Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Expat's Life - dla Hackerki

    09.01.02, 23:19
    To jest ciąg dalszy wątku przeniesionego z Forum "Wszystko o Zdrowiu i
    Wychowaniu Dzieci" - jako że strasznie odszedł od tematu.

    Jak zostałem ME Expatriatem...
    Pomysł na expatriackie życie wpadł mi do głowy jeszcze w liceum, wtedy (wczesne
    lata ’70) to był doskonały sposób na zwiedzenie świata, zarobienie pieniędzy
    (może i lepszych niż trafiały się "badylarzom") i do tego gwarancja pracy w
    ciekawym i kulturalnym towarzystwie bez konieczności przesadnego kłaniania się
    Sile Przewodniej. Oczywiście musiałem wcześniej przepracować na budowie w kraju
    5 lat, żeby dostać uprawnienia i czegoś się tam nauczyć. Ciężkie to były lata,
    bo i stan wojenny i fakt, że zupełnie nie pasowałem do moich wiecznie zapitych,
    chamskich i podkradających co się dało z budowy kolegów inżynierów. Takie czasy
    były...
    W 1985 roku przeniosłem się do firmy parającej się wyłącznie eksportem
    budownictwa. Na początek posłali mnie oczywiście do pracy w obsłudze rynków KDL-
    i, dokładniej NRD. Rządziły tam niestety Partia i OPZZ. Żeby wyjechać na
    podrzędne stanowisko za marne pieniądze trzeba się było ciężko napracować i
    jeszcze mocniej poniżyć przed przełożonymi.
    Ale wkrótce trafiła mi się okazja: przychodzi do mnie kolega MW, mechanik-
    energetyk i powiada: "mamy prekwalifikację do pracy w Egipcie, Klient będzie
    egzaminował naszych inżynierów, także budowlańców, a że ja nie odróżniam
    cementu od betonu - przyjdź i pomóż swoją wiedzą". Zwolniłem się więc u mojego
    szefa i poszedłem. Egzamin - zupełna poruta. Zgłosili się albo angliści nie
    potrafiący czytać rysunku technicznego, a co dopiero powiedzieć, co trzeba z
    tym zrobić, albo fachowcy, ale ledwo dukający po angielsku. Napociłem się
    srodze tłumacząc Klientowi, że trudno się uczyć języka i pracować itp. Ale i
    tak nikogo nie wybrał. Na koniec mówi - "a ty co, mówisz swobodnie po
    angielsku, znasz się na robocie, ja ciebie biorę!"
    Ja na to (naiwny młody człowiek wychowany w komunizmie) że na to musi być
    kwalifikacja przez p.o.p. i dyrekcję. No to się obśmiał i mówi, że to już
    załatwione. MW kazał mi cicho siedzieć. Wróciłem i mówię szefowi, żeby mi dał
    obiegówkę, bo wyjeżdżam do Egiptu. Faceta zatkało. Bez stażu w KDL-u, bez
    rekomendacji p.o.p. i w ogóle bez JEGO(!) zgody. Ale ja już należałem do innego
    świata.
    I tak cały 1987 rok spędziłem w Asjut w środkowym Egipcie. Dziś to by było
    niemal samobójstwo, ale wtedy było nas, Polaków w Asjut sporo. My -
    Costainowcy, paru facetów od Petera Caludiusa, jacyś specjaliści ze Stalowej
    Woli, no i misjonarz.
    Asjut dzisiaj jest strefą zamkniętą z powodu mordów popełnianych przez
    islamistów na Białych, zwłaszcza turystach. Ci islamiści mają swoje centrum na
    Uniwersytecie w Asjut. Ale w 1986/7 roku Bracia Muzułmańscy uważali nas,
    Polaków za „bratnie dusze”. Oni walczyli z reżimem Mubaraka, a my z Jaruzelem.
    Trafiało się, że przejeżdżaliśmy przez manifestacje Bractwa i oni zawsze
    uśmiechali się i machali do nas: „Bolanda queis” wołali (Polska dobra). Myślę,
    że dziś każdy z tych panów zarżnął by mnie jak barana na Qubran Bajram. Takie
    mamy czasy, niestety.

    Tyle na początek.

    Zaraz ktoś się przyczepi, że takie rzeczy nie na temat na Forum wypisuję.
    Ale to chyba najodpowiedniejszy do tego celu kawałek Forum, na pewno lepszy niż
    ten dla PT Rodziców.

    Może się zresztą jeszcze jakiś inny Expat odezwie? Ja, jeżeli Cię to
    zainteresowało, będę perypatetycznie kontynuował.

    Salaamu Wa-alleikum,

    Chaladia Bolandi
    Obserwuj wątek
      • chaladia A Hackerka gdzie? 16.01.02, 07:53
      • Gość: Hackerka Re: Expat's Life - dla Hackerki IP: *.*.*.* 20.01.02, 18:34
        Witaj, świetna lekturka na niedzielne popołudnie.

        Start w życie rzeczywiście miałeś, jak na ówczesne
        czasy, bardzo niecodzienny. Musiałeś chyba być bardzo
        ambitnym chłoptasiem, no i odważnym, by stawić czoło
        całemu systemowi i po prostu wyjechać.

        Mam jednak mały problemik. Jako że jestem nieco młodsza
        od ciebie i zdaję sobie sprawę z wielkości tamtejszej
        sytuacji, jednak nie wszystkie pojęcia są dla mnie w
        pełni zrozumiałe. Piszesz o 'rynkach
        KDL', 'OPZZ', 'p.o.p.' -> nie wiem dokładnie co
        oznaczają te skróty. Początek lat 70-tych to dla mnie
        beztroskie dzieciństwo w przedszkolu, start w szkole :)
        a ty chyba zaczynałeś już myśleć w innych kategoriach
        niż tzw. badylarze czy inni, którzy prawie nie myśląc
        poddawali się odgórnie narzuconym stereotypom.

        Chętnie posłucham twoich przygód w Egipcie. Kraje
        arabskie interesują mnie już od dawna, a ty masz
        możliwość, jako naoczny świadek, przedstawienia mi
        rzeczywistości ze swojej pozycji, podróżnika,
        mieszkańca, pracownika. Nie powiedziałeś kim jesteś z
        zawodu. Wnioskuję jedynie, że inżynierem architektem.
        Czy tak? Mógłbyś wspomnieć co porabiałeś po powrocie i
        co robisz teraz. Napisałeś któregoś dnia, że siedzisz w
        jakiejś dziurze (!) Wiem, że czasami w dziurach siedzą
        monterzy, grabarze, poszukiwacze skarbów etc, ale nie
        sądzę, żebyś był tym, który układa kable
        telekomunikacyjne czy szuka metali szlachetnych. Twoją
        osobę owiewa nutka tajemniczości, więc uchyl rąbka tej
        wielkiej niewiadomej.

        A że ciekawska ze mnie osóbka to jeszcze zadam dwa
        pytanka: w jakim jesteś wieku i gdzie obecnie
        zamieszkujesz. Dla mnie wyglądasz na człowieka ok
        czterdziestoletniego z Warszawy, który ukończył tu
        szkołę, najprawdopodobniej UW wydział architektury.
        Zgadłam chociaż część?

        I zadziwiające jest, że po tylu latach od powrotu
        pamiętasz język arabski. Chyba umiałeś się porozumiewać
        na poziomie podstawowym z takim zasobem językowym.

        Zabieram się do pracy i w międzyczasie spojrzę czy już
        chociaż troszeczkę mi napisałeś.

        pozdrowionka

        Hackerka
        • chaladia Re: Expat's Life - dla Hackerki 21.01.02, 12:30
          Co do wieku - prawie zgadłaś - idzie mi na 47 rok.
          Co do profesji - trochę chybiłaś - Jestem po Inżynierii Lądowej PW.
          W Asjut budowaliśmy pompownię ropy naftowej i produktów petrochemicznych do i z
          tamtejszej rafinerii. Czysta przemysłówka, nic do roboty dla architekta. Ale
          dziś moi podwładni to w połowie młodzi, zdolni architekci.
          Dziura w ziemi ma hektar z okładem powierzchni i głębokość blisko 10 m. To jest
          Metropolitan Project, czyli arcydzieło JLM Normana Fostera. W samej dziurze to
          ja istotnie bywam od czasu do czasu, mam pakamerę zaraz obok.
          Roboty mam dużo, w domu też, więc nie gniewaj się, że takie dłuższe kawałki
          będą się pojawiać niezbyt często.
          A teraz Ty napisz coś o sobie, bo chyba zwiedziłaś jeszcze więcej świata niż ja.

          Pozdrawiam,
          Chaladia Bolandi
      • chaladia Continued.. 22.01.02, 22:58
        No i tak minął mi rok 1987. Trzeba było wracać do domu na Boże Narodzenie, bo i
        kontrakt się skończył. Na koniec wyszła śmieszna historyjka: Cały rok nosiliśmy
        na głowach kaski z dumnym napisem „Costain Process Construction”. Costain to
        nazwisko Anglika, który tę firmę założył. Logo znane w całej Anglii i niby na
        świecie. Napis był „naszymi” literami i w transliteracji na arabikę. Egipcjanie
        uśmiechali się, ale nic nie mówili. Na koniec dopiero powiedział mi nasz
        tłumacz: Kos to po arabski „pi...a”, a końcówka ..in oznacza liczbę podwójną.
        Niby i słowo znałem i zasadę tworzenia liczby podwójnej też, ale jakoś tego nie
        skojarzyłem. Reszta Białych też nie...
        Potem uczestniczyłem w przygotowaniach do kontraktu w Botswanie, ale jakoś tam
        nie pojechałem, tylko do Sudanu. Sudan 1989 to było całkiem fajne miejsce.
        Jeszcze nie było takiego strasznego głodu, wojna była na południu, ale też
        jakoś bez entuzjazmu którejkolwiek ze stron do walki. Nawet coś produkowano w
        tym kraju. Grapefruity mieli najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłem.
        Ta robota to była budowa elektrowni Khartoum North za pieniądze Banku
        Światowego. Towarzystwo międzynarodowe – polscy budowlańcy, turbina z Niemiec,
        też montowana przez Polaków, choć pod niemieckim nadzorem, kotły austriackie,
        montowane przez Słoweńców, elektryka chorwacka, prosta siła robocza lokalna,
        sporo też Erytrejczyków a nadzór nad inwestycją oczywiście brytyjski. Wszystko
        na jednym campie, więc Wieża Babel. Mnie tam wszystko jedno było, tyle samo się
        mówiło po polsku, po angielsku i po niemiecku. Do służby po arabsku. Ale mając
        już wyższe stanowisko jakoś niewiele się pouczyłem arabskiego. O sprawach
        zawodowych nie będę się rozpisywał.
        W piątki urządzaliśmy sobie wypady za miasto terenowymi pick-upami. Mieliśmy
        grille zrobione z połowy beczki, drewno odpadowe z budowy, jakiś „suchy
        prowiant” z campowej kuchni i w drogę. Dróg w europejskim rozumieniu tego słowa
        w Sudanie było wtedy coś około 1500 km (kraj jest wielkości Europy bez Rosji).
        Już 50 km za miastem asfalt się kończył i trzeba było jechać po pustyni na
        kompas.
        Opłaciło się jechać. Tam są zabytki „do odkrycia”. Jedzie się kilkaset km na
        kompas przy użyciu bardzo prymitywnej mapy (innych nie ma), a jak się trafi to
        na końcu są świątynie z czasów Nubii (ostatnie dynastie Starożytnego Egiptu),
        piramidy itp. Nikt ich nie strzeże, nikt nie pokazuje drogi, po prostu stoją
        sobie w środku pustyni od 20 może stuleci, albo i więcej. Michałowski fajnie to
        opisał w swoich książkach. Gdy je czytałem w wieku lat kilkunastu w życiu nie
        myślałem, że kiedyś tam dotrę. Nie wiem, czy jest w Polsce setka ludzi, która
        by się tym mogła poszczycić...
        Niestety, przez 30 miesięcy mojego pobytu (z niewielkimi przerwami) widać było,
        jak się ten kraj stacza i w końcu doszedłem do wniosku, że nie warto dalej
        patrzeć na ten głód i mizerię, zwłaszcza że w Polsce był już rok 1992 i zarobek
        w dolarach, nawet 2000 USD to nie była taka rewelacja. Moi koledzy na Giełdzie
        porobili większe fortuny, niż ja overseas. No, ale oni nie pływali łódką po
        konfluencji (wiesz, co to jest?).
        I znów kończyć muszę, bo trzeba iść spać – jutro do roboty.
        Pozwól, że ponownie poproszę Cię o parę słów o Tobie – tak w rewanżu.


        Chaladia Bolandi
        • Gość: Hackerka do ciebie... IP: *.*.*.* 24.01.02, 02:28
          witaj ponownie, wybacz że nie było mnie tu dawno.
          Wiele spraw mam na głowie i tak mi trochę czasu
          brakuje by wygodnie zasiąść i skrobnąć co nieco.

          Tak pięknie opisujesz, że w trakcie czytania
          wyobraziłam sobie, że siedzimy przy kominku a ty mi
          mówisz, i mowisz, i mówisz o twoim ciekawym życiu, a
          ja słucham, i słucham z wielką ciekawością. :)
          Widzę, że jesteś bardzo zajęty, bo tak w skrócie tylko
          opisałeś szybciutko część przygody. Mógłbyś pokazać
          chociaż kilka zdjęć z Afryki... Powiedz mi jeszcze jak
          było tam w Sudanie, jak w ogóle tam żyją ludzie. Czy
          rzeczywiście brak jest tam cywilizacji? Zapewne w
          dużym mieście jest w porządku tzn. stoją domy, a nie
          szałasy, ludzie są ubrani itp ;) Chciałbyś w te
          rejony wybrać się raz jeszcze? Szczerze mówiąc
          zazdroszczę ci takich super przygód, masz co wspominać.

