Gość: Darr
IP: *.spinet.com.pl / 1.1.1.*
11.06.02, 12:49
W obserwowanym zacięciu polemicznym feministek , uderza mnie jeden fakt . Każda
feministka przyjmuje za pewnik , że "nierównouprawnienie" na rynku pracy
istnieje ... i potrzeba : posłanek-feministek , "równego" prawa pracy , aby coś
z tym zrobić . Żadna z dyskutantek nie "błysnęła" refleksją , że płace ustala
RYNEK .
.
Swiadczy to o zupełnym niezrozumieniu pojęcia WOLNY RYNEK . Świadczy też o
specyficznym pojmowaniu pojęcia "równouprawnienie" . Uderza równocześnie brak
refleksji nad silnie związanym z tym tematem modelu Państwa : czy Liberalizm
gospodarczy czy uciekanie w nieefektywny model rozdętej administracji
państwowej żerującej na gospodarce .
.
Pojawia się pytanie : jak pogodzić deklaracje feministek o ich szerokiej ,
dogłębnej wiedzy i dobrym wykształceniu ... z ewidentnymi przykładami
niezrozumienia rzeczywistości w podstawach postulowanych zmian rzeczywistości ?
.
Wygląda to trochę tak , jak wyglądałaby "afera"(gdyby ktoś ją wywołał) z
nierównouprawnieniem kobiet i czarnych wśród skoczków narciarskich : wśród
najlepiej opłacanych sami biali i żółci mężczyźni , złe parytety udziału ,
dyskryminacja płciowa i rasowa w wykazywanych efektach .
Nie prościej podejść do tematu bez emocji , bez ideologii , za to z
podejściem "tłumaczenia stanu rzeczy" ??? Efekty skoczków białych i zółtych są
wynikiem sprawności i małego lęku wysokości . Czarni za to "zdobyli wszystkie
ringi" w walkach bokserów ciężkich i są w tym bezkonkurencyjni . Itd. . Czy
ktoś , kto nie jest białym skoczkiem albo czarnym bokserem musi czuć się gorszy
i "nierównouprawniony" ??? Ja nie jestem i jakoś nie idę się pochlastać .