowanie, skrobanie, czyszczenie, a na okręcie wszystko jest przykręcone,
        stoły, stołki, wszystko, trzeba zmywać na "mokro", a nic przesunąć nie można.
        Co robić? Nie wytrzymam 3 lata, to pewne. Opatrzność jednak "czuwała", po
        trzech miesiącach na tym niszczycielu, zupełnie przypadkowo (nigdzie nie
        zgłaszałem tego, że trenowałem ciężary w WKS "Legia", bo już przed samym
        wojskiem nie trenowałem, zrezygnowałem) zaczepił mnie jakiś starszy facet po
        cywilnemu jak wracałem z załogą z obiadu i pyta się, czy "coś" trenowałem?
        Mówię, że tak, ciężary, byłem Mistrzem Polski Juniorów w wadze ciężkiej.
        Okazało się, że to trener z WKS "Flota", właśnie nie ma w wadze ciężkiej
        zawodnika, z "nieba" mu spadam. Zapytał się czy chcę u niego trenować, zpisał
        moje dane i poszedł sobie. Zapomniałem o tym, a tu po tygodniu, przychodzi
        fonogram podpisany przez wiceadmirała, że natychmiast (to znaczy za trzy dni)
        mam "przenieść się" na Ośrodek Sportowy Mar. Woj. Te 3 dni były okropne, taki
        nieduży, rudy, nadterminowy mat, o to się starał osobiście, abym zapamiętał te
        3 dni. Spałem tylko za 15 minut do 6:00 i 15 minut po 22:00 (tak regulamin
        wymaga) ale pogwizdując sobie wesoło (okropnie to tego mata denerwowało)
        wykonywałem wszystkie polecane przez niego prace porządkowe, które oczywiście
        przez niego były negatywnie oceniane. Fakt, robiłem to od niechcenia, bo 3 dni,
        to na "szpilkach" się wytrzyma. Jak już z workiem marynarskim zszedłem z trapu,
        to pokazałem mu gestem co o nim myślę. Nota bene! spotykałem go później od
        czasu do czasu, bo niszcyciel więcej w porcie stoi niż pływa, i to o dużo,a
        Ośrodek Sportowy też był na terenie Komendy Portu Wojennego Gdynia-Oksywie.
        Niby "znajomi" więc rozmawialiśmy sobie i zawsze na odchodnym "syfona" mu
        robiłem, niby taki "przyjcielski" gest, niby taki "żarcik". Opatrzność
        sprawiła, że znalazłem się jak w "niebie", Ośrodek Sportowy to tak jak dobre
        sanatorium, tylko człowiek całkowicie zdrowy. Z wojskiem tylko noszony mundur
        mnie łączył, nic poza tym. Dobre jedzenie, dodatek sportowy, stale różne obozy,
        wyjazdy na zawody, poznawanie miast w całej Polsce, zwłaszcza hoteli, piękny
        mundur, powodzenie u dziewcząt (ale nie w Trójmieście, tam zbyt dużo było
        marynarzy). Jak już Opatrzność "zwróci uwagę" to w nadmiarze. Po kilku
        dosłownie dniach, zauważono na Ośrodku Sportowym moje pewne zdolności manualne
        i natychmiast zostałem zatrudniony jako "sekretarka" w siedzibie WKS "Flota",
        który wtedy znajdował się w Gdyni na ulicy Zygmunta Augusta. Zostałem
        wyprowiantowany, czyli wypłacano mi pieniądze co miesiąc do "ręki" i sam
        stołowałem się na mieście, bo od godz. 8 - 15 pracowałem w sekretariacie
        wykonując różne prace biurowe, typu przyjmowanie korespondencji, wysyłanie,
        itd. itd. Miałem stałą przepustkę, której nie musiałem zdawać, mogłem przebywać
        gdzie chcę, wracać na Ośrodek kiedy chcę lub wcale nie wracać, aby tylko od 8-
        15 być w biurze. Wszystkie dyplomy sportowe dla wszystkich sekcji sportowych
        klubu, jak były zawody, ja wypisywałem i miałem płacone 5 zł od jednego dyplomu.
        Zawsze jakiś zawody były, bo sekcji sportowych było wtedy o wiele więcej niż
        obecnie w tym klubie, pieniędzy miałem tyle (jak na potrzeby marynarza), że nie
        wiedziałem co z nimi robić, stołowałem się w dwóch dobrych restauracjach w
        Gdyni -"SIMP" i "Bursztynowa", dnia "bezmięsnego" dla mnie nie było, choć takim
        był poniedziałek. Z podoficerami zawodowymi jacy byli na Ośrodku, grywałem
        stale w pokera, miałem niebywałe szczęście, oczywiście "szczęściu" trzeba
        trochę pomóc, co muszę się przyznać, robiłem (ale to zawodowi, dobre pensje
        mieli, kawalerowie, to chyba lepiej jak do mnie przegrali, jakby na dziwki"
        jakieś mieli wydać i jeszcze niedaj boże, jakąś chorobę podłapać i z
        wojska "wylecieć"). Opatrzność była dla mnie wprost "nieograniczona", robiłem
        stale jakieś rocznicowe dekoracje (gazetki) nawet do holu głównego Sztabu
        Mar.Woj. na skwerze Kościuszki, nie mówiąc już o Ośrodku czy siedzibie "Floty",
        tu już zawsze. Adiutant samego wiceadmirała, wręczał mi urlopy nagrodowe.
        Oficerom, ktorzy byli zatrudnieni w klubie, łącznie z Dowódcą Ośrodka, dla ich
        dzieci do szkoły, wykonywałem różne prace ręczne typu "malunki" atym samym
        miałem u nich pewne "uważanie", bo przecież mogłem nie rysować, to były prośby
        prywatne. Pracując w sekretariacie, znali mnie oficerowie i nieraz
        wykorzystywali do różnych swoich prywatnych prac, zawsze później dając "no,
        późno, masz na taksówkę". Zawsze jadąc do Warszawy, miałem już klientów na
        świże wędzone węgorze (nigdy tego nie spróbowałem, brzydzę się tego). W
        Warszawie i to bardzo, bardzo rzadko 1500 zł kilogram (ówczesne ceny)i to nie
        tak świeże, u prywatnych rybaków w wędzarni po 500 zł za kilogram, jak dla
        marynarza to po 300 zł, ja w Warszawie po 800 zł i to jeszcze "ciepłe".
        Z pewnego powodu też handlowałem szwajcarskimi zegarkami (wtedy nie było
        kwarcowych). Zatrudniona kobieta na etacie sekretarki, z ktorą pracowałem,
        miała jakieś dojście do marynarzy z statków handlowych i kupowała od nich, i
        chciała sprzedać drożej. W Trójmieście wszystkie komisy były nimi zawalone i
        trudno było sprzedać, co innego w Warszawie. Moje wyjazdy do domu (różne
        pomysły miałem, np. stale babcia nogę łamała, lub matka ze schodów spadała)były
        kiedy chciałem, i zależały właśnie najwięcej od tej sekretarki. Zawsze oficer
        się jej pytał - "jak z robotą?, może jechać?", "Oczywiści
        • kociak40 Re: Moje poglądy 06.01.06, 03:47
          Tekst zrobił się zbyt długi i tu zakończe.
          Będąc przez 3 lata w tak komfortowych warunkach, mając pieniądze,
          całkowitą swobodę, możliwość wyjazdow na uropy kiedy chcę, ładny mundur,
          powodzenie itd. wszystko to sprawiło, że wojsko popsuło mi charakter.
          Będac w wojsku mogłem dobrze przyszykować się do egzaminu na Politechnikę,
          to jedyna korzyść, ale rozleniwiłem się, przyzwyczaiłem do "łatwego" i
          wesołego, beztroskiego życia. Nigdy i nigdzie tak dobrze nie miałem jak
          podczas tej 3 letniej służby w Mar.Woj. na Ośrodku Sportowym.
          • wanda43 Re: Moje poglądy 06.01.06, 19:53
            Czytając,jakos tak przypomniala mi sie dawno czytana ksiązka "Znaczy kapitan" i
            opowiesci mojego ojca, ktory z Wawy tez trafil do marynarki wojennej.Tylko juz
            nie pamietam,czy do Gdyni,czy do Kołobrzegu.
            • kociak40 Re: Moje poglądy 07.01.06, 04:24
              Pani Wando!

              Słyszałem o tej książce, nawet polecano mi ja przeczytać, że to typowa
              publikacja dla chłopaków, ale nigdy nie czytałem. Pisze pani o swoim ojcu,
              że też służył w Mar.Woj. Jeśli to było już po II wojnie, to wszyscy rekruci
              bez wyjątku, są kierowani do Centrum Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce.
              Na okręcie nie może być, żadnego marynarza, ktory nie ma
              pecjalności "morskiej", nie może być nikogo, kto nie wiadomo po co jest. Było
              49 specjalności i tą specjalność (ładnie wyhaftowany symbol) nosi się na leweym
              rękawie munduru, a pod nią te "złote" dystynkcje stopnia wojskowego (marynarze
              służby czynnej). W CSMW w Ustce nie ma okrętów, nie ma tam portu wojennego, tam
              odbywa się szkolenie unitarne (tz. do przysięgi) i kurs specjalności. Dopiero
              po ukończeniu kursu są marynarze rozsyłani na okręty lub do służby brzegowej.
              Wyjątkowo, jak ktoś jest tak "oporny", że nie ukończy kursu, wtedy ma
              specjalność "pokładowy" ( przez 3 lata tylko dwóch takich spotkałem), symbolem
              jest wtedy na rękawie "goła kotwica". Więcej niż pewne, pani ojciec trafił do
              Gdyni, tam jest największy port wojenny. Jako córka marynarza, musi pani
              wiedzieć i nie popełniać błędu - nazwa "okręt" dotyczy tylko jednostek
              pływających pod bandrą wojenną, pod cywilną, to jest to - statek. Rodzaj
              wywieszonej bandery decyduje czy jest to okręt, czy statek. Np. jeśli holownik
              ma banderę cywilną,to jest to statek holowniczy, ta sama jednostka pod banderą
              wojenną - okręt holowniczy. "Szczury lądowe" mylą to i nazywają okrętem, że coś
              tam płynie,nie widząc jaka jest bandera, to błąd. Bandera Wojenna to flaga
              czerwono biała i tym wcięciem i z godłem Polski. Natomiast Bandera Marynarki
              Wojennej to flaga z symblolem zgiętego przedramienia trzymającego
              jakby "turecki" miecz i jest na rufie okrętu.
              Z pobytu w wojsku, utkwił mi w pamięci pewien znamienny fakt,
              pewnego "rycerskiego" zachowania pewnego oficera w stosunku do "wybranki" swego
              serca. Ja często obsługiwałem (jako dowódca grupy marynarzy do pomocy) zabawy
              oficerskie w Klubie Oficerskim na Skwerze Kościuszki. Był to Bal Sylwestrowy.
              Oficer, ktorego znałem z klubu, samotny, starszy już pan, w stopniu komandora
              (nie wiem czy stary kawaler, wdowiec, czy rozwodnik) przyszedł na ten bal z
              dużo młodszą od siebie kobietą (mógł być jej ojcem, tak róznica wieku).
              Kobieta, młoda, skromna, z wyglądu "bardzo porządna" ale mało urodziwa (nawet
              trochę krzywe nogi miała). Na balu tym obsługiwałem szatnie i miałem do
              sprzedawania takie jakby karnety, losy? (dochód był na jakiś cel sportowy), a
              jednocześnie służył do typowania- "Najpiękniejszej Królowej Balu" (losy dla
              panów, oni kupowć mogli). Ten oficer, wywołał mnie na osobności, spytał się ile
              takich losów mam (300 szt po 100 zł) i patrząc mi w oczy powiedział - "to tylko
              między nami ma pozostać!" i kupił 150 szt (ogromna suma, prawie 3 krotna pensja
              oficerska, dał mnie 2000 "górką" aby tak się stało). Oczywiście jego wybranka
              została - "Najpiekniejszą Krolową balu" (to nie o nagrodę chodziło, nagrodą był
              piękny kosz kwiatów z szarfą, korona symboliczna i zdjęcia z balu). Nigdy nie
              widziałem tak szczęsliwej kobiety. Wzruszona, uśmiechnięta, szczęśliwa, wszyscy
              oficerowie tańczyli z nią jako z "królową" bo też chcieli mieć z nią zdjęcie.
              Strasznie mi się to spodobało, zrozumiałem już wtedy natychmiast to zachowanie
              oficera. Nie ważne są żadne pieniądze, nie ważne jaka jest, jemu się podoba, ją
              wybrał i ta kobieta ma być szczęśliwa, nic się więcej nie liczy, nic nie jest
              ważne. Ma być szczęśliwa, i tak było. Jak sobie to wspominam, o ile ta kobieta
              jeszcze żyje (to jest staruszką) i pewno oglądając te zdjęcia, tą złotą
              papierową koronę, jest i teraz szczęśliwa na tą chwilę - była najładniejszą ze
              wszystkich tam kobiet, była "Królową balu". A jak to było, wiem tylko jai ten
              oficer. Czy nie piękny gest w stosunku do kobiety?
              • wanda43 Re: Moje poglądy 07.01.06, 21:27
                Ech,skad ja to znam wink)))
                Ten piekny mundur,przystojna i szarmancka zawartos munduru....i te kobiece
                spojrzenia.....
                Tylko teraz jakos marynarzy jakby mniej.A szkoda....
                Kociak,rwanie u dziewczyn to pwnie miałes jak u dentysty wink))
                • kociak40 Re: Moje poglądy 07.01.06, 22:43
                  Pani Wando43!

                  Teraz wojskowi nie chodzą po ulicach w mundurach, chodzą w ubraniach cywilnych.
                  Wojskowych na ulicach nie widać. Kiedyś nie wolno było, jak przyjechało się na
                  urlop i przebrało w ciuchy cywilne, mogło to być uznane za próbę dezercji.
                  Ubrań cywilnych w wojsku żołnierze nie mieli, nie wolno było mieć. To z tego
                  powodu "..jakoś marynarzy jakby mniej", są, ale nie chodzą poza jednostką w
                  mundurach.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka