Dodaj do ulubionych

Leszek Szaruga o Gender Studies

24.09.03, 17:57
Gender studies – Leszek Szaruga, "Forum Akademickie" 3/2000
Artykul ze strony forumakad.pl/archiwum/2000/03/artykuly/28-
wyznania.htm


Na łamach „Plusa-Minusa”, dodatku do „Rzeczypospolitej”, ukazał się godny
uwagi artykuł Agnieszki Kołakowskiej „Brygady politycznej poprawności”,
podejmujący polemikę z Bożeną Umińską, jedną z działaczek funkcjonującego
przy Uniwersytecie Warszawskim wydziału Gender Studies, która zalety tego
typu studiowania wyłożyła w połowie ubiegłego roku na łamach pisma „Res
Publica Nowa”. W artykule Kołakowskiej czytamy: „Oba człony samej nazwy tej
dziedziny są podejrzane. Słowo „studies” powinno wzbudzić naszą czujność,
ponieważ cechuje ono niechybnie pseudodziedziny, powstałe w celach
propagandowych, z nauką niewiele mających wspólnego. (...) Słowo „gender” też
powinno wzbudzać naszą czujność, ponieważ jest ono terminem gramatycznym,
odnoszącym się nie do płci, a do rodzaju; jego użycie w tym pierwszym
znaczeniu jest dobrym przykładem sposobu, jakim feministki, i inne grupy
chcące zmienić świat przez ideologiczną indoktrynację w uniwersytetach,
gwałcą i na siłę przywłaszczają sobie język”. Przyznam, że ja, jako człowiek
upośledzony i władający względnie swobodnie jedynie językami niemieckim i
rosyjskim, miałbym nieco inne podejrzenia: czujność moją wzbudziłoby
mianowicie używanie nazwy obcojęzycznej na oznaczenie nazwy wydziału
uniwersytetu polskiego. Prowadząc zajęcia mające na celu ćwiczenia z
dziedziny form literackich nie nazwałem swego przedmiotu „creative writing”,
ale opatrzyłem je zgrzebną, acz za to polską nazwą „warsztaty literackie”.
Lecz i to nie jest bez znaczenia, że dla propagatorów politycznej poprawności
winienem być obiektem wdzięcznej troski jako
przedstawiciel „nieangielskojęzycznej mniejszości”, terroryzowany i
szykanowany przez angielskojęzycznych oprawców, mówiących do mnie w języku mi
nieznanym, ten język mi narzucających, a tym samym poniżających mnie i
upodlających poprzez wykazywanie i wykpiwanie mego lingwistycznego kalectwa.
Gdy czytam lub słyszę nazwę „gender studies”, nie jestem w stanie pojąć, o co
chodzi, a tym samym we wspólnocie uniwersyteckiej we własnym kraju jestem
stawiany na pozycji przegranej z góry, co chyba nie ma wiele wspólnego z
polityczną poprawnością, której jakoby owi nauczyciele akademiccy, którzy
rzeczone studia prowadzą, są obrońcami (przy czym przyznam, że jest coś
podejrzanego w fakcie, iż nie umieją się oni po polsku wysłowić). Ale
przynajmniej nie wściekam się, gdy ktoś o mnie opowiada dowcipy, nie widzę w
tym naruszenia mojej godności, a jedynie wyraz poczucia humoru i inteligencji
bądź też głupoty tych, którzy owe dowcipy opowiadają. Piszę o tym dlatego, że
Agnieszka Kołakowska zauważa: „Jest w Ameryce stara, wytarta seria
dowcipów „żarówkowych” – dowcipów wyśmiewających po kolei wszelkie możliwe
ugrupowania, narodowości, pochodzenia, rasy i zawody. Pośród nich najbardziej
popularny jest taki: „Ile potrzeba feministek, żeby wkręcić żarówkę?”.
Odpowiedź: „To wcale nie jest śmieszne!”. No pewnie, że nie jest. Śmieszne
jest dopiero pytanie o rodzaj męski słowa „feministka”.

Nie żartuję. Jeśli tak dalej pójdzie, będą osobne studia dla kobiet i
mężczyzn, dla widzących i niewidomych, dla obdarzonych włosami blond i
czarnymi, dla prostonosych i o nosach garbatych, okrągłookich i skośnookich
itd. Tylko gdzie i co mogłaby studiować skośnooka ciemnoskóra blondynka o
skłonnościach do przebierania się w dziecinne ubranka i mówiąca wyłącznie w
języku starocerkiewnosłowiańskim? Tego problemu – na razie teoretycznego –
żadni spece od poprawności politycznej nie rozwiążą. Ale trudno, widać i nam
się wreszcie trafiło coś extra. Jak pisze Kołakowska: „Obrona przed falą
terroru, którą niesie polityczna poprawność, wymaga odwagi; miejmy nadzieję,
że Uniwersytet Warszawski się na nią zdobędzie. Jest ostatnia chwila, by fali
tej dać skuteczny opór”. I tu oto z autorką tego zabawnego, dowcipnie
napisanego i trafnego artykułu zgodzić się nie potrafię. Jaka ostatnia
chwila? Przecież myśmy jeszcze tego wszystkiego tak naprawdę nie spróbowali.
Ja wiem, że wpuszczanie studentów w taki kanał jest cokolwiek ryzykowne, lecz
przecież to ludzie dorośli i na ogół powinni wiedzieć, w co się chcą bawić.
Wolno im wybierać prezydenta, niech sobie wybiorą i „gender studies” – to ich
życie i ich pieniądze. Osobiście zbyt cenię sobie demokrację, by angażować
się w tworzenie zakazów dla swobodnej działalności tych nawet, którzy chcą
mnie jakimiś zakazami oplątać. Póki rzecz dzieje się wyłącznie w sferze
manifestów czy nawet owych uniwersyteckich gier i zabaw, niech sobie i
będzie. Tym bardziej, że lubię wiersze Bożeny Umińskiej, którą Agnieszka
Kołakowska tak zręcznie zwalcza. Dręczy mnie natomiast pytanie o to, czy
Bożena Umińska wiersze pisze nadal. Może w ramach owych „gender studies”
ogranicza się wyłącznie do nauczania tego, jak wiersze pisać, co byłoby nawet
zabawne, sądząc po wykładającej do niedawna sztukę pisania na owymż wydziale
Uniwersytetu Warszawskiego Izabeli Filipiak, która obdarzyła nas w zeszłym
roku niewątpliwie interesującym dziełem „Twórcze pisanie dla młodych panien”.
Tytuł ten wzbudza moje żywe zainteresowanie, czym jest mianowicie pisanie
nietwórcze? Ale to już problem osobny.

Co zaś do feminizmu w nauce, widać, że temat ten powraca z coraz większym
natężeniem. Będzie zapewne powracał i w przyszłości (lecz już nie w moich
felietonach), stan feminizmu polskiego bowiem rośnie w siłę i żyje coraz
dostatniej. W nauce uniwersyteckiej od czasu do czasu tego rodzaju mody muszą
się szerzyć, „izmy” bowiem są jak „memy”, o których w coraz to nowych
wywiadach rozwodzi się, sympatycznie zresztą, Mariusz Biedrzycki, powodują
epidemie. Potem epidemie mijają, pojawiają się nowe. Groźne są jednak tylko
dla tych ludzi, którzy muszą funkcjonować stadnie. Prawdziwi uczeni chyba są
na nie odporni.
Obserwuj wątek
    • Gość: camel Re: Leszek Szaruga o Gender Studies IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 24.09.03, 17:58
      ALE PIERDOŁY !!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka