tad9
04.06.06, 15:27
W pewnej, dość już wiekowej książce, trafiłem niedawno na uwagę, która wydaje
się dość ciekawa. Otóż, autor, zresztą ksiądz, rozprawiając się ze
współczesnym mu feminizmem stwierdza, że nie można brać poważnie tego co
piszą feministki o braku dostępu kobiet do nauk jako przyczynie niewielkich
osiągnięć kobiecych na polu kultury, ponieważ kobiety aż tak ze szczętem od
nauki odcięte nie były. Jako przykład podaje muzykę. Od setek lat, pisze,
kobiety (ze sfer wyższych oczywiście)są kształcone muzycznie. Nie tylko nie
zniechęca się ich do grania, ale - przeciwnie - wręcz zmusza do nauki gry na
instrumentach. I jaki z tego efekt? Ano taki, że w historii muzyki kobiety
nie zapisały się niemal zupełnie. Według autora muzyka, chodzi zwłaszcza o
komponowanie, jest czymś szczególnie obcym kobiecej umysłowości. Książka
miała grubo ponad sto lat, wydano ją w drugiej połowie XIX wieku, a
obserwacja jej autora pozostaje trafna - kobiety w muzyce praktycznie nie
istnieją. Czy to nie zdumiewające?