stephen_s
05.09.08, 09:29
"Rewolucja seksualna dopiero nastąpi" - tekst z najnowszej "Więzi" (podaję za stroną "Krytyki Politycznej" - nie, żebym popierał "Krytykę Polityczną", bo nie popieram...)
www.krytykapolityczna.pl/Teksty-poza-KP/Graff-Rewolucja-seksualna-dopiero-nastapi/menu-id-129.html
"„Rewolucja seksualna dopiero nastąpi” – oto podpis pod żartem rysunkowym, który pod koniec lat 60. wydrukowano w Liberation News Service, lewicowej agencji prasowej związanej z ruchem studenckim w Stanach. Na obrazku dwaj mężczyźni – tradycjonalista i kontrkulturowiec – opowiadają o swoim życiu i „swoich kobietach”. Sztywniak w garniturze powiada tak: „Kiedy wracam z biura, żona zaraz podaje mi coś dobrego do jedzenia. Całymi dniami opiekuje się dziećmi, a jeśli mam być szczery, to dodam, że świetna z niej d…a”. Na to długowłosy facet w hipisowskiej szacie: „Moja stara, mucha nie siada, wczoraj to mi taką fasolkę dała, że szkoda gadać. Jest spod znaku Panny i jest fantastyczna w łóżku”. U stóp każdego z panów klęczy kobieta ubrana stosownie do gustów partnera. Tak właśnie – w żartobliwym skrócie - wyglądała różnica między sytuacją kobiet przed i po tzw. „rewolucji seksualnej” (za: Ruth Rosen, The World Split Open, s. 146). Prawdziwa rewolucja – ta feministyczna, miała dopiero nastąpić.
Przytaczam ten żart, by przypomnieć, iż ruchy kontrkulturowe lat 60. były nie tylko zdominowane przez mężczyzn i retorykę buntu „synów” przeciw „ojcom”, ale także głęboko mizoginiczne. Podejrzewam, że z perspektywy współczesnego polskiego konserwatysty rewolucja seksualna i Ruch Wyzwolenia Kobiet to jedna i ta sama opowieść – opowieść o katastrofie kulturowej. Tymczasem z perspektywy feministki (i osoby od lat zafascynowanej historią ruchu kobiecego) są to opowieści odrębne, wręcz przeciwstawne. Ruch Wyzwolenia Kobiet zarówno w Stanach, jak i w Niemczech czy Wielkiej Brytanii był buntem przeciw przedmiotowemu traktowaniu właśnie przez owych „rewolucjonistów”. Nie chodziło tu tylko o przysłowiowe „klejenie kopert” czy „podawanie ciasteczek”, czynności które spadały na dziewczyny, podczas gdy dzielni chłopcy wygłaszali przemówienia. Chodziło także o seks, o związek między seksem a władzą. „Girls Say Yes To Men Who Say No” – tak brzmiał znany slogan zachęcający młodych mężczyzn do odmowy służby wojskowej. Kobieta była w tej układance nie tyle podmiotem buntu, co nagrodą dla zbuntowanego mężczyzny (tak jak dobra żonka jest w układance tradycyjnej nagrodą dla mieszczucha). Wspomnienia uczestniczek tych zdarzeń pełne są goryczy, upokorzeń, i poczucia winy – bo jakże tu odmówić swego ciała bohaterowi rewolty? Jak narazić się na ostracyzm, oskarżenie o „oziębłość” czy wręcz burżuazyjne nawyki? Z tej sprzeczności - zniewolenie i uprzedmiotowienie w samym centrum rewolucji, która miała wyzwolić i upodmiotowić – zrodził się ruch kobiecy. O ile bowiem tradycyjne społeczeństwo domagało się od kobiet „cnoty” czyli niedostępności, obiecując w zamian bezpieczeństwo, kultura rewolty domagała się seksualnej dostępności, za co obiecywała wolność. Feministyczne przebudzenie polegało na uświadomieniu sobie, iż jest to „nie jest nasza rewolucja”, że ta „wolność” jest dla mężczyzn. Upodmiotowienie kobiet nie jest sprzeczne z wolnością seksualną, ale nie jest też z nią tożsame.
