Dodaj do ulubionych

Stanisław Lem - Dzienniki Gwiazdowe

03.10.06, 00:17
oprocz dupy henryka warto znac takze to smile

Stanisław Lem
Dzienniki Gwiazdowe

Książka ta znajduje się w spisie lektur dla klasy IV szkoły średniej. Fragment
pochodzi z rozdziału "Podróż dwudziesta druga".

Po trzech tygodniach zauważyłem planetę, która do złudzenia przypominała
pamiętną Satellinę; serce uderzało mi szybciej, gdym ją okrążał po
zacieśniającej się spirali; próżno jednak wypatrywałem owego lotniska. Już
chciałem skierować się na powrót w bezmiar przestrzeni, gdy dostrzegłem, że
jakaś malutka postać daje mi z dołu znaki. Zamknąwszy silnik, splanowałem
szybko i osadziłem wehikuł w pobliżu grupy malowniczych skał, na których
wznosił się spory budynek z ciosanego kamienia. Na moje spotkanie biegł polem
rosły starzec w białym habicie dominikanina. Był to, jak się okazało, ojciec
Lacymon, przełożony wszystkich misji działających na obszarach pobliskich
gwiazdozbiorów w promieniu sześciuset lat świetlnych. Okolica ta liczy około
pięciu milionów planet, w tym dwa miliony czterysta tysięcy zamieszkanych.
Ojciec Lacymon, dowiedziawszy się o przyczynie, która sprowadziła mnie w te
strony, wyraził współczucie, zarazem zaś radość z mego przybycia, bo jak mi
rzekł, jestem pierwszym człowiekiem, jakiego widzi od siedmiu miesięcy.
- Tak się przyzwyczaiłem - powiedział - do obyczajów Meodracytów, którzy
zamieszkują tę planetę, że wielokrotnie chwytałem się na osobliwej pomyłce:
oto gdy chcę pilnie nasłuchiwać, podnoszę w górę ręce, jak oni... (Meodracyci,
jak wiadomo, mają uszy pod pachami).
Ojciec Lacymon okazał się bardzo gościnny; spożyliśmy razem obiad,
przyrządzony z miejscowych potraw (tęciwe piżanki w drżonie, drumble
ustercone, a na deser miesiochy - dawno już takich nie kosztowałem), po czym
udaliśmy się na werandę domu misyjnego. Liliowe słońce przygrzewało,
pterodaktyle, od których roi się planeta, śpiewały w krzakach i w południowej
ciszy sędziwy przeor dominikanów począł zwierzać mi się ze swych strapień;
uskarżał się na trudności, jakie napotyka praca misyjna w tych regionach. Tak
na przykład Pięciorniakowie, mieszkańcy gorącej Antyleny, którzy marzną już
przy 600 stopniach Celsjusza, słyszeć nawet nie chcą o raju, natomiast opisy
piekła budzą w nich żywe zainteresowanie, a to dla korzystnych warunków (smoła
wrząca, płomienie), jakie tak panują. Poza tym nie wiadomo właściwie, którzy z
nich mogą wstępować do stanu kapłańskiego, albowiem rozróżnia się u nich pięć
płci; jest to niełatwy problem dla teologów.
Wyraziłem współczucie; ojciec Lacymon wzruszył ramionami: - Ach, to nic
jeszcze. Bżutowie na przykład uważają powstawanie z martwych za czynność tak
codzienną, jak wdziewanie odzieży, i w żaden sposób nie chcą uznać tego
zjawiska za cud. Dartrudzi z Egilli, nie mają rąk ani nóg; mogliby się żegnać
tylko ogonem, lecz nie mogę o tym sam decydować; czekam na odpowiedź stolicy
apostolskiej - cóż, kiedy Watykan milczy już drugi rok... A czy słyszał pan o
okrutnym losie, jaki spotkał biednego ojca Orybazego z naszej misji?
Zaprzeczyłem.
- Niechże pan więc słucha. Już pierwsi odkrywcy Urtamy nie mogli nachwalić
się jej mieszkańców, potężnych Memnogów. Panuje przeświadczenie, że te rozumne
istoty należą do najbardziej uczynnych, łagodnych, dobrotliwych i
przenikniętych altruizmem stworzeń w całym Kosmosie. Licząc więc na to, że na
takim gruncie doskonale przyjmie się ziarno wiary, wysłaliśmy do Memnogów ojca
Orybazego mianując go biskupem in partibus infidelium. Przybyłego na Urtamę
przyjęli Memnogowie tak, że trudno sobie życzyć czegoś lepszego; otaczali go
macierzyńską opieką, szanowali, wsłuchiwali się w każde jego słowo,
odczytywali mu z oczu i spełniali natychmiast każde życzenie, wprost pili
wygłaszane przezeń nauki, jednym słowem, oddali mu się całkowicie. W listach,
które mi pisywał, nie mógł się ich nachwalić, nieszczęśliwy...
Tu ojciec dominikanin strzepnął rękawem habitu łzę z powieki. - W tak
sprzyjającej atmosferze ojciec Orybazy nie ustawał dniem ani nocą głosić zasad
wiary. Wyłożywszy Memnogom historię Starego i Nowego Testamentu, Apokalipsę i
Listy apostolskie, przeszedł do żywotów świętych; szczególnie wiele żaru
włożył w opiewanie męczenników pańskich. Biedak... to zawsze była jego słabość...
Przemagając wzruszenie ojciec Lacymon ciągnął drżącym głosem:
- Prawił im przeto o świętym Janie, który zdobył światłość wiekuistą, kiedy
go żywcem ugotowano w oleju, o świętej Agnieszce, co dałą sobie głowę dla
wiary odciąć, o świętym Sebastianie, przeszytym mnogimi strzałami, który
cierpiał srogie katusze, za co w raju przywitały go pienia anielskie, o
młodziankach świętych ćwiartowanych, duszonych, łamanych kołem i palonych
małym ogniem. Męki te przyjmowali z zachwytem, pojmując, że zyskują tak
miejsce po prawicy Pana Zastępów. Kiedy opowiedział im wiele podobnych,
godnych naśladowania żywotów, zasłuchani w jego słowach Memnogowie jęli
spoglądać na siebie, a największy z nich zagadnął nieśmiało:
- Wielebny kapłanie nasz, kaznodziejo i ojcze czcigodny, powiedz nam
proszę, jeśli tylko zechcesz zniżyć się do niegodnych twych sług, czy dusza
każdego, kto gotów jest na męczeństwo dostaje się do nieba?
- Niewątpliwie tak, synu mój! - odrzekł ojciec Orybazy.
- Taak? To bardzo dobrze... - powiedział przeciągle Memnóg. - A czy ty,
ojcze duchowny, pragniesz dostać się do nieba?
- Jest to moim najgorętszym życzeniem, synu.
- A świętym chciałbyś zostać? - pytał dalej wielki Memnóg.
- Synu zacny, któż by nie chciał nim zostać, ale gdzie mnie tam,
grzesznemu, do tak wysokiej godności; trzeba wytężać wszystkie siły i dążyć
nieustannie w największej pokorze serca, aby wstąpić na tę drogę...
- Więc chciałbyś zostać świętym? - upewnił się Memnóg raz jeszcze,
spozierając zachęcająco na towarzyszy, którzy nieznacznie unieśli się z miejsc.
- Oczywiście, synu.
- No to my ci pomożemy!
- W jaki sposób, miłe owieczki? - spytał z uśmiechem ojciec Orybazy,
albowiem radowała go naiwna gorliwość wiernej trzódki.
Na to Memnogowie delikatnie, lecz mocno wzięli go pod pachy i rzekli:
- W taki sposób, drogi ojcze, jakiego nas właśnie nauczyłeś!
Za czym najpierw zdarli mu z grzbietu skórę i namaścili to miejsce smołą,
jak to zrobił kat Irlandii świętemu Hiacyntowi, potem odrąbali mu lewą nogę,
jak to poganie uczynili świętemu Pafnucemu, następnie rozpruli mu brzuch i
wsadzili weń wiecheć słomy, jak to się przydarzyło błogosławionej Elżbiecie
normandzkiej, za czym wbili go na pal, jak Emalkici świętego Hugona, połamali
mu żebra, jak Tyrakuzanie świętemu Henrykowi z Padwy, i spalili go powolutku
na małym ogniu, jak Burgundzi Dziewicę Orleańską. Potem zaś odsapnęli, umyli
się i jęli łzy ronić rzewne za swym utraconym pasterzem. Na czym właśnie
zastałem ich, albwiem objeżdżając wszystkie gwiazdy diecezji wstąpiłem do ich
parafii. Kiedy usłyszałem, co się stało, włosy wstały mi na głowie. Załamawszy
ręce krzyknąłem:
- Niegodni zbrodniarze! Mało dla was piekła! Czy wiecie, żeście wydali
dusze na wieczne potępienie?!!
