krezzzz100
07.03.10, 09:13
Proponuję porozmawiać o zasadniczej rzeczy, jaką jest trauma porozwodowa.
Awłaściwie zespół traum.
Co to jest, jak sobie z tym radzić, a jeśli nie radzić- to dlaczego, itd...Co
to za siła, która opiera się elementarnemu racjonale? Aż tak ogromna, że
ludzie kładą na szalę np. dobro dzieci (podejmują próby separacji dzieci od
eksmałżonka) albo wszczynają zawrotne procesy sądowe...
Jak to jest, że w dobie powszechności pomocy psychologicznej jak i literatury
popularnej "w temacie", stan ten jest, jaki jest. Jaki? Taki np, jak widoczny
na forum RiCD, gdzie imperatyw "wyżycia się" na kimś zastępczym (tutaj:
forumowicze) wychodzi na plan pierwszy. Z mocy tego zastępczego przeniesienia
można wnioskować, że problem jest naprawdę spory...
Zacznijmy od najprostszej opisowej konstatacji: jak się ludzie rozwodzą, to
część z nich udaje się po pomoc psychologiczną, część nie. Mnie się zdaje, że
w obliczu tak ogromnych sił (samego kryzysu, który doprowadził do rozwodu,
konfliktu wykonawczorozwodowego, i wreszcie- czyhającej gdzieś tam w
przyszłości traumy porozwodowej), pójście po pomoc psychologiczną albo
zaopatrzenie się w odpowiednią literaturę byłoby krokiem ze wszech miar
wskazanym. Dlaczego więc robią to tylko niektórzy (na co wygląda, sądząc po
powszechności wspomnianego wyżej mechanizmu przeniesienia)?
To byłby pierwszy obszar: dlaczego jedni widzą "powagę" porozwodowej traumy,
inni- nie. Czy ma to związek z czymś bardziej ogólnym, jak np. lenistwo
umysłowe, niechęć do przepracowywania problemów, itp.. Czy też może z
przeczuciem, że trauma ta jest nie do uniknięcia i nie do przepracowania? Albo
np z taką konstrukcją, że poczucie krzywdy staje się elementem nowej
tożsamości, chętnie przyjmowanym (płać mi, krzywdzicielu, płać, płać...)? Może
to niechęć do "bycia odczarowanym", czyli skłonnością do życia w fikcji
(fantazmacie)? A może rozwodzą się po prostu bezproblemowo? Zapewne tacy
są,ale chyba nie trafiają na fora, co?
Drugim byłaby sama trauma. Wiemy, że rozwód stoi "wysoko" w rankingu
traumotwórczym (zaraz po śmierci wieloletniego partnera). Jaki wymiar tej
konkretnie traumy jest zasadniczy? Utrata miłości? Utrata bezpieczeństwa?
Zerwanie "umowy"? Zerwanie "wyłączności"? Zerwanie więzi (więź to inny wymiar
niż miłość)? Zmiana warunków socjalnym i innych usytuowań np. mieszkalnych,
zawodowych itp? Trudności z poczuciem winy lub krzywdy? Co jest w rozwodzie
takiego, co jest bardziej traumatyzujące niż np. nieudane małżeństwo, w którym
te same wymiary są łamane?
Celowo nie ujmuję tu spraw rodzicielskich, bowiem one mają jednak inny wymiar
niż "związkowy". Przyjmuję, że odchodzący odchodzi od zony/męża, nie zaś od
dzieci. Ale rozumiem, że są i tacy, dla których zmiana sytuacji rodzicielskiej
może być główną składowa traumy.
Zatem, co?
I trzecim: co z tego wynika? Czy trauma porozwodowa jest do pokonania? Co nam
dało zmierzenie się z nią? Co byśmy polecili innym, itd...
Zacznę od siebie.
Co do pomocy psychologicznej w kwestii traumy.
W trakcie kryzysu małżeńskiego, fazy okołorozwodwej (trwającej kilka lat), jak
i po samym rozwodzie, byłam pod opieką psychologiczną. Z różną skutecznością,
ale generalnie- i tak mi to wiele dało. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak
wielkie to siły są, i jakie może być z tym nieszczęście. Mój eks- nie. Był nie
do przekonania, że trzeba. Dziś wiem z grubsza, dlaczego z nim tak było.
Mianowicie, wiedział (nie- świadomie wiedział, ale czuł), że przepracowanie
problemu będzie oznaczało dla niego wyrok: ujawni się, że nasz związek nie
jest dla mnie satysfakcjonujący, ergo: że lepiej żeby tego związku nie było.
Na to nie był gotowy. Wolał trwać w swojej wizji, która brzmiała: "nasz
związek jest dobry, a reszta to twoje fanaberie".
Co do składowych traumy.
Dla mnie najtrudniejszy był obszar utraty "wyłączności" (miało być JEDYNE na
zawsze, a nie jest), zrywanie "więzi" oraz poczucie winy. To pierwsze było
szczególnie silne na początku i krystalizowało się w pytanie: jak to w ogóle
jest możliwe, że dzieje się to, co się dzieje (wszak to niemożliwe). Potem, w
praktyce, okazało się, że strasznie boli zrywanie więzi- i jego i mnie boli.
Tyle obszarów wspólnych i to dobrze wspólnych. To było okropne doświadczenie,
rozcinania na żywca. Jeszcze z tego do końca nie wyszłam.
I trzecie- poczucie winy. Z tym się udałam już po rozwodzie po pomoc, i chyba
te sprawy jako tako uporządkowałam, tzn. wiem, gdzie leży obszar mojej
rzeczywistej winy, za który trzeba przyjąć odpowiedzialność, a gdzie-
nadmiarowego poczucia winy, z którym trzeba się rozprawić.
Jakie wnioski mogę z mojej historii wyciągnąć.
Mnie szczególnie zainteresowało to, w jakim ogromnym stopniu ludzie chcą żyć w
sfantazmatyzowanym świecie. Jak bardzo wyobrażenie podstawiają pod
rzeczywistość, i jak bardzo wolą to swoje wyobrażenie od rzeczywistości.
Dalej, zafrapowała mnie rola idealizacji- jak bardzo rzeczywistość jest
podciągana pod ideał, nie odwrotnie. Gotowi niemal zgilotynować za
"niedosięgnięcie" ideału. Przy czym: ideał ma "pracować" na ich korzyść.
Czyli: jak się im wskazuje jakieś ich niedociągnięcia, to się oburzają,
słusznie twierdząc, że mają prawo być niedoskonali, jednocześnie sami
zarzucając partnerom, że odrzucają ideał trwania w złym związku. To tak z grubsza.
Tym, co bym polecała, to właśnie przyjrzenie się własnym (i partnera)
skłonnościom do "bycia zaczarowanym", skutkującego odmową zmierzenia się z
rzeczywistością.