zapisane w zeszyciku w kratkę, przepisane wczoraj
Idealny kuracjusz:
Jest ascetą. To oznacza, że ewentualne problemy kuchni i zaopatrzenia nie
odbiją się na jego zdrowiu. Wypalenie się żarówki i zapadnięcie ciemności nie
zgasi mu dobrego samopoczucia, będzie siedział cały turnus szczęśliwy po
ciemku. Ledwo gadający i uśnieżony telewizor go uszczęśliwi, nie będzie mu
nikt robił prania mózgu i wyniszczał jego bezcennych duchowych mocy.
Koleżanka uważa, że powinien być bezpłciowy, a jeżeli płciowy, to dyskretnie,
co by zamętu nie robić.
Ma żołądek ze stali i nie jest konieczne zastanawianie się, co znajduje się w
składzie tajemniczego pasztetu, którego jedyną charakterystyczną i wyczuwalną
cechą jest pikantny smak i szary kolor. Nie jest konieczne dogotowywanie
fasolki. Fasolka – jak się można dowiedzieć przy okazji, powinna być twarda.
Kuracjusz zje wszystko (albo będzie głodny – co dobrze wpłynie na jego linię).
Może być lekko niedysponowany, w końcu musi mieć jakiś powód, żeby dać zarobić
gospodarzom, ale generalnie powinien być zdrowy, żeby nie rozbić kłopotów.
Jeszcze raz powtórzę, bo to bardzo ważne: Kuracjusz ma być wszystkożerny.
Idealny kuracjusz dumając nad dwoma plasterkami mielonej szynki na kolację,
jest szczęśliwy, bo wie, że najważniejsze jest mieć trzy posiłki dziennie.
Jakieś wymysły pod tytułem – informacja o dziennym menu otrzymana z rana, to
wymysł wrednej odmiany kuracjuszy - książątek, których należy stanowczo i
skutecznie zwalczać. I niech się cieszy, że pół godziny po kolacji jest
głodny. Po turnusie będzie chudszy i zdrowszy. Założy może nawet te spodnie z
przed roku.
Jest głuchy, a to oznacza, że można zafundować mu pod hasłem ciszy i spokoju
wiertarki za ścianą, skutery i inne silniki, budowanie szalunków, piłowanie
dech, pobrzękiwanie betoniarki (na budowie właśnie rozpoczętej w pełni sezonu,
pod kuracjuszowskim oknem od rana do wieczora). Wszelkie tego typu
niedogodności gość uhonoruje swoim złotym milczeniem (nie wiem, czy
wspominałam, ale powinien w zasadzie też być niemy).
No tak, kuracjusz jest zasadniczo niemy, po co mu mowa. Milczenie jest złotem,
drodzy kuracjusze, jeśli wam się coś zachce mówić, to na własną
odpowiedzialność... i nie dziwcie się, jeśli ktoś i tak na to nie zwróci
uwagi. Nie produkuje się głupich tekstów pt. „Mam chory żołądek, czy mogę
prosić o dietę warzywną?”

nawet, jeśli tak wyglądała oferta reklamowa
pensjonatu), albo ”Proszę Pana, a kiedy będzie ciepła woda?” (w tym przypadku
można między innymi usłyszeć, że zimna woda jest bardzo zdrowa, proste nauki
życiowe to bezinteresowny gratis dawany gościom przez właścicieli).
Idealny kuracjusz zna swoje miejsce w szeregu, nie utrudnia życia, albowiem
wie, że najwyższym celem pensjonatu z turnusem rehabilitacyjnym jest
zapewnienie dobrostanu właścicielom. Skwapliwie nadstawia drugi policzek. To
jest postawa bardzo chrześcijańska i kuracjuszowska. Wie, że obsługa jest
zmęczona, a właściciele zawaleni kłopotami, i nie oczekuje troski ani
serdeczności. Nie dziwi się niczemu, jest pokorny i grzeczny.
Kontynuując - naturę kuracjusz ma uległą i niewolniczą, pozbawioną
dociekliwości, bo po co utrudniać życie gospodarzom? A priori jest
przygotowany na niespodzianki. Nie zdziwi się, gdy oferta zakładu jest inna
niż rzeczywistość, bo ma właściwie skonstruowany system operacyjny w mózgu
opierający się na grzecznym uśmiechaniu się i mówieniu "dzień dobry"albo
"dobry wieczór"(grunt to dobre maniery). I wcale nie wydaje mu się, że skoro
za coś zapłacił, to to coś mu się należy!!!!!
Przyjmie za dobrą monetę lekceważące zachowanie gospodarza i nie skomentuje
tego bynajmniej, przełknie i najwyżej po cichu zwierzy się komuś.. o nie!!!
Nikomu nie powinien się zwierzać... bo ktoś może to opisać.. i co wtedy? ..
właśnie.. może opiszę?
Konkluzja ostateczna i końcowa - przekazać innym, że było cudownie i polecić
im pensjonat... samemu zaś powinno się wpaść w ciężki nałóg odwiedzania
właśnie tego wyjątkowego przybytku. No i jasne... płacić z góry za pobyt.