toskania8
13.06.07, 23:11
nie byłabym sobą, gdybym nawet z takiej krótkiej wykapki nie spisała
wspominek, oto one, tym razem w całości (chyba, że mi zje końcówkę, to zaraz
dodam).
Na ten dzień z niecierpliwością czekaliśmy od dawna, spotkanie było umówione
już wiele miesięcy temu. I oto nadszedł upalny poranek.
Parę jakichś całkiem nieważnych spraw biurowych i, zgodnie z naszym zwyczajem
ruszamy przy dźwiękach krakowskiego hejnału.
Czerwcowa zieleń zachowała jeszcze soczystą wiosenność, w przydrożnych
ogródkach kwitną pęki piwonii, białe margerytki mrugają żółtym oczkiem, stoją
dumne irysy, dobiegnie nas czasem smużka jaśminowego oszołomienia.
Pola to ścielą się rozległymi widokami, to znów marszczą drobnymi tu jeszcze
pagórkami.
Dojeżdżamy do Brodnicy. Senne nieco, ale miłe i zadbane miasteczko,
bezpieczne pod opieką wciąż jeszcze potężnej krzyżackiej baszty. Gotycki
kościółek opodal rynku, parę kolorowych kamieniczek.
Kawa dodaje nam sił. Dodatkową, choć niespodziewaną atrakcja okazują się być
liczne sklepiki.
Za Brodnicą już pierwsze parki krajobrazowe, pojawiają się jeziorka, las
gęstnieje. Droga jest puściutka, więc nadrabiamy zmitrężony czas.
W Rucianem wreszcie spotkanie! Rzucamy się sobie na szyję z radością, po
chwili ruszamy do naszego domku.
Prawdziwym zrządzeniem losu okazuje się być brak miejsc w pensjonaciku w
Zamordejach! Uśmiechnięta Pani Małgosia wychodzi nam na spotkanie, Pan Adam
pomaga zaparkować, wnosi bagaże. Komitet powitalny powiększa się jeszcze o
dwie latorośle gospodarzy, łaciatą kotkę i niezwykle towarzyskiego kundla.
Cisza, las dookoła, czyściutki, miły domek, prawdziwy raj dla naszych
skołatanych głów.
Andrzej prowadzi nas nad jezioro. Zna tu każe drzewo, potrafi powiedzieć, ile
urosło od zeszłego roku. Zupełnie inaczej oglądać będziemy te miejsca, Jego
miłość do tych zakątków, do drzew, ptaków i ludzi jakoś nam się udzieli,
będzie nam się trochę wydawało, że też je znamy.
Niskie już słońce sieje ostatnie błyski, rzuca je na wodę. Już wiemy, że to
będą piękne dni.
Pora na wieczerzę. Polędwiczka z jelenia pachnie lasem, dymem i ziołami,
paruje miseczka młodej kapustki.
Zaśniemy dziś natychmiast.
Budzi nas słońce przesiewające się przez firankę. Dzień będzie upalny.
Po śniadaniu jedziemy na Zamordeje. Ładnie tu i miło, ale wolimy nasza
chatkę, jest tam spokojniej.
Rozgrzany słońcem las pachnie żywicznie. Pomału czuję, jak z każdym oddechem
puszcza obręcz ściskająca moją skołataną kontraktami inwestorskimi i
funduszami sekurytyzacyjnymi głowę. Wszystko odpływa, staje się odległe i
nieważne. Zaczynam słyszeć wiaterek w koronach sosen, nasłuchuję głosów
ptaków. Przedzieramy się przez zarośla. Czujemy ukłucia pokrzywowych listków,
gęste maliniaki próbują nas zatrzymać, ale nic to! Z coraz to innego miejsca
ukazuje nam się jezioro, tu zatoczka, tam polanka, ówdzie wysoki brzeg.
Jezioro Nidzkie jest strefą ciszy, nie zakłócają jej ryki skuterów i
motorówek, nawet żaglówek kilka zaledwie.
Andrzej snuje opowiastki o swoich wakacyjnych przygodach, o pogmatwanej
historii tych miejsc i ludzi.
Kończymy nasz spacer w Czaplach, ślicznym zakątku, gdzie nad wysokim brzegiem
w cieniu sosen przycupnęły kolorowe budki – kempingi.
Zapach zupy grzybowej Pani Małgosi wybiega nam na spotkanie. Po prawie
czterech godzinach wędrówek z apetytem siadamy do obiadu.
Po obiedzie zasypiamy mocno, wszak przed nami dziś długi i pełen atrakcji
wieczór.
Dołącza do nas nasze Państwo Kapitaństwo, jesteśmy w komplecie, możemy
zasiąść do uroczystej kolacji.
Najpierw jednak „część oficjalna” – Grażyna, Halinka i Andrzej dostają
prezenciki za to, że są, Zbyszek i ja, solenizanci, zostajemy obdarowani
malowanymi przez „prawdziwą” malarkę portretami - Zbyszek w roli kapitana za
sterem naszej greckiej łódki, za to ja przebrana za bizneswoman.
Uczty żadne nie wypowie słowo – zaczynamy od jelenia duszonego w wonnym
sosiku, potem następują kolejno po sobie pachnący jałowcowym dymem węgorzyk,
takoż talerz mięsiw rozmaitych i wreszcie - ukoronowanie uczty, karasie w
śmietanie. Wieszczowego by tu trzeba pióra, by owe opisać smaki i aromaty. A
nie sposób też nie wspomnieć o tym, co smaki te podkreśliło i uwydatniło,
naszym nastrojom barwy i blasku walnie przydając. Duch Puszczy Knyszyńskiej,
miętą ku zdrowotności doprawiony był ostatnią kroplą ( no może tysiącem
kropel) dopełniającą czarę naszych rozkoszy.
Ostatnie szklaneczki dopijamy już pod gwiazdami błyskającymi tym śmielej, im
bardziej ciemniały sylwetki nieruchomych drzew w stronie dogasającej
czerwieni wieczornej zorzy.
Można by tak siedzieć do niedalekiego przecież świtu, ale jutro kolejny,
pełen atrakcji dzień.
Żeńska część załogi zasiada na pokładzie Zbyszkowego jachciku, tylko my z
Hanią „przy sznurkach”, kapitan z „pierwszym” przy sterze. Figa szuka
bezpiecznego schronienia, jest z nas wszystkich najmniej zachwycona ta
eskapadą.
Podnosimy kotwicę i opuszczamy marinę w Wygrynach, przed nami Bełdany. Myśl
nieodparcie wraca do naszego Jasmina, choć tu woda nie tak rozległa przed
nami i żagli gęstwina. Kapitan nie byłby sobą, gdyby się trochę nie pościgał.
Z dziecięcą radością machamy załodze czterożaglowej łódki, którą udaje nam
się wyprzedzić. Mimo tłoku, rozdzierających ciszę motorówek i skuterów, jest
wspaniale. Przymykamy oczy, woda chlupocze o pokład, słońce rozleniwia.
Trwaj chwilo, chwilo, jesteś piękna! Niestety błogie lenistwo przerywają
nagłe komendy kapitana - na drugą burtę! luzuj foka! wybieraj! teraz na
kabestan! knaguj! zrywamy się posłusznie, z kapitanem nie ma żartów.
Herbatka z drożdżówką po kąpieli w maleńkiej zatoczce smakuje niebiańsko.
Teraz kierunek Wierzba, tam nastąpi częściowa wymiana załogi, łódź przyjmie
na pokład dziewięcioletniego, ciekawskiego majtka Paulinkę, ja jadę zwiedzić
leśniczówkę Moniki. Spotkamy się znów Wygrynach.
Atrakcją (choć nie jedyną) kolacji jest świeżutki smażony leszczyk. Chłodne
różowe winko rosi brzegi kieliszków, znów będziemy śledzić gwiazdy, śmiać się
beztrosko i słuchać ciszy.
Dziś dzień podróżny.
Najpierw Kadzidłowo, 10 - hektarowy Park Dzikich Zwierząt. W zamyśle miał to
być ogród, gdzie dzikie zwierzęta, nieco oswojone, będą żyły w warunkach
takich, jak na wolności. Część z nich, zwłaszcza małe zwierzaczki i ptaki
żyją jednak w klatkach. Z możliwości pogłaskania sarenek, kózek czy osiołków
cieszą się przede wszystkim dzieci.
Kubek zimnego zsiadłego mleka w Gospodzie pod Psem, urządzonej w starej
mazurskiej chacie, pełnej starych sprzętów i dzieł okolicznych ludowych
artystów kończy tę część naszej wycieczki.
Mikołajki – na szczęście nowa zabudowa nie przytłoczyła tej starszej,
remontuje się zabytkowe domki, dobudowuje do nich nowe części, te nowe ,
imitujące czasem pruski mur, wkomponowują się harmonijnie w krajobraz. Przy
kejach i na jeziorze las masztów i białych żagli.
Miło tu, ale na parę godzin. Wprawdzie Andrzej mówi, że w porównaniu z pełnią
sezonu teraz jest pustawo, ale dla nas to i tak o wiele za wiele ludzi,
żagli, motorówek, ruchu…
Odwiedzamy jeszcze słynny hotel Gołębiewski. Cóż za kombinat! Prawdziwy raj
dla spragnionych blichtru i luksusu bogaczy. 1 600 pokoi, no i pełen wachlarz
atrakcji dla gości – Tropicana czyli park wodny, konie pod wierzch i do
bryczki, helikoptery, cała gama „jednostek pływających” no i oczywiście
restauracje, bary – czego tylko burżujska dusza zapragnie.
Cóż, my zdecydowanie wolimy naszą chatkę.
Wracamy, po drodze zajrzymy jeszcze do Wojnowa.
W XVII wieku od Cerkwi Prawosławnej oddzielili się tzw. Starowiercy,
zwolennicy starych, tradycyjnych obrzędów, odrzucający wszelkie nowinki. W
Rosji byli prześladowani, emigrowali więc , szukając miejsca do osiedlenia,
między innymi na Mazurach. Są ze dwie