Gość: woman
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
12.06.04, 20:20
Jestem kobietą po trzydziestce. Moim jedynym osiągnięciem w życiu jest ślub z
facetem, który obiecywał mi złote góry. Chciałam się wyrwać od rodzicow,
biednych, konserwatywnych i z klapkami na oczach. Nie miałam na to innego
sposobu jak właśnie przez ślub. Dziś wiem, że to był błąd. Mój mąż okazał się
sknerą, damskim bokserem i zapatrzonym w siebie męskim szowinistą. Na
początku wszystko układało się jak w bajce. Moim jedym obowiązkiem było
utrzymywanie domu i dbanie o siebie. Mówił, ze nie powinnam pracować, bo
to "męska rzecz". Mówił, że będzie mnie utrzymywał, bo mnie kocha. Na
początku, rzeczywiście, lecz z czasem znudziło mu się to. Zaczął mi wydzielać
pieniądze i rozliczać z każdej wydanej złotówki. Nie miałam prawa wyrażać
własnego zdania, atym bardziej krytykować go. Jeśli jednak odważyłam się
spotykała mnie "zasłużona" kara. Najczęściej bił mnie otwartą ręką, prosto w
twarz. Potem bił mnie za wszystko. Bo w salonie bałagan, bo jego ulubiona
koszula nie wyprasowana, bo śmieci nie wyniesinoe, za zły humor, za
niedpowiednią minę, za brak uśmiechu. A z czego ja się miałam cieszyć? Ze za
nieposłuszeństwo karał mnie biciem i trzydniowymi głodówkami? Nie miałam
własnych pieniędzy, własnego konta w banku, własnego czegokolwiek. Wszystko
należało do niego. A ja nie chciałam tak żyć. Być tylko kurą domową i potulną
żoną. Chciałam się rozwijać, być kimś więcej niż szarą myszką. Na wieść, że
chciałabym studiować, wyśmiał mnie. Ja jednak nie poddałam się i nalegałam. W
końcu skończyło się tym, że dostałam w twarz, bo "zawracam mu głowę
pierdołami". Jego ulubionym powiedzeniem stało się: "Ja nic nie mam przeciwko
uprawnieniu, ale morda w kubeł i do garów". Bardzo często mi przypominał o
tym. W ogóle uważał za swój obowiązek "sprowadzanie mnie na ziemię". Z każdym
rokiem było coraz gorzej. Z zadbanej i szczęśliwej mężatki przeistoczyłam się
w zahukane biedactwo. Ten stan trwał kilka lat, aż trafiłam na artykuł w
jakimś kolorowym czasopiśmie. traktował on właśnie o męskim szowinizmie.
Dzięki niemu zrozumiałam, że nie muszę być popychadłem i uniżoną służącą
mojego męża. Dziś, choć rozwiedziona, jestem szczęśliwa. Dzięki pomocy
wiernych przyjaciół, mam własne mieszkanie, dobrą pracę, a nawet własny
samochód. Mogę realizować się zawodowo, rozwijać swe pasje, a co
najważniejsze cieszyć się każdym dniem. I nie oddałabym tego za żadne skarby
świata. Wszystkim, którzy mi pomogli, dziękuję.