Po raz kolejny złapałem wieczornego doła, i pomyślałem że może będzie mi trochę lepiej jak pożalę się na jakimś forum... Tak więc, o co chodzi? O to, że jestem skazany na porażkę w życiu, szczególnie pod względem towarzyskim. Może zacznę od początku, byłem sobie normalnym dzieckiem, bawiłem się w piaskownicy, jeździłem na rowerze, miałem kumpli z podwórka. W pewnym momencie rodzice postanowili wziąć rozwód, więc sprzedali dom i podzielili się gotówką. Ojciec wyjechał, a ja zostałem z sam matką, i to właśnie z nią wprowadziłem się do nowego domu. Dom ten znajduje się w jednej z 2 najgorszych dzielnic mojego miasta, po ulicach chodzą penerzy, krzyczą "JP" o 4 nad ranem itd. Po owej przeprowadzce przyszedł czas na szkołę, którą również zmieniłem. Poszedłem do 3 kl. podstawówki, i tam się wszystko zaczęło. Nie minęło dużo czasu, abym stał się przysłowiowym kozłem ofiarnym, na którym wyżywała się grupa "samców alfa". Zaczęły się bijatyki w szatni, naśmiewanie się, czasami potrafili nawet zaczaić się na mnie przed moim własnym domem. Straciłem całą pewność siebie, nabrałem ogromnego dystansu do ludzi, których się zresztą boję do tej pory (chociaż staram się z tym walczyć), uciekłem do komputera. Po podstawówce przyszedł czas na wybór gimnazjum, a ponieważ moje oceny nie były szczególnie wysokie mogłem sobie pozwolić tylko na gim. rejonowe. Tam już miałem więcej spokoju, i rzadko kiedy ktoś chciał mi przypier**lić. Ogólny poziom jednak był tragiczny, nauczyciele nie byli w stanie prowadzić lekcji, moje oceny drastycznie się obniżyły, zawaliłem 2 rok. Potem nastąpiła kolejna przeprowadzka, Do miasteczka które było w zasadzie przedmieściami miasta poprzedniego. Co za tym idzie zmieniłem też szkołę, był to jak narazie chyba najlepszy okres w moim życiu, chociaż mogłoby być znacznie lepiej. Zacznijmy od tego że po raz 1 nie byłem "chłopcem do bicia", chociaż znajomych miałem może z 3. Nadrobiłem większość przedmiotów (z matmą nadal mam ogromne problemy, dzisiaj nauczycielka w liceum powiedziała mi że powinienem iść do zawodówki, a nie się pchać do LO...) a relacje międzyludzkie jakoś tam zaczęły wychodzić. Dziewczyny jednak znaleźć sobie nie mogłem, no nic, ukończyłem szkołę, przeprowadziłem się zpowrotem do miejsca w którym mieszkałem za czasów zaje**stej podstawówki. No i teraz chodzę do LO. Ludzi prawie nie znam, na przerwach stoję raczej z boku, dziewczyn mamy od cholery, ale... nikt ze mną raczej nie gada, nikt nie zaprasza na imprezy/do domu/do internatu (mamy szkolny), mam wrażenie że jedna dziewczyna mnie obgaduje... Chciałbym być jak inni, iść do szkoły, gadać z ludźmi, po szkole wpaść do kogoś na domówkę, przytulać dziewczyny (wiem, powtarzam to słowo bardzo często) na powitanie, ale nie jest mi to dane :C Już nawet nie śmiem marzyć o jakimś związku, do którego w życiu nie miałem nawet blisko. Nigdy nie przytulałem nikogo oprócz ludzi z rodziny, a pierwszą
znajomą poznałem dopiero w połowie 2giego gimnazjum (ale znajomość ograniczała się do zamieniania kilku słów w szkole, nic poza nią). I tu rodzi się moje pytanie: Co ja mam ku*wa zrobić żeby moje życie wyglądało tak samo pięknie jak życie przeciętnego nastolatka? Przepraszam że strasznie się rozpisałem (i tak pominąłem dużo rzeczy), ale bardziej już chyba nie mogłem tego skompresować