          Ja bardzo lubię podróżować, przeważnie w samotności,
          gdyż nie cierpię zorganizowanych wycieczek - 08:00
          śniadanie, plaża, 12:00 obiad, 18:00 kolacja i spać -
          to nie dla mnie. Jestem raczej indywidualistką.
          Ostatnio zawiesiłam podróżowanie z powodów
          niezależnych ode mnie, ale nadrobię to. I to wkrótce.

          Chciałam ci jeszcze odpowiedzieć na twoje pytanko
          dotyczące mojego nicka. Otóż naturalnie biorę tego
          nicka na poważnie, gdyż hackerką jestem. Ale nie bój
          się ;) zapewniam, że nikomu na szkodę nie działam, nie
          wkradam się do cudzych kompów i nie czyszczę dysków
          twardych. Jeśli ktoś próbuje wejść do twojego
          komputera to nie jestem to ja tylko moi koledzy po
          fachu. Nie znam nawet twojego IP więc nie mogę włamać
          się do ciebie :( Przy każdym poście na tym forum jest
          wyświetlany częściowy numer IP lub nazwa hosta. U mnie
          IP nie ma (hackerka nie może się ujawniać), a ty
          jesteś za każdym razem zalogowany, IP nie widać więc
          nie ma szansz by cię znaleźć. Reasumując nie obawiaj
          się mnie... i jeszcze jedno, jeśli masz dobrze
          skonfigurowany firewall to możesz spać spokojnie :)

          Wspomniałeś, że ukończyłeś Inżynierię Lądową na PW.
          Teraz chyba tego wydziału już nie ma, tak mi się
          wydaje. Ciężka szkoła, dla wybrańców. Musisz mieć
          niezłą mózgownicę skoro udało ci się taką uczelnię
          ukończyć no i taki prestiżowy zawód zdobyć...

          Jeeej! Już jest 2:30! Sorki, napiszę ci dalej jutro.
          Przecież ja się z łóżka nie zwlokę jutro! To pa i
          przyjemnej pracki na wykopaliskach ;)

          PS. Bardzo lubię żartować, więc nie obrażaj się jeśli
          czasem sobie pożartuję lub jakąś sarkastyczną uwagę
          rzucę.

          PS2. "Moi koledzy na Giełdzie porobili większe
          fortuny, niż ja overseas. No, ale oni nie pływali
          łódką po konfluencji (wiesz, co to jest?)" - nie :( :(
          nie ma pojęcia. Cóż to takiego??? Czy jak będę w twoim
          wieku to trochę rozumek mi się powiększy?

          papatki :)

          Hackerka

          • Gość: KR$ Re: do ciebie... IP: 162.70.83.* 24.01.02, 17:27
            Chaladia, ale cie ta niedorobiona hackerka podpuszcza... Ale mozesz pisac
            dalej - ciekawe - szczegolni, ze ja tez mam za soba pare lat expackiego zycia i
            planuje wiecej, niestety z racji zawodu do tak egzotycznych miejsc to raczej
            nie trafie...
            A na poczatku te wasze wylizywania sie brzmialy tak jakby to sie dziecmi mialo
            skonczyc, ale widac ze hackerka cie bierze pod wlos (we wszystkim). Sprobuj
            hackerko zhackowac mnie, OK? Mozesz mi wyczyscic twardy dysk - nie przejme
            sie... Komputer zostawiam wlaczony 24/h i podpiety do sieci.

            Pozdrawiam
            • chaladia Re: do ciebie... 24.01.02, 21:31
              No to się jakiś expat odezwał.
              A gdzie żeś Ty był i może masz coś do napisania o tym?

              Ja poza Bliskim Wschodem i paroma przypadkami zesłania w Kostromu (mniej-więcej
              1/3 drogi z Moskwy do Archangielska) to siedziałem jeszcze w Nadrenii-Wesfalii.
              Piękny kraj, ale to już nie było to samo.

              Pozdrawiam,

              Chaladia Bolandi
            • Gość: --Michal w kwesti formalnej IP: *.tiaa-cref.org 25.01.02, 16:18
              HACKER:
              A person who enjoys learning details of a programming language or system
              A person who enjoys actually doing the programming rather than just theorizing
              about it
              A person capable of appreciating someone else's hacking
              A person who picks up programming quickly
              A person who is an expert at a particular programming language or system, as
              in "UNIX hacker"
              ________________________
              CRACKER:
              is someone who breaks into someone else's computer system, often on a network;
              bypasses passwords or licenses in computer programs; or in other ways
              intentionally breaches computer security. A cracker can be doing this for
              profit, maliciously, for some altruistic purpose or cause, or because the
              challenge is there. Some breaking-and-entering has been done ostensibly to
              point out weaknesses in a site's security system.

              JA wiem ze pismaki czesto uzywaja tych terminow wymiennie (zabijcei mnie ale
              nie wiem czemu) ale zeby sie dogadac z kims z branzy to warto to (<-) wiedziec.

              PS
              Bardzo ciekawe te opowiesci P. Chaladia Bolandi.

              Pozdrawiam.
              • pieprzyc_konta_gazety Re: w kwesti formalnej 25.01.02, 16:32
                A to ciekawe definicje przytaczasz... Bo hacker to ktos kto wie jak sie wlamac,
                zazwyczaj rowniez wlamuje sie i nie zostawia sladow (wystarcza mu satysfakcja),
                natomiast ckracker to taki koles, ktory wlamuje sie i robi burdel. Zlozylem
                swoja propozycje poniewaz 'hackercka' nie jest ani jednym ani drugim.
                • Gość: --Michal Re: w kwesti formalnej IP: *.tiaa-cref.org 25.01.02, 17:40
                  Czym hackerka jest czy nie jest to nie moje miejsce stwierdzac. Proponuje cie
                  slownik pana Eric'a Raymond:

                  hacker:
                  [originally, someone who makes furniture with an axe] 1. A person who enjoys
                  exploring the details of programmable systems and how to stretch their
                  capabilities, as opposed to most users, who prefer to learn only the minimum
                  necessary. 2. One who programs enthusiastically (even obsessively) or who
                  enjoys programming rather than just theorizing about programming. 3. A person
                  capable of appreciating hack value. 4. A person who is good at programming
                  quickly. 5. An expert at a particular program, or one who frequently does work
                  using it or on it; as in `a Unix hacker'. (Definitions 1 through 5 are
                  correlated, and people who fit them congregate.) 6. An expert or enthusiast of
                  any kind. One might be an astronomy hacker, for example. 7. One who enjoys the
                  intellectual challenge of creatively overcoming or circumventing limitations.
                  8. [deprecated] A malicious meddler who tries to discover sensitive information
                  by poking around. Hence `password hacker', `network hacker'. The correct term
                  for this sense is cracker.

                  W znaczeniu 8 wytlumaczone jest ze czesto termin ten jest uzywany niepoprawnie.
                  Byc moze w j. polskim termin ten zmienil znaczenie, niesty nie mam dostepu do
                  zadnych polskich zrodel.

                  Pozdrawiam.
                  • pieprzyc_konta_gazety Re: w kwesti formalnej 25.01.02, 18:48
                    Nie wiem Michale co ten pan sobie pisze w slowniku, ja tylko wiem jak ludzie
                    mowia w srodowisku IT.

                    Pozdrawiam


                    KR$
                    • Gość: --Michal Re: w kwesti formalnej IP: *.tiaa-cref.org 25.01.02, 19:19
                      Chyba sie nie przekonamy. Obracamy sie najwyrazniej w roznych srodowiskach.
                      Moze nie wiesz kto to jest Eric Raymond (oczywiscie nie musisz nie ma w tym nic
                      zlego). Jest on zangazowany (jednym z tworcow- znaczniejszym) takich projektow
                      jak opensource.org, VA Linux, Python.
                      Powodzenia i Pozdrawiam.
                      PS.
                      Przepraszam innych czytelnikow tego watku za "smiecenie", to juz ostatni post.
                      • Gość: Hackerka Re: w kwesti formalnej cd. IP: *.*.*.* 25.01.02, 21:03
                        Przy okazji dodam coś:

                        "Definicja:
                        Haker -
                        Entuzjasta informatyki, użytkownik maszyny cyfrowej.
                        Osoba lubiąca poznawać w szczegółach systemy
                        programowania i rozszerzać ich możliwości, w
                        przeciwieństwie do większości użytkowników, którzy
                        wolą umieć tylko wymagane podstawy.
                        Ktoś kto programuje entuzjastycznie (wręcz obsesyjnie)
                        lub ktoś kto woli programować zamiast teoretyzować o
                        programowaniu, jest to zarazem programista posiadający
                        umiejętności pisania programów bez uprzedniego
                        przygotowania algorytmów.
                        Osoba doceniająca wartość haku.
                        Osoba będąca dobra w szybkim programowaniu.
                        Ekspert w danym programie, lub ktoś kto często pracuje
                        z jego pomocą, np.: "Unix haker".
                        Ekspert lub entuzjasta jakiegokolwiek rodzaju. Np.:
                        ktoś może być Hakerem astronomicznym.
                        Ktoś kto lubi inteligentne wezwanie do twórczości
                        ponad możliwości.
                        Rożnego rodzaju "wąchacz", próbujący znaleźć wrażliwe
                        informacje przez podpatrywanie. Ktoś taki
                        jest "password hacker'em", "network haker". Prawidłową
                        odmiana tego rodzaju osoby, jest "cracker"

                        Hasła etyki:

                        dostęp do systemu powinien być nieograniczony,
                        wszystkie informacje powinny być jawne i wolne,
                        promowanie wolności słowa i wymowy,
                        zdobywanie wiedzy w wszystkich możliwych dziedzinach,
                        udostępnianie wiedzy, którą zdobyłeś,
                        to co robisz na komputerze to sztuka i piękno,
                        komputer jest tylko urządzeniem ale może na zawsze
                        zmienić twoje życie."

                        jest to dosłowne przytoczenie ze znanej hakerom strony
                        internetowej.

                        Hackerka - to żeńska odmiana słowa hacker - z
                        angielskiego oczywiście. Nie wiem czy to oficjalnie
                        stosowana nazwa.

                        Crackerem nie jestem, ale bez crackerów ciężkie byłoby
                        życie...

                        pozdrowionka

                        Hackerka
                      • Gość: KR$ Re: w kwesti formalnej IP: 162.70.83.* 27.01.02, 18:42
                        Cos mi sie obilo o uszy o tym gosciu ;-), jednak warto rozroznic jego definicje
                        (a raczej ideal do jakiego w niej dazy) od rzeczywistosci...


                        Rowniez pozdrawiam

          • chaladia Pomarzyć dobra rzecz... 24.01.02, 21:57
            Hej!
            Dzięki za dobre słowo o moim pisaniu.
            Kiedyś (hackerka wtedy pieluchę w zębach nosiła, a praca overseas to dopiero
            było coś) nie było internetu, e-maili, rozmowę do Sudanu "zamawiało się" na
            poczcie i za 5 godzin można było liczyć na połączenie. Wtedy, siedząc na
            pustyni 26 km na północny zachód od Asjut nauczyłem się pisać listy. Strona A4
            linijka pod linijkę dziennie. Samo wysyłanie to była operacja - trzeba było
            pojechać do miasta na pocztę i liczyć, że akurat nie będzie riotu. Wtedy
            rozruchy byłly w Asjut średnio do trzy dni. Inny sposób (szybszy) to było
            wykorzystanie "okazji" czyli kogoś wracającego do kraju. Dlatego zawsze
            mieliśmy ze sobą sporo polskich znaczków poczyowych. Problem polegał na tym, że
            inflacja galopowała i stale rosły opłaty. Naklejało się tego po kilkanaście
            sztuk. Dziś, klepie się na klawiaturze e-maile i kaligrafia upada, ortografia
            też. Albo się ma papier, że się jest dyslektykiem, albo automatyczny spell-
            check. Takie czasy.

            W Sudanie żyje jeszcze zapewne coś około 20 milionów ludzi. Marnie żyją i pies
            z kulawą nogą się tym nie interesuje. Jest tu na Forum niejaki Nossos, który
            przedrukowuje jakieś artykuły na temat wojny i okrucieństwa tamże. To chyba
            jakiś misjonarz i pokazuje wszystko dość jednostronnie, ale tak naprawdę to
            jest gorzej, bo wszystkie strony są podobnie okrutne. Chartum, Omdurman i
            Chartum Pólnocny leżą u zbiegu Nilu Białego i Błękitnego w Nil (the Nile). I to
            jest właśnie ta konfluencja (the Confluence). Sporo Białych w XIX wieku zginęło
            po drodze, żeby to zobaczyć. Konfluencja nprawdę wygląda jak kreska w wodzie
            oddzielająca relatywnie czyste wody Nilu Błękitnego (płynie z gór Etiopii) od
            białych wód Nilu Białego (prawie stoi w bagnach i rozlewiskach Sudd).
            Jakie-takie miasta to jeszcze Port Sudan i może Kosti. Reszta to kompleksy
            lepianek. Rabak ma 40 tysięcy mieszkańców i składa się prawie wyłącznie z chat
            z trzciny. Ciekawe jest, jak oni tam mają zorganizowaną ochotniczą straż
            pożarną - przy każdej chacie stoi beczka z wodą,a w niej skóry owcze lub kozie
            (z futrem). Jak tylko coś się zaczyna palić, wszystcy łapią za te ociekające
            skóry, biegną z nimi do ognia i zarzucają płonącą trzcinę mokrymi skórami.
            dzięki temu większych pożarów tam prawie nie bywa.

            Co do Twoich uwag o turystyce tzw. zorganizowanej - jest jeszcze parę biur
            podróży, które organizują turystykę kwalifikowaną. 14 dni samego zwiedzania, od
            rana do wieczora. Jest Nil-Pol Tour, jet Logos Tour, jest w końcu Sigma Travel.
            Jeżeli masz ochotę zwiedzać np. Egipt, to najlepiej tak. 99% Egiptu jest nie
            dla turystów. Rażące inóstwo, brud, warunki higieniczne nie dla Białego. No i
            tka zorganizowana wycieczka nie musi się martwić o hotel, jedzenie, transport
            itp, a na Bliskim Wschodzie takie sprawy załatwie się bardzo, bardzo powoli.
            Pośpiech jest oznaką złego wychowania, ba - zniewagi.

            Miło mi w imieniu swoim i PT Współabsolwentów, że uważasz IL PW za "szkołę dla
            wybrańców". No to jest tych wybrańców trochę, chyba parę tysięcy...

            Pozdrawiam,

            Chaladia Bolandi




            • Gość: Kasia Re: Pomarzyć dobra rzecz... IP: *.swiecko.sdi.tpnet.pl 24.01.02, 22:35
              Świetnie Pan pisze, bardzo podoba mi się Pana historia. Pozwolę sobie nadal
              podglądać Pana rozmowy z Hakerką. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy!
              Pozdrowionka.
              • chaladia Re: Pomarzyć dobra rzecz... 24.01.02, 23:41
                Don' call me "Sir", Young Lady.
                To nie Sudan, a Ty nie "Local"

                Kind Regards,

                Chaladia Bolandi.
                • Gość: Kasia Re: Pomarzyć dobra rzecz... IP: *.swiecko.sdi.tpnet.pl 25.01.02, 01:38
                  Przepraszam bardzo. A co do mnie nie jestem już taka "young", a "lady" to już
                  napewno nie.
                  Pozdrawiam.
                  • Gość: Hackerka Lady IP: *.*.*.* 25.01.02, 02:03
                    Myślę, że zwrot 'Lady' oznacza 'dama'. Szacowny Pan
                    Chaladia Al Bolandi, podróżnik wszechczasów i
                    absolwent Politechniki Warszawskiej, bywalec
                    najważniejszych wykopalin architektonicznych jest
                    gentelmanem i takie określenie stosuje do kobiet.
                    Najlepiej jeśli on wyjaśni znaczenie słowa Lady. Ale
                    myślę, że young lady to jest pozytywny zwrot,
                    oznaczający panienkę czy pannę nawet w odniesieniu do
                    jakiejś matrony ;)

                    Nie jestem zbyt dobra w angielskim, praktycznie go nie
                    znam, więc nie chciałabym wprowadzać kogoś w błąd.

                    Służę radami w języku niemieckim.

                    Chaladia, do mnie możesz mówić Lady, Miss itp. nie
                    obrażę się. Już byłam nazwana Szanowną Wielbłądzicą
                    przez Chaladię i przez to bolał mnie brzuch przez dwa
                    dni ze śmiechu.

                    Ale w wolnej chwili wyjaśnij znaczenie użytych przez
                    ciebie słów..

                    No, a teraz dobranocka wszystkim

                    Hackerka
                    • Gość: Kasia Re: Lady IP: *.swiecko.sdi.tpnet.pl 25.01.02, 06:27
                      "Przepraszam bardzo" dotyczyło określenia "Pan", a reszta to żart.
                • Gość: Hackerka ha IP: *.*.*.* 25.01.02, 01:48
                  No widzisz, nie tylko mi podobają się twoje opowieści
                  o ciekawej treści. Podejrzewałam, że tak będzie,
                  przyciągniesz słuchaczy jak na magnes...

                  I proszę się ze mnie nie śmiać, że w czasach, gdy ty
                  piłeś browarka z kumplami ja martwiłam się o moją
                  pieluszkę! Dobrą stroną mojego wieku jest to, że mniej
                  doświadczyłam ówczesnego systemu. Jednak pamiętam, jak
                  musiałam stać godzinami przed sklepem aby kupić kilka
                  pomarańczy i jaka byłam szczęśliwa, gdy znalazłam na
                  chodniku kartkę na 1 litr alkoholu i wymieniłam ją na
                  1 kg cukierków. To była radocha! Teraz trudno naszym
                  dzieciom pojąć, że kiedyś nie było w sklepach
                  cukierków. W zasadzie nic nie było! Mieszkałam wtedy w
                  małym mieście, na prowincji, a tam były zupełne
                  pustki. W Warszawie może sytuacja była lepsza, nie
                  wiem. "Ratował" nas brat mojej mamy, który był (i jest
                  nadal) księdzem proboszczem. Otrzymywał niezłe tzw.
                  dary z zagranicy. Przynajmniej dzięki niemu
                  wiedziałam, jak smakuje czekolada. A był jeszcze drugi
                  wujek, kolejarz, który otrzymywał ze swojego
                  przedsiębiorstwa różne dobra i dzielił się nimi z
                  rodzinką. Chyba dlatego, zafascynowana "bogactwem"
                  kolei moją edukację powierzyłam Technikum Kolejowemu.
                  Jednak po skończeniu szkoły okazało się, że kolej
                  padła :( i nie mogłam już korzystać z jej
                  dobrodziejstw. Mówią co niektórzy, że mam dobry zawód:
                  polerowacz szyn. To chyba neologizm. W każdym razie
                  jak nadejdą lepsze czasy skorzystam pierwsza :)

                  Trochę zeszłam z tematu, ale przynajmniej cosik
                  dowiedziałeś się o mnie... Jak pisałeś o
                  wielogodzinnym oczekiwaniu na połączenia z Sudanu to
                  przypomniało mi się, że u nas przecież było
                  identycznie. Pół dnia czekania na połączenie do
                  Warszawy było na porządku dziennym. Rozmowy
                  błyskawiczne, telefony na korbki - a teraz... nie
                  można nadążyć za postępem technicznym.

                  Kończę moje wywody, następnym razem powiem ci kim
                  jestem, jeśli oczywiście chcesz.

                  No i nie powiedziałeś mi jeszcze, cudzoziemcze, gdzie
                  mieszkasz. acha Czy nie zauważyłeś, że twój nick
                  arabski 'ma brzmienie żeńskie? Stąd te pomyłki.
                  Widziałam twoje posty-rozważania o Gierku i innych
                  podobnych - gdzie zacięcie trzymałeś się swojej
                  pozycji, tam też pomylono twoją płeć tak, jak ja to
                  uczyniłam.

                  I znowu siedzę tak długo. Jutro piątek, korków masa, a
                  mnie czeka trochę jazdy. Dla relaksu chyba wyskoczę do
                  IKEA, jeszcze nie byłam tam po remoncie.

                  Pozdrawiam

                  Hackerka
                  • chaladia Różne zaległości... 25.01.02, 08:38
                    Parę rzeczy stało się już zaległościami na tym poście, więc uzupełniam:
                    Dla małoletniej Hackerki-
                    KDL to były Kraje Demokracji Ludowych, czyli w praktyce Układ Warszawski +
                    czasami Jugosławia. Praca na budowach tam była płatna mniej-więcej o połowę
                    niżej niż np. w Libii czy Iraku. W porównaniu z RFN-em to by było jeszcze
                    bardziej szokujace.
                    p.o.p. to Podstawowa Organizacja Partyjna RZPR. Ciało kolektywne ważniejsze od
                    syrektora, który zresztą był z reguły jej członkiem.
                    OPZZ to taki związek zawodowy jak "Solidarność", tyle, że wręcz przeciwnie.
                    Powołany jako przeciwwaga dla tejże.
                    • Gość: Hackerka Re: talent oratorski Chaladiego IP: *.*.*.* 25.01.02, 21:12
                      Tak, widzę, że Pan Chaladia powinien zostać mówcą
                      publicznym. Jego wypowiedzi stały się interesujące nie
                      tylko dla mnie, ale dla szerszego grona użytkowników
                      tego forum.

                      Więc proponuję, tak po wirtualnej znajomości, abyś -
                      Chaladia, opowiadał nam dalej swoje przygody, których
                      chętnie posłuchamy.

                      pozdr.

                      Hackerka

                      • Gość: Hackerka the end IP: *.*.*.* 25.01.02, 21:41
                        ...Chaladia, ze względu na niestosowne uwagi osób
                        trzecich nie mogę kontynuować naszego dialogu na forum
                        publicznym.

                        Dziękuję ci bardzo za wspaniałe opowieści.

                        Teraz będę miała w weekend mnóstwo pracy z moim
                        kompem. Muszę wszystko zdeinstalować. Zgroza.

                        Pozdrawiam cię serdecznie

                        Beata
                        • Gość: --Michal Re: the end IP: *.tiaa-cref.org 25.01.02, 21:46
                          Przepraszam jezli to z mojego powodu, zupelnie nie zamiezenia. Powodzenia w
                          pracy.
                          • Gość: Hackerka Re: the end IP: *.*.*.* 25.01.02, 23:53
                            Michał, to nie z twojego powodu, zapewniam.
                            Ach, westchnęła niewiasta, trudne jest życie
                            hackerki ;)

                            pozdrawiam all


                        • chaladia Re: the end 25.01.02, 21:50
                          Adres skrzynki na Gazeta.pl widać przy moich postach.
                          A tak w ogóle, to ja bym tych, co się wtrącają nie na temat olewał i basta.
                          Piszę na Forum, a nie e-maile także dlatego, iż mam cichą nadzieję, że się
                          jeszcze jakiś inny expat odezwie z czymś ciekawym. W latach '80 było nas
                          Polaków overseas paręnaście tysięcy...
                        • Gość: KR$ Re: the end IP: 162.70.83.* 27.01.02, 19:04
                          Jakie to delikatne dziewczatko sie nagle zrobilo... :-D
                      • chaladia Re: talent oratorski Chaladiego 27.01.02, 00:40
                        Hackerko, nie zawstydzaj mnie.
                        Z ekranu "Forum" patrzy na mnie z banneru z pogardą Mistrz Ryszard Kapuściński,
                        więc starczy mi tego stressu i bez tego.

                        Trochę jestem zawiedziony. Piszę i piszę, dla Hackerki oczywiście przede
                        wszystkim, ale też i z nadzieja, że się jeszcze jakiś oberżyświat odezwie i też
                        coś o sobie napisze. W Red Lyonie (to taki expacki pub) nad Khorem w Dubaju
                        wystarczy, że ktoś przy piwie palnie jedną taką story, a potem może się
                        wyłączyć i słuchać innych. A i piwo czasem postawią, co jest dobrą rzeczą i
                        chwalebną wielce. Nawet jak ma się stawkę około 5000 USD (takie one tam
                        przeciętnie są) przyjemnie jest pić za stawiane, zwłaszcza że piwo tam tanie
                        nie jest.
                        A propos piwa i alkoholu w ogóle. Prorok Mahomet zakazał swoim wiernym
                        picia „wina”, bo tylko w tej postaci znał produkt fermentacji alkoholowej.
                        Bardzo słusznie uczynił i mądrze czynią mułłowie, gdy zakazują swoim owieczkom
                        także picia piwa, a zwłaszcza „wody ognistej” (co jest trochę nadinterpretacją
                        Koranu). Alkohol w suchym i gorącym klimacie jest wyjątkowo zdradliwy. Z
                        różnych apokryfów koranicznych wynika, że zwolennicy Mahometa nie raz i nie dwa
                        zdobywali jakieś miasto, które nie chciało uznać nowej religii, a następnie
                        spragnieni dobierali się do piwniczek i jeżeli w podbitym mieście ocalało choć
                        kilku nawet rannych obrońców, to potrafili sobie poradzić z kompletnie
                        pijanymi „zwycięzcami”.
                        Moje pierwsze szkolenie BHP na Bliskim Wschodzie brzmiało: Od wschodu do
                        zachodu słońca pij tylko wodę (nie gazowaną oczywiście), ewentualnie herbatę.
                        Jak słonko zajdzie można pić coca-colę i piwo, pod warunkiem, że się wcześniej
                        ugasi pierwsze pragnienie wodą. Po dwóch godzinach uganiania się po budowie w
                        temperaturze 45-50 stopni C i przy wilgotności bliskiej zera człowiek jest w
                        stanie wypić bez odrywania butelki od ust nawet 1,5 l wody. Organizm chwyta
                        pierwszy lepszy płyn, jaki zostaje wlany do gardła i przetłacza go do krwi. To
                        niewiarygodne, jak szybko po wypiciu woda zostaje przeniesiona przez krew do
                        skóry, by ją schłodzić. Wystarczy chyba 1 minuta, by zlać się potem. Jeżeli
                        jednak zamiast wody będzie tym płynem piwo lub nie daj Boże coś mocniejszego,
                        to choćby to był równoważnik 50g czystego spirytusu, spowoduje on chwilowy
                        wzrost poziomu alkoholu we krwi do rzędu 4 promili.
                        Widziałem w Sakkarze (to pod Kairem) następującą scenkę. Przyjeżdża autokar z
                        Niemcami pod „restaurację”. Restauracja tam to jest namiot podobny do
                        cyrkowego, tyle że bez ścian bocznych. Proste stoły, krzesełka i to wszystko.
                        Wyłażą z autobusu Niemcy, pewno ze 4 tuziny potężnych Teutonów w krótkich
                        spodenkach, do tego nieduży przewodnik Egipcjanin i jeszcze mniejszy kierowca.
                        Wszyscy oczywiście spragnieni po kilku godzinach zwiedzania piramid, Serapeum,
                        mastab i czego tam jeszcze. Barman i kelner w jednej osobie wystawia na ladę
                        wodę i plastykowe szklanki. Niemcy protestują, żądają piwa. Gość pokazuje na
                        niebo, że słońce niemal w zenicie, Niemcy biorą to za obrazę, na kontuar lecą
                        50-markówki (dla Egipcjanina – fortuna), więc facet w galabiji wzrusza
                        ramionami i wystawia „Stellę” (lokalne piwo). Niemcy nalewają sobie obficie,
                        szklankę po szklance... i po paru minutach jeden po drugim robią „fik” pod
                        stół. Widowisko pierwsza klasa, bo przewodnik z kierowcą próbują powsadzać ich
                        z powrotem do autokaru (bardzo wysokiego) Co jednego wsadzą i wracają po
                        następnego, ten już wsadzony wypełza na czworakach na zewnątrz. Siedziałem i
                        gapiłem się na to z ogromną satysfakcją, jak ten Herrenvolk się kompromitował
                        na oczach Untermenschów...
                        Oczywiście taka groteska mogła się skończyć fatalnie. W Sudanie jeden niezbyt
                        widać lubiany gość przyjechał z Polski na delegację, został oprowadzony po
                        budowie (parę godzin po upiornym skwarze dla niezaklimatyzowanego człowieka to
                        niemal zabójcza dawka i bez alkoholu), a następnie „ugoszczony” samogonem
                        rozcieńczonym Pepsi. Było tego nie więcej niż 25g czystego spirytusu, ale gość
                        po wypiciu zaczął „odjeżdżać”. Całe szczęście, że nasz Vet, czyli kontraktowy
                        lekarz wiedział co czynić (kilkanaście lat praktyki w Afryce), zaaplikował
                        płukanie żołądka, lewatywę (szlauchem, byle szybciej, to było zrobione) i
                        jakieś kroplówki - no i nie trzeba było wzywać BONGO...
                        A z drugiej strony – na porządnych brytyjskich kontraktach prowadzonych przez
                        firmy z kolonialnymi tradycjami bywał (może i nadal jest) zwyczaj, że po
                        kolacji wszyscy na campie idą do swoich kabin, kąpią się, myją ząbki, ubierają
                        pidżamy i z powrotem podążają do jadalni. Tamże najstarszy rangą otwiera
                        specjalną szafkę, wyjmuje „służbową” butelkę whisky, nalewa każdemu, wszyscy
                        stają twarzą do porteru HM Eli 2 i „Gentlemen, the Queen”. To nie jest taki
                        przejaw uczuć lojalistycznych – chodzi o przepłukanie dziąseł mocnym spirytusem
                        w celu dezynfekcji. Instrukcja wyraźnie mówi, żeby płukać, a "Muzułmanie potem
                        mogą wypluć". Jakoś podobno taki przypadek jeszcze się nie zdarzył.
                        Ostatnio whisky zastępuje Water Pik... A to urządzenie już nie wymaga
                        okazywania szacunku JKM.

                        Chaladia Bolandi
                        • Gość: Hackerka Re: cd IP: *.*.*.* 01.02.02, 15:21
                          Chaladia, jasne, ze czytam twoje wspaniale
                          opowiadanka, nawet po kilka razy. I zapewniam, ze nie
                          piszesz w proznie, bo czytelnikow masz wielu.

                          Ja tez mam nadzieje, ze odezwie sie jeszcze podobny
                          oberzyswiat jak ty i napisze o swoich przygodach.

                          A moze dobrym pomyslem jest wydanie ksiazki o tej
                          tematyce? Zapewne znalazloby sie wydawnictwo chcace
                          opublikowac takie wspomnienia. Poprosze wtedy o jeden
                          egzemplarz z twoim autografem :)

                          Poki co mamy, my czytelnicy, a ja w szczegolnosci,
                          pocieszenie w postaci lektur, pisanych wlasnorecznie
                          przez Chaladie.

                          pozdr
                          • Gość: Hackerka warunki klimatyczne IP: *.*.*.* 01.02.02, 19:34
                            Witam ponownie, w twojej ostatniej wypowiedzi
                            zwrocilam uwage na to, ze wilgotnosc powietrza na
                            Bliskim Wschodzie jest bliska zeru, jak napisales.
                            Jesli chodzi np. o Al-Imārāt al-'Arabiyyah al -
                            Muttahidah wilgotnosc powietrza siega 80% i dlatego
                            wlasnie taki klimat jest szczegolnie meczacy dla
                            czlowieka. Mysle, ze chyba pomyliles sie mowiac o
                            zerowej wilgotnosci powietrza.

                            Wspomne przy okazji, ze na Polwyspie Arabskim (m.in.
                            Emiraty, Oman, Bahrajn) zauwazylam, ze nawet
                            najbiedniejszy mieszkaniec posiada w domu czy baraku
                            klimatyzacje i samochod. Bez klimatyzacji trudno
                            byloby komukolwiek przetrwac i bez samochodu /z
                            klimatyzacja oczywiscie-podobnie - jedyny srodek
                            lokomocji dla tubylcow.

                            Nie wiem jak jest w Egipcie, ale mysle ze podobnie.

                            pozdr., Hackerka
                            • chaladia Re: warunki klimatyczne 02.02.02, 00:35
                              Warunki na wybrzeżu są diametralnie różne od tych w interiorze. To prawda. Z
                              reguły na wybrzeżu jest o 10 stopni mniej, ale wilgotność powyżej 80%. Trudno to
                              wytrzymać i dlatego w takie miejsca się nie wybieram, jak nie muszę.
                              Co do Emiratów, to rację mamy oboje - na wybrzeżu, czy to zatoki (Dubaj, Abu
                              Dhabi), czy Oceanu Indyjskiego (Fujairah) wilgotność jest bliska 100% i bez
                              klimatyzatora trudno żyć. Za to w interiorze (Al Ajn) jest prawdziwy raj na
                              ziemi, oazy jak z Baśni o Sindbadzie Żeglarzu (z tych terenów miał on podobno
                              pochodzić). Minimalna wilgotność, chłodne źródełka i piękna roślinność.
                              Oczywiście dla wybranych. Nie ma tam przemysłu, tylko rezydencje bogatych
                              szejków, uniwersytet i to wszystko.

                              W Egipcie klimatyzacja jest dość powszechna, ale nie wszędzie, często spotyka się
                              stare nawilżacze, które więcej szkodzą niż pomagają - wprawdzie zbijają
                              temperaturę o parę stopni, ale podnoszą wilgotność o parędziesiąt procent. Nawey
                              w Luksorze nie wszystkie hotele mają klimatyzację.
                              W Sudanie klimatyzację mają tylko najbogatsi, a i tak nie wszystcy mogą z niej
                              korzystać, bo częste sa wyłączenia energii elektrycznej. Wtedy, kto może,
                              uruchamia mały generatorek. Ten jednostajny terkot setek generatorków najbardziej
                              kojarzy mi się z życiem na Bliskim Wschodzie (oczywiście nie w superbogatych
                              państwach nad Zatoką).

                              Pozdrawiam,

                              Chaladia Bolandi.
                          • chaladia Another Installment 02.02.02, 00:20
                            Teraz będzie o pieskach.
                            Generalnie Muzułmanie psów nie mają w poważaniu, wolą koty. Ma to jakiś związek
                            z apokryfem koranicznym mówiącym, że pies Mahometa ugryzł, a kot mu ranę
                            wylizał. Mahomet podobno bardzo lubił koty... No i dziś koty w Kairze mają się
                            doskonale. Psy mają się znacznie gorzej, choć jest ich całkiem sporo. Od czasów
                            Al Hakima, który kazał podobno wszystkie psy w Kairze wytłuc jakoś dają sobie
                            radę.
                            Ponieważ każdy „typowy” Egipcjanin, jeżeli będzie mógł, to w psa kamieniem
                            rzuci, inteligentne zwierzaki nauczyły się spać na dachach samochodów –
                            samochód, czyli „arrabija” dla Egipcjanina to świętość niemal tak samo, jak dla
                            Polaka, więc trudno sobie wyobrazić, by ktoś odważył się rzucać kamieniem w psa
                            na samochodzie – co by to było, gdyby chybił...
                            Ja psy zawsze lubiłem i bardzo mi się to nie podobało. Jednakże pracując na
                            pustyni za Asjut spotkałem się z innymi psami, całkiem niebezpiecznymi.
                            Półdzikimi psami, żyjącymi w stadach na pustyni za miastem. W Egipcie wielu
                            jest głodnych, ale także wielu może sobie pozwolić na napełnienie brzucha do
                            syta. I tu powstaje problem. My, Expaci staraliśmy się nakładać sobie na talerz
                            tyle, ile planowaliśmy zjeść, gdyż uważaliśmy wszelkie marnotrawstwo żywności w
                            takich warunkach za wielki nietakt. Nasi egipscy współpracownicy natomiast
                            postępowali wręcz odwrotnie – nakładali sobie na talerze tyle, ile się
                            zmieściło, a potem 90% tego szło na wysypisko śmieci. Jeszcze przykrzejszy
                            widok można było zobaczyć „w mieście”: zamożny Arab zamawia w restauracji z
                            ogródkiem kopiasty talerz jakichś sałatek, mięsa itp., po czym czeka, aż za
                            płotkiem odgradzającym ogródek restauracji od ulicy zbierze się grupka głodnych
                            dzieci patrzących łakomie na jedzenie. Wtedy, pojadłszy trochę, resztę wywala
                            do kosza na śmieci. Dzięki takiej gospodarce żywnością, na wysypiskach śmieci
                            za każdym egipskim miastem doskonale mogą się wyżywić ogromne watahy psów. Są
                            one pół-dzikie i całkiem niebezpieczne. Jak się komuś zdarzy, że jadąc po
                            pustyni „złapie gumę”, a w pobliżu jest taka wataha, to lepiej nie ryzykować
                            naprawy...
                            Oczywiście rząd egipski wyznacza strażników odpowiedzialnych za tępienie
                            dzikich psów. Niedaleko naszej budowy był przepust pod drogą. Taki gafir
                            (strażnik) ze starym karabinem Enfielda, od którego oczekiwano polowania na psy
                            spał w tym przepuście przez cały dzień. A z karabinu w większe święta walił
                            obficie na wiwat.
                            Kolega w Libii całą noc przesiedział na dachu Land Rovera na pustyni, oganiając
                            się przed psami kluczem do kół. Nad ranem z opresji wybawił go jakiś Libijczyk,
                            który dysponował bronią i psy powystrzelał. To jest jednak opowieść z
                            przeszłości, dokładniej sprzed rozpoczęcia budowy Great Man-Made River, czyli
                            gigantycznego rurociągu transportującego wodę z ujęć przy granicy sudańskiej na
                            Wybrzeże Morza Śródziemnego. Przetarg na ten rurociąg wygrali Koreańczycy i
                            sporo ich do Libii zjechało. W krótkim czasie dzikie psy w Libii najpierw
                            przestały być problemem, a potem przestały być w ogóle.
                            • chaladia Hackerko, pocztraj wątek KNPS2 06.02.02, 21:12
                              Hackerko,
                              Poczytaj wątek Khartoum North Power Station 2 w "Poszukuję Krewnych i Zajomych"
                              A tak w ogóle, to po ewentualnym przeczytaniu zostaw jakieś potwierdzenie, żeś
                              to widziała.

                              Pozdrawiam,

                              Chaladia
                              • Gość: fanny Re: podziekowania dla Chaladii IP: *.chello.pl 07.02.02, 13:06
                                Chaladio, musze przyznac, ze czytam sobie i mezowi Twoje zajmujace opowiesci i
                                wiele z tego mamy frajdy. Tym bardziej, ze znamy troszke Egipt, choc jedynie
                                jako turysci. Ale w nowym miejscu zawsze wolimy poczuc je i jego ludzi, niz po
                                muzeach ganiac. Dlatego Twoje historie szalenie nam sie podobaja.

                                Od siebie dodam, ze bardzo imponuje mi Twa skromnosc, z ktora piszesz o swojej
                                obecnej pracy - "siedzenie w dziurze u sir Normana" :-)))
                                Zazdroszcze Ci tego swiadkowania narodzinom przestrzeni, po ktorej tysiace
                                ludzi chodzic bedzie nad "ta dziura", czujac, badz nie czujac, ze obcuja z
                                czyms wyjatkowym.
                                (nie zamierzalam byc taka patetyczna, ale sam wyszlo)

                                Pozdrawiam
                                • chaladia Continued... 09.02.02, 22:37
                                  Mam nadzieję, że bezsensowne skądinnąd i nie na temat uwagi KR$ nie odbiły się
                                  na Waszym pożyciu małżeńskiem.

                                  Wczoraj byłem na "integracji" u mojego aktualnego Pracodawcy. Setka profanów
                                  dla których "wyjazd" to jest delegacja na budowę do Łodzi, ale znalazło się też
                                  trzech ex-ME Expatów, czyli niżej podpisany i dwóch "Libijczyków".
                                  Powspominaliśmy sobie dawne dobre czasy, a z życia wielkich polskich campów w
                                  Libii w latach '80 najgoręcej dyskutowany był temat nielegalnej produkcji
                                  samogonu.
                                  Ja osobiście piję niewiele i napewno nie samogon, ale opowieści o metodach,
                                  wykorzystywanych do produkcji urządzeniach, sposobach ukrywania procederu przed
                                  campowym i zwłaszcza przed libijską policją, na koniec o rajdach tejże policji
                                  na campy, gdy proceder przekraczał dopuszczalne granice były superciekawe.
                                  Może któryś Chaładzia Libii się odezwie?

                                  Chaladia Bolandi
    Inne wątki na temat:

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka