Dodaj do ulubionych

O traumie- znowu długo))

07.03.10, 09:13
Proponuję porozmawiać o zasadniczej rzeczy, jaką jest trauma porozwodowa.
Awłaściwie zespół traum.
Co to jest, jak sobie z tym radzić, a jeśli nie radzić- to dlaczego, itd...Co
to za siła, która opiera się elementarnemu racjonale? Aż tak ogromna, że
ludzie kładą na szalę np. dobro dzieci (podejmują próby separacji dzieci od
eksmałżonka) albo wszczynają zawrotne procesy sądowe...
Jak to jest, że w dobie powszechności pomocy psychologicznej jak i literatury
popularnej "w temacie", stan ten jest, jaki jest. Jaki? Taki np, jak widoczny
na forum RiCD, gdzie imperatyw "wyżycia się" na kimś zastępczym (tutaj:
forumowicze) wychodzi na plan pierwszy. Z mocy tego zastępczego przeniesienia
można wnioskować, że problem jest naprawdę spory...

Zacznijmy od najprostszej opisowej konstatacji: jak się ludzie rozwodzą, to
część z nich udaje się po pomoc psychologiczną, część nie. Mnie się zdaje, że
w obliczu tak ogromnych sił (samego kryzysu, który doprowadził do rozwodu,
konfliktu wykonawczorozwodowego, i wreszcie- czyhającej gdzieś tam w
przyszłości traumy porozwodowej), pójście po pomoc psychologiczną albo
zaopatrzenie się w odpowiednią literaturę byłoby krokiem ze wszech miar
wskazanym. Dlaczego więc robią to tylko niektórzy (na co wygląda, sądząc po
powszechności wspomnianego wyżej mechanizmu przeniesienia)?

To byłby pierwszy obszar: dlaczego jedni widzą "powagę" porozwodowej traumy,
inni- nie. Czy ma to związek z czymś bardziej ogólnym, jak np. lenistwo
umysłowe, niechęć do przepracowywania problemów, itp.. Czy też może z
przeczuciem, że trauma ta jest nie do uniknięcia i nie do przepracowania? Albo
np z taką konstrukcją, że poczucie krzywdy staje się elementem nowej
tożsamości, chętnie przyjmowanym (płać mi, krzywdzicielu, płać, płać...)? Może
to niechęć do "bycia odczarowanym", czyli skłonnością do życia w fikcji
(fantazmacie)? A może rozwodzą się po prostu bezproblemowo? Zapewne tacy
są,ale chyba nie trafiają na fora, co?

Drugim byłaby sama trauma. Wiemy, że rozwód stoi "wysoko" w rankingu
traumotwórczym (zaraz po śmierci wieloletniego partnera). Jaki wymiar tej
konkretnie traumy jest zasadniczy? Utrata miłości? Utrata bezpieczeństwa?
Zerwanie "umowy"? Zerwanie "wyłączności"? Zerwanie więzi (więź to inny wymiar
niż miłość)? Zmiana warunków socjalnym i innych usytuowań np. mieszkalnych,
zawodowych itp? Trudności z poczuciem winy lub krzywdy? Co jest w rozwodzie
takiego, co jest bardziej traumatyzujące niż np. nieudane małżeństwo, w którym
te same wymiary są łamane?
Celowo nie ujmuję tu spraw rodzicielskich, bowiem one mają jednak inny wymiar
niż "związkowy". Przyjmuję, że odchodzący odchodzi od zony/męża, nie zaś od
dzieci. Ale rozumiem, że są i tacy, dla których zmiana sytuacji rodzicielskiej
może być główną składowa traumy.
Zatem, co?

I trzecim: co z tego wynika? Czy trauma porozwodowa jest do pokonania? Co nam
dało zmierzenie się z nią? Co byśmy polecili innym, itd...

Zacznę od siebie.
Co do pomocy psychologicznej w kwestii traumy.
W trakcie kryzysu małżeńskiego, fazy okołorozwodwej (trwającej kilka lat), jak
i po samym rozwodzie, byłam pod opieką psychologiczną. Z różną skutecznością,
ale generalnie- i tak mi to wiele dało. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak
wielkie to siły są, i jakie może być z tym nieszczęście. Mój eks- nie. Był nie
do przekonania, że trzeba. Dziś wiem z grubsza, dlaczego z nim tak było.
Mianowicie, wiedział (nie- świadomie wiedział, ale czuł), że przepracowanie
problemu będzie oznaczało dla niego wyrok: ujawni się, że nasz związek nie
jest dla mnie satysfakcjonujący, ergo: że lepiej żeby tego związku nie było.
Na to nie był gotowy. Wolał trwać w swojej wizji, która brzmiała: "nasz
związek jest dobry, a reszta to twoje fanaberie".

Co do składowych traumy.
Dla mnie najtrudniejszy był obszar utraty "wyłączności" (miało być JEDYNE na
zawsze, a nie jest), zrywanie "więzi" oraz poczucie winy. To pierwsze było
szczególnie silne na początku i krystalizowało się w pytanie: jak to w ogóle
jest możliwe, że dzieje się to, co się dzieje (wszak to niemożliwe). Potem, w
praktyce, okazało się, że strasznie boli zrywanie więzi- i jego i mnie boli.
Tyle obszarów wspólnych i to dobrze wspólnych. To było okropne doświadczenie,
rozcinania na żywca. Jeszcze z tego do końca nie wyszłam.
I trzecie- poczucie winy. Z tym się udałam już po rozwodzie po pomoc, i chyba
te sprawy jako tako uporządkowałam, tzn. wiem, gdzie leży obszar mojej
rzeczywistej winy, za który trzeba przyjąć odpowiedzialność, a gdzie-
nadmiarowego poczucia winy, z którym trzeba się rozprawić.

Jakie wnioski mogę z mojej historii wyciągnąć.
Mnie szczególnie zainteresowało to, w jakim ogromnym stopniu ludzie chcą żyć w
sfantazmatyzowanym świecie. Jak bardzo wyobrażenie podstawiają pod
rzeczywistość, i jak bardzo wolą to swoje wyobrażenie od rzeczywistości.
Dalej, zafrapowała mnie rola idealizacji- jak bardzo rzeczywistość jest
podciągana pod ideał, nie odwrotnie. Gotowi niemal zgilotynować za
"niedosięgnięcie" ideału. Przy czym: ideał ma "pracować" na ich korzyść.
Czyli: jak się im wskazuje jakieś ich niedociągnięcia, to się oburzają,
słusznie twierdząc, że mają prawo być niedoskonali, jednocześnie sami
zarzucając partnerom, że odrzucają ideał trwania w złym związku. To tak z grubsza.
Tym, co bym polecała, to właśnie przyjrzenie się własnym (i partnera)
skłonnościom do "bycia zaczarowanym", skutkującego odmową zmierzenia się z
rzeczywistością.
Obserwuj wątek
    • krezzzz100 Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 09:27
      jeszcze może dopiszę, jak sytuacja wygląda obecnie.
      Ano tak, że mimo dużej "oporności" mojego eks na "przepracowywanie" problemów,
      nie jesteśmy i nie byliśmy w konflikcie, tzn. nie ciągamy się po sadach, nie
      opluwamy, nie awanturujemy się, itp. Co więcej, dzieci mają faktycznie
      (nieformalną) opiekę naprzemienną: mieszkamy bardzo blisko siebie, dzieci
      przebywają wedle własnych potrzeb w jednym lub drugim domu, dogadujemy się
      finansowo, nawet psa mamy wspólnego (wiem, wiem, krzywda psa, bo nie wie, kto
      jest alfa).

      Zatem, można.
    • sbelatka Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 09:44
      trudno będzie podjąc rozmowę - ponieważ poruszyłas wiele spraw z wielu
      obszarów


      w kwestii dlaczego jedni tak a inni siak zachowują sie w obliczu..

      pewnie dlatego, ze są różni - to elementarna choc często (mimo
      deklaracji) "zapominana" prawda

      każdy z nas ma swoje włanse bariery, ograniczenia, zespół przekonań -
      pozaświadomych, ktore leżą u podstaw wszlkich podejmowanych przez nas
      działań

      pozaświadomych - oznacza bark mozliwośći stanięcia z nimi oko w oko i
      przekraczania ich (oczywiście można ale trzeba się mocno wysilić i
      skorzystac z pomocy)

      oczywiście wielu powie - ale przecież ja wiem co mnie ogranicza... jakie
      mam przekonania..
      no tak, to co na "wierzchu" - znamy
      ale nie to decyduje o naszym życiu...

      więc nie sądzę żeby ludzi przed podjęciem wysiłku "pzrepracowania
      traumy" powstrzymywalo lenistwo umysłowe czy niechęć do przepracowania
      problemów
      uważam, ze to raczej niemożność zobaczenia,że trzeba... przekroczenia
      wewnętrznych barier, o ktorych istnieniu wielu z nas nie wie...

      mózg jest bardzo podstępny... pokazuje nam i daje dostep tylko tam -
      gdzie uważa (on) że ten dostęp jest dla nas wskazany; teoretycznie nas
      chroni ( działa w dobrych intencjach)
      ale w rzeczywistości ogranicza nas i tylko przyjęcie tego stwierdzenia
      (czyli - SAM ze sobą możesz dojśc TYLKO do granicy własnych ograniczeń)
      pozwala pójśc dalej..
      rozpoznać co czai się w naszej podświadomości
      a to własnie decyduje o tym jak nam idzie w zyciu...

      tyle tylko, ze niektorym z nas własny mózg całkowicie zagradza drogę do
      uświadomienia sobie tej prawdy..
      oczywiście w imię tak pojętego przez mózg "dobra nosiciela" (mózgu
      oczywiściesmile )

      więc ja twierdze, ze to iz jedni rozumieją, ze tzreba poszukać z pomocy,
      szukac odpowiedzi na pytania itd. - jest tylko i wyłącznie
      pochodną "predyspozycji" .. ; moga to zrobić - bo tak im zostało dane..

      jedni moga zrobic szpagat bez wysiłku, inni w tym celu musza poćwiczyć i
      poćwiczą- a częśc z nas nigdy go nie zrobi choćby nie wiem co... ;
      chociaz teoretycznie wie,, ze szpagat zrobić mozna...- tylko po co?

      ale oczywiście to moje poglądy w tej sprawie i toczyc sporu o nie nie
      będe - bo nie wiem gzie moj własny mózg poszcza zasłonę dymną chroniąc
      mnie pzred zrozumieniem tego co - jego zdaniem - powinno zostac przede
      mna ukryte..

      chyba cos zjemsmile


      • krezzzz100 Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 11:00
        Zdaję sobie sprawę, że obszar dyskusji rozległy. Wydaje mi się jednak, że
        kwestii świadomości problemu nie da rady ruszyć fragmentarycznie. By to
        obejrzeć, trzeba spojrzeć na to z wyższego piętra, wtedy widok jest szerszy
        (chyba). Najwyżej się nie powiedzie)))

        Ciekawie ujęłaś ten problem braku świadomości własnych...braków. Wyznam, że mnie
        to mocno a mocno frapuje. To, że ludzie wiedzą, iż świadomości własnego
        usytuowania (tutaj: rozeznania w sytuacji) jest warunkiem koniecznym do
        poradzenia sobie z problemem, a jednak nie robią (niektórzy, rzecz jasna) za
        wiele, by to rozeznanie zyskać.
        Może to jest trochę tak, jak z nałogami, np. alkoholizmem, że trzeba najpierw
        przyznać się do bycia alkoholikiem, by móc pójść dalej. Bez tego się nie da.
        Pytanie wówczas by brzmiało następująco: dlaczego jednych stać na to przyznanie
        się do bycia akoholikiem (albo oględniej/ostrożniej: podejmują decyzję o
        przystąpieniu do pracy nad przyznaniem się do tego), inni zaś nie.

        Jesli dobrze Cię zrozumiałam, sugerujesz, że to jednak nie jest kwestią decyzji
        (woli), ale możliwości (determinizmów)? Zatem, w kwestii alkoholizmu byłoby tak,
        że nie wszyscy mogą taką decyzję (dotyczącą pracy nad przyznaniem się, ergo:
        zyskaniem rozeznania w rzeczywistej sytuacji) podjąć, bo nie mają ku temu
        możliwości. Coś jak: niewierzący sa niewierzącymi nie mają łaski wiary, tak?

        Jeżeli tak jest, że dla jednych istnieje wewnętrzna, obiektywnej natury
        niemożność decydowania o przystąpieniu do pracy nad (możliwym) problemem, i że -
        analogicznie - dla drugich istnieje wewnętrzna, obiektywnej natury, możność, to
        czy jest sens przekonywania jednych, by przeszli do obozu "drugich"? Czy są
        tacy, którzy takiego przejścia dokonali?

        Ja zakładam jednak, że tacy ludzie istnieją, i że sens przekonywania o
        możliwości takiego przejścia też istnieje. Że można właśnie terapią przekonać
        ludzi do tego, iż zyskanie takiego wglądu we własne życie jest możliwe, i że
        WARTO o to powalczyć. Nie wykluczam jednak, że moje myślenie jest myśleniem
        życzeniowym sad

        Wydaje mi się, że dotykamy jakiegoś "sedna" (prtzynajmniej, dla mnie). Jeżeli
        istnieje wolność człowiecza, to jest ona wolnością decyzyjną, czyli taką, że
        mogę względem siebie podejmować (zaciągąć?), niejako wprzód, taki rodzaj
        decyzji: próby rozeznania w rzeczywistości. Że to jest dobro, które mogę
        ofiarować sobie, a w skutku zapewne i innym. Zadecydowania o sobie względem
        NIEWIADOMEGO.

        Czyli chodziłoby o zdecydowanie się (rozpoznawcze, przynajmniej w punkcie
        wyjścia rozpoznawcze) względem NIEZNANEGO, czyli o decyzję o transgresji. To
        rzeczywiście trudna decyzja, ale chyba nie niemożliwa, co? Bo, w sumie, wkroczyć
        w ZNANE to żaden sukces, żadna ofiara.

        Tak, zdolność do transgresji, i sam stosunek do niej, są tu chyba kluczowe.
        • krezzzz100 Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 13:35
          Przez transgresję rozumiem zdolność i chęć przekroczenia własnych uwarunkowań
          (najprostsze ujęcie).
          Jest i inne, troszku bardziej skomplikowane ujecie (Bataile), ale na razie je
          zostawię.

          Ta CHĘĆ (uwarunkowania tej chęci) jest frapująca.
    • cold.wind.blows Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 20:22
      Krezzzz, stawiasz brutalne pytania. Do tego jesteś bardzo
      pryncypialna i bezkompromisowa, i nie postrzegaj tego, jako zarzut,
      bo cenię sobie Twoje opinie.
      Mam wrażenie, że zbyt wiele wymagasz od ludzi. Oczywiście
      twierdzenia Sbelatki o barierach, ograniczeniach, przekonaniach
      pozaświadomych, są raczej wymówką, a nie realnym powodem. I twierdzę
      tak na podstawie autopsji. Zmierzenie się ze swoją "ciemną stroną
      mocy" wymaga trochę odwagi, siły, zadania sobie niewygodnych pytań,
      wyzbycia się pewnej iluzji, co do własnej osoby. Ja już wiem, że
      było warto, choć niekoniecznie przyjemnie. Ale Twoje podejście w tym
      zakresie jest nieco naiwne: oczekujesz od ludzi, że oni sami będą
      wymagający wobec siebie. Niektórzy tak, ale nie wszyscy. Frapuje
      Cię, że niektórzy chcą żyć w sfantazmatyzowanym świecie. Pewnie
      rozczaruję Cię jeszcze bardziej, ale jest to stan naturalny dla
      istoty ludzkiej, zbadany i opisany przez psychologów społecznych.
      Ludzie mają potrzebę uważać się za dobrych i mądrych. Ta tendencja
      prowadzi do takiej interpretacji i wypaczania sensu własnych
      działań, aby można je było dopasować do modelu dobrej i rozsądnej
      istoty ludzkiej. Niestety ta sama potrzeba skłania nas czasem do
      działań, które nie są ani dobre, ani rozsądne.
      Wobec powyższego, to raczej, jak to ujełaś, "chęć odczarowania się"
      jest mniej naturalną potrzebą wink
      Pozdrawiam i mimo wszystko więcej wyrozumiałości życzę dla naszych
      ludzkich niedoskonałości.
      • krezzzz100 Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 20:36
        Dziękuję, Cold.

        No wiem, że brutalne. Ale prawdziwe.
        Wiem, że mniejszość, że opisane itd. (choć nie do końca opisane....) Ale nadal
        mnie to dziwi, że to działa na takim JAWNYM, b nie rzec- bezczelnym- poziomie.

        Wydawałoby się, że skoro opisane, no to możemy pójść dalej, prawda? A tu- zonk((((

        Skoro nie można pójść dalej, to nic tu po mnie. Serio.

        Pozdrawiam.

      • nangaparbat3 Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 21:06
        cold.wind.blows napisał:

        >Oczywiście
        > twierdzenia Sbelatki o barierach, ograniczeniach, przekonaniach
        > pozaświadomych, są raczej wymówką, a nie realnym powodem. I twierdzę
        > tak na podstawie autopsji.


        No nie. Własnie w tym rzecz, ze wiemy tylko o tym, co sobie uświadomimy - a cała
        reszta tkwi i blokuje, dalej. Jestesmy jak cebule - pod każdą kolejną wartwą
        nieuświadamianego jest następna, i nastepna. Mysle, ze jak z kogoś wszystkie
        opadną, to może juz tylko byc buddą.
        No chyba że juz jesteś buddą?
        • cold.wind.blows Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 21:43
          nangaparbat3 napisała:
          > No nie. Własnie w tym rzecz, ze wiemy tylko o tym, co sobie
          uświadomimy - a cał
          > a
          > reszta tkwi i blokuje, dalej. Jestesmy jak cebule - pod każdą
          kolejną wartwą
          > nieuświadamianego jest następna, i nastepna. Mysle, ze jak z kogoś
          wszystkie
          > opadną, to może juz tylko byc buddą.
          > No chyba że juz jesteś buddą?

          Nie Nango, nie jestem buddą, ani moje ambicje nie idą w tym
          kierunku. Nie wiem czy jesteśmy jak cebula, ale trzymając się
          Twojego porównania, nie miałem na myśli zdzierania warstw
          nieuświadamianego. Miałem na myśli, jak najbardziej uświadmianą,
          potrzebę niektórych do autorefleksji, zdolność krytycznego
          spojrzenia na swoje poczynania. Wymaga to tylko postawienia sobie
          kilku niewygodnych pytań i odpowiedzenia sobie na nie zgodnie ze
          swoim sumieniem, czy zwyczajnie, zgodnie z prawdą. Myślę, że nie
          jest to kwestią ograniczeń, czy barier tkwiących w podświadomości,
          ale jak najbardziej uświadamianej chęci do refleksji nad sobą.
    • enesta Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 20:34
      krezzzz100 napisała:

      W trakcie kryzysu małżeńskiego, fazy okołorozwodwej (trwającej
      kilka lat), jak i po samym rozwodzie, byłam pod opieką
      psychologiczną. Z różną skutecznością, ale generalnie- i tak mi to
      wiele dało. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak wielkie to siły są, i
      jakie może być z tym nieszczęście.

      > Dla mnie najtrudniejszy był obszar utraty "wyłączności" (miało być
      JEDYNE na zawsze, a nie jest), zrywanie "więzi" oraz poczucie winy.
      To pierwsze było szczególnie silne na początku i krystalizowało się
      w pytanie: jak to w ogóle jest możliwe, że dzieje się to, co się
      dzieje (wszak to niemożliwe). Potem, w praktyce, okazało się, że
      strasznie boli zrywanie więzi- i jego i mnie boli.
      > Tyle obszarów wspólnych i to dobrze wspólnych. To było okropne
      doświadczenie, rozcinania na żywca. Jeszcze z tego do końca nie
      wyszłam.
      > I trzecie- poczucie winy. Z tym się udałam już po rozwodzie po
      pomoc, i chyba te sprawy jako tako uporządkowałam, tzn. wiem, gdzie
      leży obszar mojej rzeczywistej winy, za który trzeba przyjąć
      odpowiedzialność, a gdzie- nadmiarowego poczucia winy, z którym
      trzeba się rozprawić.

      Krezzz, musiałam sobie o to uporządkować.

      Jedyne słowa, które mówią coś o tym co czujesz i czułaś.

      Jesteś inteligentną babką i chyba bardzo wrażlwią, ale Twoje
      wypowiedzi są przeintelektualizowane, przykryte skorupką
      zamierzonego cynizmu, który prowokuje innych do ataku.

      Napisałaś że źle Ciebie tu potraktowano, bo predstawiłaś się jako
      osoba porzucająca. Mnie również nie przyjęto serdecznie (do tej pory
      widzę słowa Kaspra - nie wycinajcie ostrych wypowiedzi! ect)i byłam
      powiedzmy -zaskoczona tym, ale zrozumiałam że taka jest specyfika
      tego forum- targają nim silne emocje. Taka uroda- i większości
      przydałaby się terapia, tyle że nie każdego stać, niestety. Poza tym
      jesteśmy społeczeństwem które dopiero uczy się korzystać z tego typu
      porad.
      Wydaje mi się też, że jest w Tobie żal ,żal do ludzi że są tay jacy
      są, żal do byłego męża, który powiedział to co powiedział, a co
      niekoniecznie jest prawdziwe, żal że tu niesprawiedliwie Ciebie
      potraktowano no i żal do świata, że jest zły.
      Ten żal powinnaś wyrzucić za siebie.
      Trzeba się z tym pogodzić,że świat nie jest różowy
      i szukać
      i znajdywać
      to co uważasz za dobre, bo to też równolegle z tym złym, istnieje.
      Pzdrawiamsmile
      • krezzzz100 Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 20:42
        Enesta, czyli co? Diagnoza słuszna, ino mówić o tym nie trza?
        I pogodzić się z tym, że świat nie jest różowy? I jednocześnie dobry? Czyli- jak
        np. gwałcą niemowlę, to się z tym pogodzić w imię tego rzekomego dobra. Czy
        może też mimo niego?

        Nie da rady prawdziwie zawisnąć między, Enesta. To fałszywa pozycja.
        • enesta Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 21:12
          mówić trza,
          ale niewiele to zmieni,
          natura ludzka jest taka ja opisuje to Edelman, z tym że każdy ma w
          sobie "okruszek dobra" albo jak kto woli "ziarenko".
          Jednemu zakiełkuje innemu nie. Ale ma.
          Nie kiełkuje, może zniszczone w procesie wychowania.
          Wiesz pewnie, że Okudżawa jako dziecko w wieku szkolnym doniósł na
          swoich rodziców. Gdyby nie jego inywidualny potencjał i wrażliwość
          to zasiliłby szeregi bandytów.
          • krezzzz100 Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 21:15
            Zatem to forum nie ma jednak sensu dla mnie.
            • enesta Re: O traumie- znowu długo)) 07.03.10, 22:03
              Jeśli oczekiwałaś że znajdziesz się w przyjaznym środowisku, to
              rzeczywiście nie.
              Przyjaźń to towar deficytowy, trudno o niego w realu, a co dopiero
              tu, gdzie wszyscy potrzebują się wypłakać, wykrzyczeć, odreagować.
              Przy okazji, ktoś, kogoś może też zranić.
              Jeśli natomiast masz coś do zaoferowania, to idealne miejce, pod
              warunkiem że robisz to bezinteresownie i nie oczekujesz
              wdzięcznoścismile
              • enesta Re: O traumie- znowu długo)) 08.03.10, 23:24
                Nawiązują do tego co napisałaś:
                "Drugim byłaby sama trauma. Wiemy, że rozwód stoi "wysoko" w rankingu
                traumotwórczym (zaraz po śmierci wieloletniego partnera). Jaki
                wymiar tej konkretnie traumy jest zasadniczy? Utrata miłości? Utrata
                bezpieczeństwa? Zerwanie "umowy"? Zerwanie "wyłączności"? Zerwanie
                więzi (więź to inny wymiar niż miłość)? Zmiana warunków socjalnym i
                innych usytuowań np. mieszkalnych, zawodowych itp? Trudności z
                poczuciem winy lub krzywdy? Co jest w rozwodzie
                takiego, co jest bardziej traumatyzujące niż np. nieudane
                małżeństwo, w którym te same wymiary są łamane?"

                Z mojego punktu widzenia trauma rozwodowa wiąże się z utratą wiary i
                poczucia bezpieczeństwa, oraz szokiem związanym z przeistoczeniem
                się bliskiej, kochanej osoby we wrogą.
                Wierzymy że wspólnie z partnerem udało nam się zbudować bezpieczny,
                idelny, własny świat. Wierzymy że zawsze tak będzie, bo przecież my
                kochamy. Nagle okazuje się że to była tylko nasza projekcja.
                Partner, osoba której ufaliśmy, nagle staje przeciwko nam, w
                najlepszym wypadku manifestuje nam swoją obojętność. Nic tak nie
                boli jak świadomość że ktoś bliski, ktoś komu ufało się, staje się
                wrogi, zimny, nieludzki, ponieważ miłość i namiętność to silne
                emocje więc łatwo przechodzą w nienawiść. Odseparwanie od jedynego
                bezpiecznego lądu, dzieci kochających bezwarunkwo, to cios
                ostateczny. Tak ja to widzę w temacie traumy rozwodowej.

                • 3_1415926-nokio Re: O traumie- znowu długo)) 09.03.10, 13:24

                  > Z mojego punktu widzenia trauma rozwodowa wiąże się z utratą wiary
                  i
                  > poczucia bezpieczeństwa, oraz szokiem związanym z przeistoczeniem
                  > się bliskiej, kochanej osoby we wrogą.

                  Moim skromnym zdaniem naprawdę "bliska i kochana osoba" nigdy nie
                  przeistoczy się we wroga, jeżeli tak się staje to pewnie nie była aż
                  tak "bliska i kochana" jak nam się wydawało.
                  Co nie zmienia tego, że faktycznie ciężko sobie to uświadomić, a
                  mnie od razu przypomina się niewiadomo dlaczego tytuł
                  filmu: "Sypiając z wrogiem" i nie o treść filmu mi chodzi tylko
                  właśnie o tytuł.
                  • enesta Re: O traumie- znowu długo)) 09.03.10, 22:30
                    Nokio, spójrz obiektywnie,
                    kochałeś żonę jeszcze w momencie gdy zacząłeś ją tracić, i była Ci
                    bliska.
                    Gdy okazało się że prawdopodobnie oszukała Ciebie- znienawidziłeś ją.
                    Te emocje później wyrównują się, ale w momencie szoku są bardzo
                    silne- traumatyczne i mogą trwać dość długo.
                    To o to mi chodzi w temacie istoty traumy.
                    Piszesz:
                    > Moim skromnym zdaniem naprawdę "bliska i kochana osoba" nigdy nie
                    > przeistoczy się we wroga, jeżeli tak się staje to pewnie nie była
                    aż tak "bliska i kochana" jak nam się wydawało."
                    i jest to prawdziwe w przypadku miłości bezwarunkwej, czyli dzieci -
                    rodzice.
                    Każdy partner może świadome lub nieświadomie zranić tak mocno, że
                    druga osoba w najlepszym wypadku odwraca sie i staje się obojętna.
                    Jej odejście może być również powodem powstania trumy.
    • ewiku O traumie- krótko 07.03.10, 22:03
      Z rozwodu robimy traumę tylko wtedy i tak długo jak długo użalamy się nad sobą.


      ----------------------------------------------
      Nic tak nie drażni ludzi, jak szczęśliwa kobieta...
      • krezzzz100 Re: O traumie- krótko 07.03.10, 22:16
        Mówisz?

        A mnie psycholog mówił, że trauma jest pochodną tego, co się z nami działo PO
        (stosunku innych do nas i naszej sytuacji, możliwości wypowiedzenia, ...). Nie
        tego, jak długo się ze sobą cackaliśmy.

        Ale pewnie nie wiedział, co gada....

        Weźże nie opowiadaj bzdur. To, o czym mówisz, to mechanizm wypierania.

      • nangaparbat3 Re: O traumie- krótko 07.03.10, 22:34
        ewiku napisała:

        > Z rozwodu robimy traumę tylko wtedy i tak długo jak długo użalamy się nad sobą.
        >
        >
        > ----------------------------------------------
        > Nic tak nie drażni ludzi, jak szczęśliwa kobieta...

        Tak patrzę na te dwa zdania. Jednym wbijasz - czy próbujesz - wbic szpile,
        wszystko jedno, swiadomie czy nie - robisz to, oceniajac czyjes emocje, a
        dokładniej - lekcewaząc je.
        W drugim oznajmiasz, ze jeśli komus to wbijanie szpili sie nie spodoba, to
        dlatego, ze ty jestes szczesliwa (a ten/ta kogo Twoja szpila drażni - nie jest).
        Jestem pod wrazeniem.
        Naprawdę.
        • scindapsus Re: O traumie- krótko 08.03.10, 12:02
          ekhm
          to drugie zdanie to sygnaturka wink

        • ewiku Re: O traumie- krótko 08.03.10, 20:11
          nangaparbat3 napisała:


          >
          > Tak patrzę na te dwa zdania. Jednym wbijasz - czy próbujesz - wbic szpile,
          > wszystko jedno, swiadomie czy nie - robisz to, oceniajac czyjes emocje, a
          > dokładniej - lekcewaząc je.


          Dzięki za "uznanie" ale nikomu ani szpili nie wbijam a już na pewno nie lekceważę bo nie dość, że sama jestem po przejściach to jeszcze zawodowo pomagam innym w podobnych sytuacjach.
          I po prostu "na skróty" napisałam wynik własnych przeżyć i obserwacji.


          ----------------------------------------------
          Nic tak nie drażni ludzi, jak szczęśliwa kobieta...
          • nangaparbat3 Re: O traumie- krótko 08.03.10, 20:57
            No to na wielkie skroty.
    • 3_1415926-nokio Re: O traumie- znowu długo)) 08.03.10, 00:08
      Może nie powinienem się wypowiadać w tym wątku, ponieważ jestem
      jeszcze w trakcie rozwodu więc trauma "porozwodowa" jakby mnie nie
      dotyczy. Jednakowoż potrafię spojrzeć na etapy swego oswajania się z
      faktem, że osoba z którą spędziłem 12 lat życia nagle aczkolwiek nie
      niespodziewanie postanawia definitywnie zakończyć nasz związek.
      Wystarczy tylko poczytać wątek jakim "zadebiutowałem" na tym
      forum: "Cienka linia między miłością i nienawiścią." Minął raptem
      niecały miesiąc, a ja czytam dziś moje ówczesne posty i w ogóle nie
      utożsamiam się z ich treścią. Teraz wiem, że gdy je pisałem
      powodowało mną poczucie krzywdy kiedy to "nausznie" przekonałem się,
      iż moja żona "ma kogoś". Tak jak ktoś wtedy słusznie zauważył -
      cytat z pamięci: "przyjrzyj się swym prawdziwym motywom tego, że
      chcesz walczyć o dzieci." Żona się w międzyczasie wyprowadziła z
      dziećmi do swej matki, ja zostałem w domu sam... i myślałem,
      analizowałem, na spokojnie. Wniosek mógł być tylko jeden: jaki sens
      ma walka o coś czego już się nie da uratować. "Jam nie twój
      chłopiec!" śpiewa na Cartoon Networks, koto-chłopiec Chowder, a moja
      żona zaśpiewała "Jam nie twoja dziewczyna!" i trzeba się z tym
      pogodzić jakkolwiek mocno urażałoby to mą samczą dumę. Walczyć do
      końca? O co? Dla zwycięzców tego pojedynku nie czekają lurowe
      wieńce, a tylko pogorzelisko... Wygrałem! Ta kupka popiołu jest moja.
      Nie, dziękuję. Może to co piszę jest "za łatwe i za krótkie" ale co
      tam, jest moje...
      • tully.makker nokio 08.03.10, 08:57
        Tak sie zastanawiam nad tym, co piszesz - bo to ja co doradzilam
        poszukac motywow.

