chaladia
09.01.02, 23:19
To jest ciąg dalszy wątku przeniesionego z Forum "Wszystko o Zdrowiu i
Wychowaniu Dzieci" - jako że strasznie odszedł od tematu.
Jak zostałem ME Expatriatem...
Pomysł na expatriackie życie wpadł mi do głowy jeszcze w liceum, wtedy (wczesne
lata ’70) to był doskonały sposób na zwiedzenie świata, zarobienie pieniędzy
(może i lepszych niż trafiały się "badylarzom") i do tego gwarancja pracy w
ciekawym i kulturalnym towarzystwie bez konieczności przesadnego kłaniania się
Sile Przewodniej. Oczywiście musiałem wcześniej przepracować na budowie w kraju
5 lat, żeby dostać uprawnienia i czegoś się tam nauczyć. Ciężkie to były lata,
bo i stan wojenny i fakt, że zupełnie nie pasowałem do moich wiecznie zapitych,
chamskich i podkradających co się dało z budowy kolegów inżynierów. Takie czasy
były...
W 1985 roku przeniosłem się do firmy parającej się wyłącznie eksportem
budownictwa. Na początek posłali mnie oczywiście do pracy w obsłudze rynków KDL-
i, dokładniej NRD. Rządziły tam niestety Partia i OPZZ. Żeby wyjechać na
podrzędne stanowisko za marne pieniądze trzeba się było ciężko napracować i
jeszcze mocniej poniżyć przed przełożonymi.
Ale wkrótce trafiła mi się okazja: przychodzi do mnie kolega MW, mechanik-
energetyk i powiada: "mamy prekwalifikację do pracy w Egipcie, Klient będzie
egzaminował naszych inżynierów, także budowlańców, a że ja nie odróżniam
cementu od betonu - przyjdź i pomóż swoją wiedzą". Zwolniłem się więc u mojego
szefa i poszedłem. Egzamin - zupełna poruta. Zgłosili się albo angliści nie
potrafiący czytać rysunku technicznego, a co dopiero powiedzieć, co trzeba z
tym zrobić, albo fachowcy, ale ledwo dukający po angielsku. Napociłem się
srodze tłumacząc Klientowi, że trudno się uczyć języka i pracować itp. Ale i
tak nikogo nie wybrał. Na koniec mówi - "a ty co, mówisz swobodnie po
angielsku, znasz się na robocie, ja ciebie biorę!"
Ja na to (naiwny młody człowiek wychowany w komunizmie) że na to musi być
kwalifikacja przez p.o.p. i dyrekcję. No to się obśmiał i mówi, że to już
załatwione. MW kazał mi cicho siedzieć. Wróciłem i mówię szefowi, żeby mi dał
obiegówkę, bo wyjeżdżam do Egiptu. Faceta zatkało. Bez stażu w KDL-u, bez
rekomendacji p.o.p. i w ogóle bez JEGO(!) zgody. Ale ja już należałem do innego
świata.
I tak cały 1987 rok spędziłem w Asjut w środkowym Egipcie. Dziś to by było
niemal samobójstwo, ale wtedy było nas, Polaków w Asjut sporo. My -
Costainowcy, paru facetów od Petera Caludiusa, jacyś specjaliści ze Stalowej
Woli, no i misjonarz.
Asjut dzisiaj jest strefą zamkniętą z powodu mordów popełnianych przez
islamistów na Białych, zwłaszcza turystach. Ci islamiści mają swoje centrum na
Uniwersytecie w Asjut. Ale w 1986/7 roku Bracia Muzułmańscy uważali nas,
Polaków za „bratnie dusze”. Oni walczyli z reżimem Mubaraka, a my z Jaruzelem.
Trafiało się, że przejeżdżaliśmy przez manifestacje Bractwa i oni zawsze
uśmiechali się i machali do nas: „Bolanda queis” wołali (Polska dobra). Myślę,
że dziś każdy z tych panów zarżnął by mnie jak barana na Qubran Bajram. Takie
mamy czasy, niestety.
Tyle na początek.
Zaraz ktoś się przyczepi, że takie rzeczy nie na temat na Forum wypisuję.
Ale to chyba najodpowiedniejszy do tego celu kawałek Forum, na pewno lepszy niż
ten dla PT Rodziców.
Może się zresztą jeszcze jakiś inny Expat odezwie? Ja, jeżeli Cię to
zainteresowało, będę perypatetycznie kontynuował.
Salaamu Wa-alleikum,
Chaladia Bolandi