- A jakże - odparli szlochając - wiemy!
Ów największy Memnóg wstał i tak mi powiedział:
- Czcigodny ojcze, wemy dobrze, że będziemy potępieni i męczeni do końca
świata, i musieliśmy toczyć straszne walki duchowe, zanim powzięliśmy ten
zamiar, jednakowoż ojciec Orybazy nieustannie powtarzał nam, że nie ma takiej
rzeczy, której dobry chrześcijanin nie uczyniłby dla swego bliźniego, że
należy oddać mu wszystko i na wszystko być dlań gotowym; tak więc
zrezygnowaliśmy z największą rozpaczą ze zbawienia myśląc tylko o tym, by
najdroższy ojciec Orybazy zyskał koronę męczeńską i świętość. Nie umiem ci
powiedzieć, jak trudno nam to przyszło, bo zanim przybył do nas ojciec
Orybazy, żaden z nas muchy nawet nie ukrzywdził. Ponawialiśmy więc błagania,
prosiliśmy go na kolanach, by nieco popuścił i zmniejszył surowość nakazów
wiary, ale on kategorycznie twierdził, że dla umiłowanego
Obserwuj wątek
    • adam81w Re: Stanisław Lem - Dzienniki Gwiazdowe 03.10.06, 00:20
      Ponawialiśmy więc błagania, prosiliśmy go na kolanach, by nieco popuścił i
      zmniejszył surowość nakazów wiary, ale on kategorycznie twierdził, że dla
      umiłowanego bliźniego należy czynić wszystko bez żadnego wyjątku. Tak tedy nie
      byliśmy mu w stanie odmówić. Rozumieliśmy przy tym, że jesteśmy istotami mało
      znaczącymi i niegodnymi wobec tego męża świątobliwego i że zasługuje on na
      największe wyrzeczenie z naszej strony. Wierzymu też gorąco, że przedsięwzięcie
      dobrze się powiodło i że ojciec Orybazy króluje teraz w niebie. Tutaj masz,
      ojcze czcigodny, worek z sumą, jaką zebralismy na proces kanonizacyjny, bo tak
      trzeba, to nam ojciec Orybazy, pytany, dokładnie wyjaśnił. Muszę powiedzieć, że
      stosowaliśmy tylko jego ulubione tortury, o których prawił nam z największym
      zapamiętaniem. Sądziliśmy, że będą mu miłe, jednakowoż opierał się, a zwłaszcza
      niechęć budziło w nim łykanie wrzącego ołowiu. Nie dopuściliśmy jednak myśli, że
      ten kapłan co innego nam mówił, a co innego myślał. Krzyk zaś, jaki podnosił,
      był tylko dowodem nieukontentowania niskich, cielesnych cząstek jego jestestwa i
      lekceważyliśmy go w myśl nauki, że należy poniżać ciało, aby tym wyżej wznieść
      ducha. Pragnąc go podtrzymać, przypominaliśmy mu zasady, które nam głosił, na co
      ojciec Orybazy odpowiedział jednym tylko słowem, całkiem niepojętym i
      niezrozumiałym; nie wiemy, co by znaczyło, bo nie znaleźliśmy go ani w
      książeczkach do nabożeństwa, które nam wręczył, ani w Piśmie świętym.
      Zakończywszy opowieść ojciec Lacymon otarł kroplisty pot z czoła i przez czas
      dłuższy siedzieliśmy w milczeniu, które sędziwy dominikanin przerwał w końcu
      słowami:
      - No i niechże pan sam powie, jak tu byc duszpasterzem w takich warunkach?!
      Albo znowu ta historia! - Ojciec Lacymon uderzył ręką w list rozpostarty na
      stole. - Ojciec Hipolit donosi mi z Arpetuzy, tej małej planey Wagi, że
      mieszkańcy jej zupełnie przestali zawierać małżeństwa, nie płodzą więcej dzieci
      i zagraża im całkowite wygaśnięcie!
      - Dlaczegóż to? - spytałem zdumiony.
      - Dlatego, bo kiedy usłyszeli, że obcowanie cielesne jest grzechem, tak
      bardzo zapragnęli zbawienia, że wszyscy ślubowali i zachowują czystość! Od dwu
      tysięcy lat Kościół głosi wyższość troski o zbawienie duszy nad sprawami
      doczesnymi, lecz nikt nie brał tego dosłownie, na miły Bóg! Ci Arpetuzańczycy
      poczuli co do jednego powołanie i wstępują masowo do klasztorów; wzorowo
      przestrzegają reguły, modlą się poszczą i umartwiają, a tymczasem upada
      przemysł, rolnictwo, nadciąga głód i zagłada grozi planecie. Napisałem o tym do
      Rzymu, ale jak zwykle odpowiedzią jest milczenie...
      - Bo też to bardzo ryzykowne - zauważyłem - nieść wiarę na inne planety...
      - A co mieliśmy robić? Kościół nie spieszy się, Ecclesia non festinat, jak
      wiadomo, bo królestwo jego nie jest z tego świata, ale kiedy kolegium kardynałów
      obradowało i wahało się, tymczasem na planetach zaczęły jak grzyby po deszczu
      wyrastać misje kalwinów, baptystów, redemptorystów, mariawitów, adwentystów i
      sam nie wiem jakie jeszcze! Musieliśmy więc ratować, co się da. No, drogi panie,
      skoro już to powiedziałem... pójdź pan ze mną.
      Ojciec Lacymon wprowadził mnie do swego gabinetu. Jedną ścianę zajmowała
      olbrzymia błękitna mapa nieba gwiazdowego; cała jej prawa strona była zaklejona
      papierem.
      - Widzi pan! - wskazał tę część zakrytą.
      - Cóż to oznacza?
      - Zgubę, drogi panie. Zgubę ostateczną. Obszary te zamieszkują ludy o
      niesłychanie wysokiej inteligencji. Głoszą one materializm, ateizm i zalecają
      skupiać wszystkie wysiłki wokół rozwoju nauki, techniki i doskonalenia warunków
      życia na planetach. Posyłaliśmy do nich naszych najmędrszych misjonarzy, ojców
      salezjanów, benedyktynów, dominikanów, ba, nawet jezuitów, natchnionych
      głosicieli słowa bożego, mówców miodoustych; wszyscy powracali ateistami!!
      Ojciec Lacymon podszedł nerwowo do stołu.
      - Był u nas ojciec Bonifacy, pamiętam go jako jednego z najbardziej
      świątobliwych zakonników; dni i noce spędzał na modłach leżąc krzyżem, prochem
      były dlań wszystkie sprawy świata, nie znał innego zajęcia jak odmawianie
      różańca, ani większej radości od mszy, a po trzech tygodniach pobytu t a m -
      tu ojciec Lacymon wskazał zalepioną część mapy - wstąpił na politechnikę i
      napisał tę oto książkę! - Ojciec Lacymon podjął i natychmist z obrzydzeniem
      odrzucił na stół gruby tom. Przeczytałem tytuł: "O sposobach powiększenia
      bezpieczeństwa lotów rakietowych".
      - Bezpieczeństwo marnego ciała przełożył nad zabezpieczenie ducha, czy to nie
      potworne?! Wysyłaliśmy alarmujące raporty i tym razem stolica apostolska nie
      zwlekała. Przy współpracy specjalistów z ambasady amerykańskiej w Rzymie,
      Akademia Papieska opracowała te oto dzieła. - Ojciec Lacymon podszedł do
      wielkiego kufra i otworzył go; wnętrze pełne było grubych tomów in quarto.
      - Jest tu około dwustu tomów przedstawiających z największą szczegółowością
      metody gwałtu terroru, sugestii, szantażu, wymuszania, hipnozy, zatruwania,
      tortur i odruchów warunkowych których o n i używają do tępienia wiary. Włosy
      mi stawały na głowie, kiedy to przeglądałem. Tam są fotografie, zeznania,
      protokoły, dowody rzeczowe, opowiadania naocznych świadków i Bóg wie co jeszcze.
      Zachodzę w głowę, jak oni to wszystko tak prędko zrobili i co to znaczy technika
      amerykańska, bo drogi panie... rzeczywistość jest o wiele straszniejsza!