Konsekwencje masowych ruchów kobiecych lat 70. okazały się dużo trwalsze niż skutki rewolty seksualnej lat 60, której bohaterowie (o ile wcześniej nie przedawkowali narkotyków) często zestarzeli się dość statecznie. Feminizm tymczasem przeorał na Zachodzie prawo i język, obyczaje i mentalność. Warto jednak pamiętać, że obie te „rewolucje” umożliwił fakt, który ani z kontrkulturą ani z feminizmem nie miał nic wspólnego: wprowadzenie na rynek nowoczesnej antykoncepcji (1960). Dostępność pigułki sprawiła, że relacje między kobietami a mężczyznami zmieniły się w ciągu dekady w sposób zasadniczy. W tym samym mniej więcej czasie, gdy kobiety zaczęły masowo zarabiać na siebie, postęp w medycynie uwolnił je od nieuchronności fizjologii: macierzyństwo jako świadomy wybór, przejaw dojrzałości, a nie przymus, wpadka, dopust boży. W efekcie tej nowej kobiecej podmiotowości, związek między kobietą a mężczyzną zaczął – po raz pierwszy w historii – podlegać logice wyboru, potrzeby emocjonalej, negocjacji między równymi – a nie logice konieczności. Zdaję sobie sprawę z kosztów wolności – do najistotniejszych należy zapewne atomizacja społeczna, czyli, mówiąc po ludzku – większy niż w tradycyjnej kulturze poziom samotności. Seksualność uległa też urynkowieniu, którego ofiarą padają głównie kobiety (mam na myśli przemysł pornograficzny, masowy handel ludźmi głównie kobietami i dziewczynkami w celach seksualnych). Bilans tych przemian uważam jednak za pozytywny – mniej jest dziś okrucieństwa i cierpienia, mniej opresji i milczenia wobec krzywdy, która odbywa się w tej „mrocznej sferze”. Tradycyjna patriarchalna kultura dopuszcza przemoc w rodzinie – w tym przemoc seksualną – jako „prawo ojca”. Strzegąc „cnoty”, uruchamia pogardę i przemoc wobec „puszczalskiej” i „panny z dzieckiem”; wykluczeniu podlega ofiara gwałtu, „stara panna”, „bękart”, a także homoseksualista, bo w imię normy piętnuje się wszelką odmienność jako „dewiację”. Wszystkie te napiętnowane tożsamości są we współczesnych społeczeństwach zachodnich w zaniku.
Pytanie o konsekwencje tych przemian, o to, czy warto im sprzyjać, wydaje mi się jednak bezprzedmiotowe, bo pewien poziom wolności i refleksji nad cielesnością stał się trwałą częścią nas samych, tożsamości współczesnego człowieka. Nie wiem, kim byłabym w świecie bez możliwości wyboru. W moim świecie istnieje antykoncepcja; seksualność poddana jest refleksji. Można, na przykład z pobudek religijnych, wybrać wstrzemięźliwość przedmałżeńską (i wielu młodych ludzi to robi), można nie stosować antykoncepcji - ale czyni się to w kontekście dostępności innych wyborów. Prawdziwa tradycyjna kultura jest poza zasięgiem naszej wyobraźni – zarówno mojej, jak i konserwatysty, który za nią tęskni. Seksualność uważam po prostu za jeden z wielu wymiarów ludzkiego życia – jako taki podlegać powinna ona refleksji, debacie, edukacji. Przede wszystkim zaś – empatii, szacunkowi, otwartości. Potrzeba ich zwłaszcza tam, gdzie seks krzyżuje się z władzą, przemocą, cierpieniem. Nie wolno milczeć wobec gwałtu i molestowania, nie wolno zacierać śladów po pedofilach.
Gdy piszę te słowa, w Polsce toczy się zdumiewająca bitwa: o to, czy czternastoletnia dziewczynka powinna mieć prawo do przerwania ciąży. Jej intymność, jej ciało, jej nieszczęście, stały się publiczną własnością. Tu nie było żadnej rewolucji. Zarówno seks, jak i prawa kobiet traktowane są tu z mieszaniną brutalności, obrzydzenia i zażenowania, które uniemożliwiają namysł. Zbiorowy wysiłek w tej sferze skupia się nie na zwalczaniu przemocy, nie na pomocy ofiarom życiowych katastrof czy własnych błędów, lecz na piętnowaniu tego, co odbiega od normy. Polską mentalność w tej sferze świetnie oddaje homofobiczne hasło „rób to w domu po kryjomu”. Cóż, domagając się szacunku dla odmienności można (jak proponuje Kinga Dunin) w odpowiedzi odkrzyknąć: „brzydź się w domu po kryjomu”. Można też powtórzyć za anonimową rys