heterosapiens
19.07.04, 15:51
Nie jestem kobietą ale na mój problem chyba właśnie wy kobiety możecie coś
doradzić dlatego gościnnie pozwalam sobie napisać na tym forum...
Jesteśmy z żoną razem od kilkunastu lat. Od samego początku zona nie
wykazywała zbyt wielkiej ochoty na seks. Wydawało mi się, że będę w stanie
jakoś z tym żyć. To wspaniała kobieta i sądziłem, że dam sobie radę z
tym "drobiazgiem". Niestety w ostatnich latach jest ze mną coraz gorzej. Nie
radzę sobie z sakramentalnym "nie", coraz bardziej zapadam się w sobie,
odsuwam od żony i od wszystkich innych spraw. Leczyłem się jakiś czas temu na
depresję, farmakologia pomogła na jakiś czas ale czuję że to wszystko wraca i
to jeszcze silniej. Boję się że nasz związek się rozpada, a ja tego naprawdę
nie chcę. Do tego czuję jak powoli staję się alkoholikiem.
Wielokrotnie z żoną o tym rozmawialiśmy. Niestety nic z tego konstruktywnego
nie wynika i zawsze sprowadza się do stwierdzenia - przecież skoro nie mam
ochoty to nie będę się zmuszać... Próbowałem wielu rzeczy żeby to zmienić,
ale chyba już skończyły mi się pomysły.
Żeby rzucić nieco więcej światła na całą sprawę. Żona jest normalną zdrową
kobietą. Kiedy dochodzi do zbliżenia, przeżywa praktycznie zawsze normalne i
chyba satysfakcjonujące orgazmy. Problemem więc nie jest jakaś dysfunkcja ale
niedopasowanie temperamentów. W tej chwili i tak jest nieźle, bo kochamy się
raz na dwa, trzy tygodnie.
Rzecz jednak w tym, że mam poczucie że to absolutnie nie zależy ode mnie.
Załamuje mnie to, ze owszem mogę mieć na to wpływ ale wyłącznie negatywny.
Nie mogę natomiast w żaden sposób wpłynąć pozytywnie. Nie mogę nigdy "trafić
na podatny grunt", zawszę muszę czekać na sygnał z drugiej strony. No i jeśli
już ten sygnał się pojawia to ja czuję się zbyt zablokowany, żeby tak po
prostu się z tego cieszyć i to wykorzystać. Zamiast mieć z tego przyjemność,
myślę głównie o kolejnych dwóch tygodniach abstynencji. I tak da capo al
fine...
Wracając do żony. Jest osobą o zdecydowanie niskim ciśnieniu krwi, co zdaje
się czasem jest skorelowane z poziomem libido. Nie bierze środków
antykoncepcyjnych, bo to już kompletnie zabijało jakąkolwiek chęć na seks.
Nie ma chyba żadnych urazów, złych wspomnień na tym punkcie (choć oczywiście
wiem tylko tyle i chciała mi powiedzieć). Nigdy też nie było inaczej. Taki
stan oziębłości utrzymuje się od zawsze. W ostatnich latach nawet jest pewna
poprawa w sensie "statystycznym" ale wynika ona chyba po prostu z większej
świadomości i większych starań żony. Ani dwie ciąże, ani bardzo dobre, ani
bardzo złe okresy w naszym wspólnym życiu nie powodowały jakichś
większych "odchyleń od normy"...
Czy z tym można coś zrobić? Nie chcę stracić rodziny i tego wszystkiego z tak
wydawałoby się błahego powodu jak to że mi się "chce częściej" (nota bene nie
mam pojęcia co to znaczy częściej, wiem tylko że nie tak rzadko). Zdaje się
że to się jednak daje leczyć. Zarówno psychologicznie jak i farmakologicznie.
Przy czym chodzi mi o leczenie obu stron, bo przecież może to ze mną coś jest
nie tak, albo może jedynym rozwiązaniem jest obniżenie moich potrzeb, tak
żeby wystarczało mi wtedy kiedy i wtedy jak chce żona. Nie wiem.... Wiem
tylko że już nie daję rady i potrzebuję pomocy. Proszę niech ktoś do mnie
napisze...