      Ojciec Lacymon podszedł do mnie i paląc mi ucho oddechem, szeptał:
      - Jestem tu na miejscu, więc orientuję się najlepiej... panie. O n i nie
      męczą, nie przymuszają do niczego, nie torturują ani nie wkręcają do głowy
      śrubek, tylko po prostu uczą, co to jest wszechświat, skąd wzięło się życie, jak
      się rodzi świadomość i jak stosować naukę na pożytek powszechny. Mają dowód, z
      którego pomocą potrafią wykazać, jak dwa a dwa jest cztery, że cały świat jest
      wyłącznie materialny. Ze wszystkich moich misjonarzy ocalił wiarę tylko ojciec
      Serwacy, i to tylko dlatego, że jest głuchy jak pień i nie słyszał co do niego
      mówili! Tak, to jest gorsze od tortur, drogi panie! Miałem tu młodą zakonnicę,
      karmelitankę, uduchowione dziecko, oddane tylko niebu; wciąż pościła, umartwiała
      się, miała stygmaty widzenia, obcowania ze świętymi, szczególnie upodobała sobie
      świętą Melanię i całym sercem ją naśladowała; mało tego, od czasu do czasu
      dostrzegała nawet archanioła Gabriela... Pewnego dnia wyruszyła t a m - ojciec
      Lacymon wskazał prawy brzeg mapy. - Spokojnie jej na to pozwoliłem, ponieważ
      była uboga duchem, a do takich należy Królestwo Niebieskie; jak tylko człowiek
      zaczyna myśleć: a co, a skąd, a jak, zaraz otwierają się otchłanie herezji.
      Byłem pewny, że argumenty tej i c h mądrości nie będą się jej imać; i otóż,
      kiedy tam przybyła, po pierwszym publicznym widzenie świętych połączonym z
      napadem ekstazy religijnej uznali ją za neurotyczkę, czy jak to się nazywa, i
      leczyli ją kąpielami, ogrodnictwem, dali jej jakieś zabawki, jakieś lalki; po
      czterech miesiącach wróciła, w jakim stanie!
      Ojciec Lacymon zadrżał.
      - Co się z nią stało? - spytałem z litością.
      - Przestałą miewać widzenia, wstąpiła na kurs pilotów rakietowych i poleciała
      z ekspedycją badawczą do jądra Galaktyki, biedne dziecko! Słyszałem niedawno, że
      objawiła się jej święta Melania, i serce zadrżało we mnie od radosnej nadziei,
      ale okazało się, że jej się tylko ciotka śniła. Powiadam panu: klęska, ruina,
      upadek. Naiwni ci specjaliści amerykańscy; awizują mi właśnie pięć ton książek i
      literatury opisującej okrucieństwa wrogów wiary. O, żebyż o n i zechcieli
      prześladować religię, żeby zamykali kościoły, rozpędzali wiernych, ale niestety,
      nic podobnego, na wszystko pozwalają: i na odprawianie nabożeństw, i na
      szkolnictwo duchowne, tyle że rozpowszechniają swe dowody i teorie. Przez jakiś
      czas próbowaliśmy tej metody - ojciec Lacymon wskazał mapę - ale nie dała
      rezultatów.
      - Przepraszam, jakiej metody?
      - No, zalepiliśmy tę część Wszechświata papiere
      • adam81w Re: Stanisław Lem - Dzienniki Gwiazdowe 03.10.06, 00:25
        - No, zalepiliśmy tę część Wszechświata papierem i ignorowaliśmy jej istnienie,
        ale to nie pomogło. Obecnie mówi się w Rzymie o krucjace w obronie wiary.
        - Co ojciec o tym sądzi?
        - Owszem, nie byłoby to złe; gdyby się wysadziło ich planety, zburzyło
        miasta, spaliło księgi, a ich samych wytłukło do nogi, może udałoby się ocalić
        naukę miłości bliźniego, ale kto ma pociągnąć na tę krucjatę? Memnogowie?
        Arpetuzańczycy może? Pusty śmiech mnie chwyta, a zarazem trwoga!
        Zapadło głuche milczenie. Zdjęty głębokim współczuciem, położyłem dłoń na
        ramieniu steranego kapłana, by go pokrzepić uściskiem.
    • negevmc Re: Stanisław Lem - Dzienniki Gwiazdowe 03.10.06, 00:49
      adam81w napisał:

      > oprocz dupy henryka warto znac takze to smile
      >
      > Stanisław Lem
      > Dzienniki Gwiazdowe

      Ha, Lema znam niemalże na pamięć a Dzienniki Gwiazdowe.. no cóż minęło juz
      kilka lat od ostatniego, 10-tego byc może razu gdy je czytałem to chyba jego
      najdowcipniejsza książka.
      Szczerze polecam Głos Pana - może nie zalewa się człowiek łzami ze śmiechu,
      może trochę bardziej refleksyjny uśmieszek się pojawia ale to filozoficzna
      uczta w stylu... bo ja wiem .. może deizmu.
    • grgkh Re: Stanisław Lem - Dzienniki Gwiazdowe 03.10.06, 01:13
      Lem był naprawdę wielkim pisarzem i tyle miał do przekazania. Szkoda, że już go nie ma, ale - pocieszmy się - zostało po nim tak dużo.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka