Gość: Monika
IP: *.chello.pl
25.09.03, 02:48
Pomimo tytułu artykuł napisał mężczyzna Marek KORDOS
http://www.wiw.pl/delta/meska.asp
MĘSKA SZOWINISTYCZNA ŚWINIA
W bieżącym roku minęło sto lat od chwili, gdy pierwsza kobieta uzyskała w
normalnym (czyli męskim) trybie doktorat z matematyki. Była to Grace
Chisholm, Angielka. Doktorat uzyskała w Niemczech, w Getyndze. Praca
doktorska dotyczyła rachunku różniczkowego funkcji rzeczywistych wielu
zmiennych.
Doktorat taki był możliwy dlatego, że dwa lata wcześniej pruskie władze
państwowe wydały zezwolenie na (eksperymentalne!) podejmowanie studiów w
Getyndze przez kobiety. Z kolei w dwa lata po doktoracie Grace Chisholm
przeprowadzono wśród stu najwybitniejszych profesorów uczelni niemieckich
urzędową ankietę na temat dopuszczalności obecności kobiet na uczelniach. W
jej wyniku okazało się to dopuszczalne (niewielką różnicą głosów). Tu nawet
jest chwila na to, by się przez moment nie wstydzić: matematycy byli
najbardziej prokobiecy; najbardziej zdecydowanymi antyfeministami okazali
się historycy. Następne 20 lat, zakończone wojną światową, zapewniło
kobietom - przynajmniej formalnie - wstęp na wyższe uczelnie: skoro mogły
utrzymać cały świat na własnych barkach, podczas gdy mężczyźni zajmowali się
wojaczką, nie można ich było zagnać z powrotem do kuchni.
Chyba jednak nikt nie przypuszcza, że obecnie pozycja kobiet - nawet w
nauce - jest równorzędna pozycji mężczyzn. Młody Marks zauważył nawet, że
również podczas aktu płciowego kobieta i mężczyzna nie robią tego samego -
dlaczegóżby w nauce miało być inaczej? Aby się choć trochę pocieszyć, że są
nadzieje na wyjście w tej sprawie ze stanu dzikości, nie od rzeczy jest
rzucić okiem na to, co było przedtem.
Pierwsza kobieta w dziejach nauki - Hypatia - to męczennica. Zamiast szukać
sobie chłopa, a potem wychowywać dzieci, zajmowała się matematyką, fizyką i
astronomią (jak później "Delta"). Przypisuje się jej wynalazek areometru,
astrolabium i planisfery. A przecież dobrzy ludzie mówili jej, że zajęcia
takie przystoją tylko ladacznicom. Mówili, mówili, aż święty (wtedy jeszcze
tylko arcybiskup) Cyryl - rzecz dzieje się w Aleksandrii - doradził im, by
zołzę ukamienować. I rzeczywiście: poskutkowało.
Dalsze nasze koleżanki po fachu bez trudu można sobie przypomnieć - płonęły
jaskrawym płomieniem na stosach praktycznie aż do 1700 roku. Nie warto więc
wchodzić w szczegóły.
Trochę inaczej było w XVIII wieku. Taka np. madame du Châtelet
przetłumaczyła Principia Newtona - w istocie jest to bardzo już nienaturalne
zboczenie, by robić takie rzeczy podczas orgii z Voltairem (i jego
kolegami!) - jeśli ktoś nie wierzy w to, że zajmowała się głównie orgiami,
niech sięgnie po jakikolwiek film (może być nadawany półtora roku temu
serial telewizyjny), gdzie jest o niej mowa, i się przekona. Potem zaraz
była rewolucja i choć usunęła trochę tego rodzaju pań, to jednak innym
stworzyła szersze pole działania.
Sophie Germain koniecznie chciała zostać matematykiem. Dopuściła się nawet
oszustwa. Ponieważ było (nawet w rewolucyjnej Francji) niemożliwe, aby
uczęszczała na zajęcia w École Polytechnique, więc namówiła (ciekawe jak?)
jednego ze studentów, by przynosił jej notatki i tematy prac domowych oraz
podrzucał wykładowcom wykonane przez nią prace (podpisywała się - na ironię -
Leblanc). Potrafiła zresztą usidlić również wybitnych uczonych, takich jak
d'Alembert, Gauss czy Lagrange. Znana była z tego, że udowodniła, iż
równanie xn + yn zn nie ma rozwiązań w liczbach całkowitych niepodzielnych
przez n, gdy n jest nieparzystą liczbą pierwszą mniejszą od stu. Ale
przecież już sto pięćdziesiąt lat później mężczyźni poszli w dowodzeniu
Wielkiego Twierdzenia Fermata znacznie dalej. Zawróciła w głowie członkom
Akademii Paryskiej do tego stopnia, że za pracę o wytrzymałości metali dali
jej w 1816 roku Grand Prix. Ale sprawiedliwości stało się zadość - na
tablicy wymieniającej wszystkich laureatów tej nagrody, umieszczonej na
wieży Eiffla, jej nazwiska nie umieszczono.
Prawdziwa jednak afera rozegrała się za sprawą Rosjanki. Nie darmo pisarze
rosyjscy XIX wieku malowali swoje rodaczki bawiące za granicą jako
awanturnice w każdym sensie: tak ladacznice, jak i rewolucjonistki.
Zofia Korwin-Krukowska (herbu Ślepowron) - bo o niej będzie mowa - w jednej
ze swych powieści maluje postać mającą wiele z jej własnych cech: nie
powinno dziwić, że nadaje tej prawie-autobiografii tytuł Nihilistka.
Malutka, okrąglutka osóbka postanowiła, że będzie koniecznie wielką uczoną.
I mimo że nikt jej nie chciał dopuścić do nauki, ani - tym bardziej - do
nauczania, dopięła swego. Najpierw znalazła sobie naiwnego młodego
człowieka - Włodzimierza Kowalewskiego - który zawarł z nią fikcyjny ślub.
Fikcyjny, by nie przeszkadzać jej w nauce, a ślub - by mogła swobodnie
przebywać w męskim towarzystwie, co do uprawiania nauki jest, jak wiadomo,
konieczne. Potem znalazła, cieszącego się w młodości bardzo złą reputacją
wśród mężów, braci i ojców licznych kobiet, starca będącego na dodatek
tytanem matematyki, Karla Weierstrassa. Natychmiast wkradła się w jego łaski
("przywracając go ponownie do życia" - jak pisze wielki matematyk niemiecki
następnego pokolenia, Felix Klein), prezentując to, na co Weierstrass okazał
się najbardziej łasy - duże wykształcenie i pomysłowość w matematyce. Do
tego stopnia go zawojowała, że zaczął forsować pomysł, by za udowodnione
przez nią twierdzenie o rozwiązalności równań cząstkowych dać jej doktorat.
Na próżno Darboux, Hermite i inni próbowali nie zauważać ani Kowalewskiej,
ani jej wyniku. Weierstrass się uparł i Kowalewska w 1874 roku doktorat
otrzymała. Wprawdzie in absentia, ale summa cum laude.
A tak poważnie: czy nie jest przerażające, że udowodnienie najważniejszego
twierdzenia teorii równań różniczkowych cząstkowych to było jeszcze za mało,
by Kowalewską uznać za pełnowartościowego człowieka? Co więcej, twierdzenie
to znajdujemy w literaturze jedynie jako twierdzenie Cauchy'ego-
Kowalewskiej, choć Cauchy, starszy od Kowalewskiej o 61 lat, nie żył już
wtedy od siedemnastu lat. Ale wróćmy do naszych baranów.
Jakby jej mało było doktoratu, i jakby Weierstrass nie był jej już
potrzebny, wraca Kowalewska do Rosji i tam rodzi córkę jak normalna kobieta
(zapomniała widocznie, że małżeństwo miało było fikcyjne). Ale gdy jej mąż
umiera, znajduje sobie nową ofiarę - tym razem swego rówieśnika i również
ucznia Weierstrassa, Göstę Mittag-Lefflera. Nie trzeba wspominać, że
matematyk ten też miał zasłużenie zaszarganą opinię wśród strzegących cnoty
córek i żon prawdziwych mężczyzn. Kowalewskiej załatwił drobiazg: została
ona w 1884 roku profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Sztokholmskiego. Do
Akademii Szwedzkiej już się tej damy wepchnąć nie udało - jak słusznie
zauważył jej sekretarz naukowy, profesor Lindhagen: "Gdy Akademia zacznie
wybierać na swoich członków kobiety, to przy jakich żywych stworzeniach
zdecyduje się zatrzymać?". Zamiast tego Kowalewska uzyskała w Paryżu (w 76
lat po Sophie Germain) nagrodę Bordena za pracę o obrotach ciała sztywnego
(tzw. bąka niesymetrycznego), której dalszą część nagrodzili Szwedzi.
I umarła młodo. Ale nikogo nie zdziwi, że zdążyła "w międzyczasie" wziąć
udział w Komunie Paryskiej. Czegóż innego można by się po osobie tego
rodzaju spodziewać?
Tym razem zaraza nie dała się już powstrzymać. Dynamiczne panienki z Europy
Wschodniej akurat w nauce wiodły prym: Julia Lermontowa uzyskała doktorat z
chemii w tym samym roku co Kowalewska, Skłodowska uzyskała doktorat z fizyki
dopiero w 1903 roku, lecz studia ukończyła na rok przed doktoratem Grace
Chisholm. Ale dostała Nagrodę Nobla, i to dwa razy - żeby było śmieszniej:
pierwszą razem z doktoratem (laureatka Nobla może dostać doktorat nawet we
Francji - w końcu to Szwedzi się pierwsi ośmieszyli).
I z kobietami w nauce trzeba