        Rozumiem, ze pogodziles sie z tym ze zostales oklamany co
        do,przyczyn rozpadu malzestwa. Ale co z dziecmi? jak one to przyjma,
        kiedy stanie sie jasne, ze mama rozwodzi sie dla innego pana?

        Moze warto jednak porozmawiac z jeszcze zona by miasla ich uczucia
        na uwadze?
      • cold.wind.blows Re: O traumie- znowu długo)) 10.03.10, 17:50
        Wiesz co, Pi_nokio, ja mam podobnie czytając swoje stare posty. To
        tylko dowodzi tego, jaki szmat drogi przeszedłem. Z tą walką
        podobnie, mnie nawet do głowy nie przyszło, że mógłbym toczyć przy
        okazji rozwodu jakieś potyczki. Jednak to chyba też zależy od
        rozwodzacych się stron i mozna do tego zostać po prostu zmuszonym.
        Gdy czytam tu czasem jakieś historie, to cieszę się, że mnie i Ex
        chociaż rozwieść udało się ładnie.
    • tully.makker o terapii 08.03.10, 09:01
      Przez lata zmagania sie z depresja kilka razy podejmowalam proby
      terapii. Lacznie z terapia malzenska.
      Podczas tych wszystkich prob nie spotkalam ani jednego psychologa,
      ktory bylby w stanie cokolwiek dla mnei zrobic. 100% z nich leciala
      po schematach przyczyn i skutkow ktore nijak sie mialy do mojej
      sytuacji.
      Wiem, ze byc moze out there jest jakis terapeuta, ktory moglby mi
      pomoc, ale raczej na terapie juz sie nie wybiore - wole autoterapie
      poprzez lekture i rozmowy z madrymi ludzmi.
      A ty piszesz tak, jakby terapia byla warunkiem dojscia do zdrowia
      psychicznego. Tymczasem czesto moze byc przeszkoda.
      • z_mazur Re: o terapii 08.03.10, 09:43
        Nie bardzo rozumiem jaką przeszkodą mogłaby być terapia.

        Co do skuteczności terapii, to IMHO są różne terapie, ja zaczynałem
        od PST (terapii nakierowanej na rozwiązanie konkretnego problemu),
        której celem było dla mnie ratowanie mojego małżeństwa. Efekt był
        mizerny i byłem mocno rozczarowany. Potem trafiłem do
        psychoterapeutki pracującej zupełni innymi metodami, bardziej
        psychoanalitycznymi. To była długoterminowa terapia (ponad rok
        czasu), której poddałem się po to, by samemu pozbierać się do kupy i
        to był strzał w dziesiątkę. Leczenie farmakologiczne depresji w
        połączeniu z tą formą psychoterapii bardzo mi pomogły.

        Rozumiem, że psychoterapia może komuś nie pomóc, chociaż jak dla
        mnie to głównie skutek albo złego wyboru formy terapii, albo
        zniechęcenia brakiem natychmiastowych efektów, jednak nie wyobrażam
        sobie jak mogłaby mi fachowa terapia zaszkodzić.
        • tully.makker Re: o terapii 08.03.10, 10:20
          Ani jeden z teraputow, z ktorymi sie zetknelam, nie byl fachowcem,
          choc mieli niezbedne dyplomy i akredytacje.
          Mieli za to swoje wizje, jak powinno ludzkie zycie wygladac, i
          nieumiejetnosc rozmowy o czymkolwiek, co od tych wizji odbiega.

          Moze mialam pecha, ale sadze, ze pani, ktora w obliczu powaznego
          kryzysu malzenskiego wywolanego zdrada doradza, by pojsc z mezem do
          kina po prostu sie osmiesza. Zwlaszca ze do kina chodzilismy wcale
          czesto i jakos to kryzysowi nie zapobieglo. Badz pan teraputa, ktory
          motywuje pacjentke do radzienia sobie z rozstaniem stwierdzeniem, ze
          jako warszawianka nie powinnam dac sie pognebic facetowi z prowincji.

          Naprawde sadzisz, ze kontakt z takimi idiotami nie moze zaszkodzic?
          • z_mazur Re: o terapii 08.03.10, 10:57
            > Naprawde sadzisz, ze kontakt z takimi idiotami nie moze zaszkodzic?

            Kontakt z idiotami może zaszkodzić. Dlatego pisałem o FACHOWEJ
            pomocy. smile)))
            • tully.makker Re: o terapii 08.03.10, 11:16
              Poniewaz nie spotkalam jeszce fachowego psychologa - no moze z
              jednym wyjatkiem, ale ten wyjatek jest moja przyjaciolka, a od
              niedawna takze podwladna, wiec nie moze prowadzic mojej terapii. No
              wiec z tego powdu mam do tematu stosunek sceptyczny.
              • z_mazur Re: o terapii 08.03.10, 11:22
                Widocznie miałem więcej szczęścia. smile))
      • ewiku Re: o terapii 08.03.10, 20:13
        tully.makker napisała:

        > Przez lata zmagania sie z depresja kilka razy podejmowalam proby
        > terapii. Lacznie z terapia malzenska.
        > Podczas tych wszystkich prob nie spotkalam ani jednego psychologa,
        > ktory bylby w stanie cokolwiek dla mnei zrobic. 100% z nich leciala
        > po schematach przyczyn i skutkow ktore nijak sie mialy do mojej
        > sytuacji.
        > Wiem, ze byc moze out there jest jakis terapeuta, ktory moglby mi
        > pomoc, ale raczej na terapie juz sie nie wybiore - wole autoterapie
        > poprzez lekture i rozmowy z madrymi ludzmi.
        > A ty piszesz tak, jakby terapia byla warunkiem dojscia do zdrowia
        > psychicznego. Tymczasem czesto moze byc przeszkoda.


        Z tymi lekturami to czasem lepszy pomysł niż z terapiami "na żywo" tylko, że
        przy lekturach i samoanalizie trzeba mieć dużo więcej czasu. Ale w sumie to
        chyba lepiej.


        ----------------------------------------------
        Nic tak nie drażni ludzi, jak szczęśliwa kobieta...
        • akacjax Re: o terapii 09.03.10, 15:38
          Istnieją osoby, które nie poddają się terapii, bo z założenia kwestionują
          możliwość pomocy z zewnątrz. Czasem całkiem, czasem tylko trochę, a terapia ich
          jest bardzo trudna. Często mówi się, że ludzie z niektórych zawodów tak mają:
          nauczyciel, lekarz, psycholog, czy powołaniach typu: ksiądz.
          Nie można pomóc osobie, która nie chce pomocy.

          Ale całe forum RiCD w założeniu było skierowane na radzenie sobie z sytuacją po
          rozwodzie, a w sumie zrobiło się najlepszym około rozwodowym i trochę w cieniu
          to, co potem.
          Jeden wątek na ten temat-to śmiech na sali wobec lat pisania tu przez setki ludzi.
    • aneta-skarpeta Re: O traumie- znowu długo)) 09.03.10, 14:16
      hmm
      ja traumy jako takiej nie przezyłam dzięki rodzinie- rodzice i brat

      było mi ciężko, ale generalnie ja optymistka jestem i szybko
      zobaczyłam wiecej plusów zaistniałej sytuacji
      czoywiscie było mi cięzko, ale dzieki rodzinie i przyjaciołom
      rzuciłam sie w wir zajec i nie miałam "czasu" myslec, rozkminiac,
      dzielic włosa na czworo. po tym co przeszłam wiedziałam, ze nie ma
      sensu rozmyslac, tylko trzeba zacząć budowac zycie od nowa

      po jakis 4 m-cach juz miałam spory dystans do sprawy- oczywiscie nie
      chce zeby ktos to odebrał jako postawe " zlałam to, nic mnie to nie
      obeszło"

      po prostu dzieki przegadaniu problemu szybko nabrałam takiej
      wewnetrznej mocy- no dobra trzeba sie wziąc w garsc Aneta i pokazac
      światu, że dam sobie radę. Bardzo wspierali mnie rodzice, brat
      zapewniał towarzystwo, aż odswiezyłam stare znajomości

      nie korzystałam z pomocy specjalistów, ale nie dlatego ze uwazam ich
      za zbednych- skorzystałam niedawno w sprawie mojego syna, okazało
      sie ze problem dot w 90% exa, ale on nie wyraził checi spotkania z
      pania psycholog

      nam 2 spotkania bardzo pomogły- ja mogłam sama z nia poromawiac i
      poradzic sie i bardzo sie ciesze, ze poszlismy, a syn tez poczuł moc
      siły dzieki pani psycholog ( fajny chłopka z ciebie, taki madry,
      dasz sobie radę, za miesiac powiesz mi co sie zmieniło itd)

      bardzo pozytywnie to na niego podziałało- bo były to słowa obcej
      osoby

      mi tez bardzo pomogło i uspokoiło zapewnienie, ze wsyztsko jest w
      zasadzie ok, porblem mozna szybciutko zwalczyc i prostymi metodami(
      i faktycznie tak było)

      natomiast moj ex ( z tego co widziałam) bardzo przeżyl rozwód,
      bardzo długo nie umial sie pozbierac, wspominał, zył przeszłością,
      zmarniał, zawalił wiele spraw. z tego co znam jego rodzine to nie
      miał zbyt duzego wsparcia, do specjalisty na bank sie nie udał, bo
      on z tych "co nie chodzi do psychologa", a juz napewno nie do
      terapeuty

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka